
Zbliżające sie wspomnienie śmierci Jezusa niech stanie się czasem uświadomienia, że w tym samym miejscu i czasie ukrzyżowano dwu Innych. Tej świadomości życzymy każdemu.
Witam w kwietniowym numerze. W marcu wybiła godzina sądna. Miecz Damoklesa, bądź jego cień — nie widziałem dokładnie — zawisł nad „verte”. 15 dnia poprzedniego miesiąca ustawodawca zaciągnął nas na szafot: czy byliśmy naonczas bezpieczni; czy nie donosiliśmy? Przymuszeni żądaniem publicznym składamy na się donosy. Które niech staną się dla wszystkich czytelników obrazem naszej, zbiorowej, duszy redaktorskiej. Jest co leczyć. Pomijając to wszystko, zapraszam niezmiernie do lektury i dalszego współtworzenia przestrzeni „verte”. Przestrzeni sprywatyzowanej rewolucji rozumu.
Hollywoodzki film-jak-reszta: wielki bal przebierańców, walka wbrew wszelkim przeciwnościom, dużo szamotaniny z „pogańskimi demonami” — również w zwolnionym tempie i „matriksowo”… Strona wizualna, jak to z holiłudem bywa, jest wielce imponująca — pomaga w tym wydatnie fakt, że film oparty jest na kultowym komiksie Franka Millera. Poza tym jednak — płasko niemal jak w holenderskim krajobrazie.
Gondry udowadniał już wcześniej, że potrafi: przez teledyski, reklamy, krótkie filmy, aż po Oskara za „Zakochanego bez pamięci”. Jego nowy film również uznaję za godny polecenia: surrealistyczny, ale strawny, wykręcony, ale uroczy. Nie dla wszystkich, ale dla wielu. Pod rozwagę i pod przeżycie.
Wspominałem już wcześniej, że nie jestem fanem króla Dżordża Busza II, z tym większą niecierpliwością oczekiwałem więc kolejnej satyry na aktualną obsadę Białego Domu. „Jak zostać gwiazdą” obiecywało na dodatek zakpić okrutnie ze świata show-businessu, mianując „Amerykańskiego Idola” wcieleniem tegoż. Potencjalnie obiecujący projekt wypadł miernie: nie-śmieszny slapstick z żenująco oczywistymi gagami, któremu nie pomogła nawet obecność Willema Dafoe czy Dennisa Quaida. Do omijania szerokim łukiem.
Nowy film Cuarona robi wrażenie jak diabli: dystopijny obraz niedalekiej przyszłości jest wyjątkowo sugestywny, gra aktorów wyborowa, zdjęcia — zwłaszcza w mieście „foogies” — do podziwu. Parę zgrzytów znaleźć się da, jednak wobec całokształtu nic to. Gdyby ktoś odradzał Państwu obejrzenie, polecam osobiście przekonać się, dlaczego nie ma racji.
Film sprzed dwóch lat, jednak odświeżyła go ostatnio — przynajmniej w Stanach — wrzawa wokół tzw. „Blasphemy Challenge”. Polakom film przybliżyć może problematykę trwającego nieustannie w Nowym Świecie sporu między chrześcijańskim fundamentalizmem a spadkobiercami oświecenia. Lub też posłużyć do przeprowadzenia ewidentnych paraleli, jak kto woli.
Skład zespołu robi wrażenie: Damon Albarn z Blur, Simon Tong z The Verve, Paul Simonon z The Clash… Jednak „The Good, the Bad and the Queen” to przede wszystkim wrażenia słuchowe. Zróbcie sobie prezent wielkanocny i kupcie tę płytę. Zabierze Was w miejsca, za którymi tęsknicie.
W oczekiwaniu na nowy (już 30 kwietnia!) warto sięgnąć (jeśli ktoś nie słucha na okrągło!) po ostatni (2004) album Walijczyków. Kto jeszcze bowiem dzisiaj pisze tak piękne melodie?
Zdarzają się prace, które rozległością tematyczną zasłaniają niedostatek metody. Bywa też odwrotnie. „Filozofia pieniądza” pokazuje zaś fantastycznie historię myśli, kultury, kształtowanie się systemów wartości, łącząc świetną dyscyplinę metodyczną z ogromną erudycją. Polecam każdemu, kto chce wejść na drogę poważnej krytyki świata wokół. Lektura nieodzowna. I jaki język…
Książka sprzed ćwierć wieku, a nad wyraz aktualna. Ponadczasowość? Może… Choć zastanawiający jest fakt, iż jej autor, od lat kilku felietonista dwutygodnika z tradycją — „Słowa Żydowskiego — Dos Jidisze Wort”, jest zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich szowinizmów narodowych oraz przeprowadzanej przez IPN lustracji, nota bene której temat poruszamy w tym numerze „verte”. Może dlatego dobrze mi się czyta książkę kogoś takiego.
verte.art.pl > Archiwum > 2007 > №34
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski