
Wszystkich zainteresowanych grami komputerowymi (do tego stopnia, by chcieć o nich pisać), zapraszamy do współpracy przy rozwijaniu naszego nowego działu „Cyberia”.
Z zielonej strony życia, znad jeziora i spod burzy — pozdrawiam serdecznie czerwcowych czytelników Krytycznego Magazynu Internetowego! Mając lęk przed rzeczywistością dekretowaną rękoma moich ulubionych (mini)strów, z oddali ukrycia przed karzącą ręką sprawiedliwości solidarnej, proponuję zagłębienie się w odmęty wyobraźniowe naszych autorów. Jak zwykle: muzyka ważna, książki istotne i problemy niebanalne — a wszystko w perspektywie krytycznej. Studentom (również swoim) życzę wiedzy, wykładowcom (również sobie) cierpliwości. Wszystkim — miłej lektury.
Ciężki kawałek psychologii rodzinnej, neurotyczna Joan Allen, wyważona dawka humoru à la Ally McBeal i podstarzały Kevin Costner jako wisienka na tym torcie. Zjadliwe? Dla mnie to przepyszna strawa dla oka, umysłu i ducha. O to właśnie chodzi!
Lekcja z historii. Historii filmu. Temat: „Upadek niemieckiego kina najnowszego”. Zdecydowanie odradzam. Jedyną pozytywną rzeczą, jaką można z tego filmu wyekstrahować, to wiedza: jakich filmów nie powinno się robić.
O ile najnowsza produkcja traktująca o Termopilach miała w sobie pewną dozę uroku, nie można tego powiedzieć o filmie, który był inspiracją tejże: „300 Spartan” Rudolpha Maté, ze swymi zimnowojennymi podtekstami, niedosmażoną choreografią walk i aktorstwem bliższym raczej sztukom szekspirowskim stanowi doskonały pretekst do wyłączenia telewizora i spotkania się z przyjaciółmi na mieście. Na obronę można powiedzieć, że jak na film z lat 60-tych nie jest taki zły — tak czy inaczej nie jest godny polecenia.
Niemal półtora roku przyszło nam czekać na polską premierę najnowszego dokumentu Herzoga — biorąc pod uwagę fakt, iż nic nie wart „Eragon” dotarł do nas w dwa tygodnie, jestem tym bardziej rozżalony; mniejsza jednak o to. „Grizzly Man” to film-refleksja, skrojony w iście mistrzowskim stylu: narrator przedstawia nam wielowymiarową historię tytułowego bohatera, który przez kilkanaście lat żył — i ostatecznie zginął — wśród niedźwiedzi na Alasce. Rządzi.
Z roku na rok mamy do czynienia z przyrostem produkcji filmowych. Nienaturalnym, dodam. Jest chyba więcej filmów (przewidywalnych, odtwórczych) niż oglądających. Na szczęście perełki się zdarzają. „Labirynt fauna” to elektryzująca, finezyjnie opowiedziana przygoda małej Ofelii. Obraz del Toro łączy magiczną krainę dziewczynki z brutalnym i niewrażliwym światem dorosłych. Jednak przejście to jest subtelne, nic nie jest narzucone, widz ma swobodę wyboru, który świat jest prawdziw(sz)y.
Ta płyta ma wszystko, czego trzeba, by pretendować do miana dziejowej. W mistrzowski sposób łączy muzyczność z filmowością, rocka z elektroniką i artyzm z przebojowością. Jeśli to nie jest najdoskonalszy przykład eklektyzmu, to nie wiem, co nim jest.
Pięć lat czekania, garść koncertów w Polsce i oto nadeszła „Ma Fleur”. To, że będzie inna niż poprzedniczki, dało się wysłyszeć na koncertach, ale tego, że będzie tak nieudana i nudna, nie przewidział chyba żaden entuzjasta zespołu Jasona Swinscoe. Płyta ciągnie się jak niedogotowane flaki z olejem. To, że większość utworów jest połączonych, w tym wypadku jest poważną wadą, aranże uległy znacznemu zubożeniu, Fontella już tak nie czaruje i na próżno szukać wyrafinowanych perkusyjnych solówek. Wielka szkoda.
Już singlowe „Earth Intruders” nie rokowało dobrze tej płycie. Było nudne, wtórne i po prostu słabe. Miałem jedynie nadzieję, że album się wybroni. Tak się niestety nie stało, a takie „kwiatki” jak półtoraminutowe solo na syrenach okrętowych w „Wanderlust” czy fatalnie zaaranżowana sekcja dęta przelewają czarę goryczy. Coś, co na „Selmasongs” było odkrywcze i dobrze zrealizowane, na „Volcie” po prostu drażni i nudzi. Cała płyta brzmi jak popłuczyny po „Post”, „Homogenic” i „Vespertine”. Nawet Antony nie pomaga.
Lata płyną, Mr.S zaś nie spuszcza z tonu. A ponieważ Brytyjczycy potrafią docenić klasę, już wkrótce będziemy mogli wsłuchiwać się w najnowszą produkcję Monsieur Esse: absorbującą bogactwem brzmień, przemyślanymi konstrukcjami i uroczymi wokalami Natalii Braciszewskiej. Idealne do wyciszenia się i nabrania oddechu.
Warto zajrzeć. Bo wywód — co jest coraz większą rzadkością — jasny i mocny. Oraz teza, iż religię sobie ludzie wymyślili, żeby mieć się czego bać, a potem straszyć nią szerokie masy, wydaje się (zwłaszcza dzisiaj w Polsce) niezwykle współczesna.
Poprzez neomarksistów, poststrukturalizm i suprematyzm. Za trudne? Poprzez „Noc żywych trupów”, nurt science-fiction i Madonnę. Zbyt proste? Poprzez Szekspira, Antonioniego i Hitchcocka. O nich już wszystko napisano? Ani za trudne, ani zbyt proste, ani wszystkiego nie napisano. Slavoj Žižek przedstawia wszystkie te zjawiska w całkiem nowym świetle, a właściwie umieszcza je w mroku plamy Jacques’a Lacana. O co chodzi? Po prostu trzeba przeczytać.
verte.art.pl > Archiwum > 2007 > №36
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski