
7 lipca o godzinie 11:00 w WSG w Bydgoszczy odbędzie się 3. seminarium „Przestrzenie Krytyki Kultury”. Zapraszamy!
W ten oto sposób, niepostrzeżenie jak co miesiąc i ze zdumieniem, że już, „verte” wkroczyło w trzeci rok istnienia. I jest to nasz wspólny sukces. Dziękuję wszystkim, którzy kiedykolwiek byli publikowani, a jeszcze bardziej tym, którzy nas czytają — Wam zwłaszcza dziękuję. Zatem po co „verte”? Przywołam Slavoja Žižka: Demokracja zakłada, że zbiorowa mądrość wcześniej czy później poprowadzi nas we właściwym kierunku. A co jeśli to się nie sprawdzi? Nie twierdzę, że demokracja się myli. Pytam tylko, co by się stało, gdyby się pomyliła. Oto przestrzeń naszych pytań.
Z życia biura. Pozycja obowiązkowa — zarówno dla tych, którzy lubią swoją pracę (by docenili to, co mają), jak i tych, którzy jej nie znoszą (by poczuli, że nie są sami). Przede wszystkim jednak dlatego, że to najlepszy sitcom od czasu „Seinfelda”.
Pierwowzór wersji amerykańskiej, zrealizowany według zgoła odmiennej formuły. Bo choć to także mockumentary, nie ma tu krztyny przerysowania — nawet dla najbardziej zjawiskowych postaci Davida i Garetha (wielkie brawa dla Ricky’ego Gervaisa i Mackenzie Crooka) z łatwością znaleźliby się życiowi odpowiednicy. I w tym właśnie tkwi siła tego serialu. Jak to mawiał Homer Simpson, it’s funny because it’s true.
Obsceniczność jako uwodzenie. Poczynania Peaches bardzo ładnie zazębiają się z teoriami Baudrillarda. Im bardziej „hardcore’owo”, tym ciekawiej. Pierwsza i druga, będąca kropka w kropkę kontynuacją pierwszej (bo jak coś jest dobre, to po co to zmieniać — żeby coś komuś udowodnić? — bez sensu), płyta Peaches — skrajny minimalizm. Hipnotyczny rytm, teksty często po prostu mówione, ale za to co jest mówione i jak! Czasem trochę „brudu” à la Courtney Love. Po prostu miód na moje uszy — cokolwiek to znaczy.
Płyta nie pierwszej daty (1998), ale nieustannie pierwszej świeżości. Psychodeliczna mieszanka rocka, punka, hip-hopu, big beatu i cholera wie, czego jeszcze, z zaangażowanymi, poetyckimi tekstami Dave’a Randalla, pozostaje w ścisłej opozycji wobec płycizny pozostałych wydawnictw wytwórni Skint. Do których z przykrością zaliczam drugą płytę zespołu, nagraną po odejściu Randalla i wartą tyle, co „Akademia Pana Kleksa” bez Pana Kleksa.
po nierównej „Come With Us” i obciachowej „Push the Button” Kemikale powracają do stylistyki z „Surrender”. I choć płycie daleko do szczytowych osiągnięć Braci, to i tak miło słyszeć, że odbili się od dna. Teraz kolej na Fatboya…
Kolejny dowód, że Polak potrafi, ale za granicą. Beady Belle, a właściwie Beate Lech, jest córką polskiego pianisty i skrzypka jazzowego Zdzisława Lecha i na co dzień mieszka w Norwegii. Systematycznie nagrywa płyty o jazzowym zabarwieniu, światowo zrealizowane. „Closer” szczególnie wyróżnia się na tym tle ze względu na bardzo nowoczesną produkcję w stylu Matthew Herberta, a głos Beady z pewnością przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom wokalu jazzowego.
Alan Wilder od ponad 10 lat serwuje nam swoje solowe dokonania jako Recoil, a od czasu „Unsound Methods” jest dla mnie wzorem perfekcjonizmu produkcji. Jednak muzycznie zawsze czegoś mi brakowało, utwory wydawały się nie zmierzać do określonego celu. „Subhuman” jest dla mnie muzyczną Ziemią Obiecaną. Pod każdym względem wybija się ponad przeciętność, wręcz uzależnia. Pozycja obowiązkowa dla każdego konesera.
Pierwszy raz czytałem będąc studentem 1. roku Seminarium Duchownego… Powieść znalazła oddźwięk w przeżyciach związanych z Minogą (…Cafe pod?). Układa się w zestaw wyobrażeń, które wpisują w zupełnie ciekawy świat. Znacznie ciekawszy niż obecny świat doświadczeń politycznych autorki. Zdecydowanie polecam lekturę, a nie aktywność, spod znaku Gretkowskiej.
Wyjątkowy komentarz pism „przepędzonego ducha epoki”, który osiada na niektórych jej gruzach budząc w sercach (umysłach?) ducha rewolucji. Doskonała, jak zwykle u niedoszłego prezydenta Słowenii (Žižek, nie Lenin), i przepełniona kontekstami wizyta na pograniczach duchowych i organizacyjnych naszej własnej epoki. Žižek — człowiek z najlepszymi kluczami do współczesności.
O uwodzeniu. A czymże jest uwodzenie, bo przecież chyba nie tylko skłanianiem ku sobie drugiej osoby-ofiary przez szalbierczego myśliwego? Uwodzenie jest wszędzie, uwodzi nas wszystko i każdy: Nico, „seks, sens, władza”, obsceniczność, hiperrealność, polityka, znak, estetyka… A już na pewno uwodzi książka Baudrillarda.
verte.art.pl > Archiwum > 2007 > №37
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski