
Miło nam poinformować, że nasz dział rekomendacji nawiązał współpracę z serwisami IMDb, filmpolski.pl i Last.fm. Współpraca jest jednostronna.
Łże-elity, wykształciuchy, bure suki! Tanie państwo, Polska solidarna, IV Rzeczpospolita! Układ, salon, front ochrony przestępców! Trzy miliony mieszkań, megakilometry autostrad, peron w każdej wsi! Ten pan nikogo już nie zabije! Oni są tam, gdzie stało ZOMO! Trzynasty grudnia, trzydziesty dziewiąty, tysiąc czterysta dziesiąty… Oto, jak w Polsce wygrywa się wybory. Wystarczy mówić to, co wyborcy chcą słyszeć, posiłkując się szeregiem sprawdzonych socjotechnik. Skuteczność gwarantowana, o ile nie nastąpi pełna mobilizacja wrogiej inteligencji. Powtarzam: pełna mobilizacja inteligencji. Powtarzam…
Film na dłuższą (104 min) metę męczący, podobnie zresztą jak życie z jego bohaterem Mironem Białoszewskim. Poza tym po raz kolejny okazuje się, że typowe raczej dla początkujących twórców kina zastosowanie kamery „z ręki” przez reżysera o ugruntowanej pozycji i określonym, wysmakowanym stylu (zważmy chociażby na przepiękny, spokojny obraz „Nad rzeką, której nie ma”) na dobre mu raczej nie wychodzi.
„Gazeta Wyborcza” w recenzji kinowej wersji „Simpsonów” napisała, że śmiejąc się z tytułowej rodziny, tak naprawdę śmiejemy się sami z siebie. No, może nie do końca, bo film ten odzwierciedla bardziej amerykańską mentalność niż polską (choć do wersji z polskim dubbingiem przedostały się odniesienia np. do naszego ministra edukacji). Pewnym jest za to fakt, iż postać Homera jest kwintesencją typowo męskich zachowań i sposobu myślenia, natomiast jego żona — ucieleśnieniem statystycznej kobiety. Najlepsza scena: tarcie kotów.
Pomysł ten sam, co w „28 dni później”: bardzo złośliwy wirus atakuje ludzi, po czym ludzie w spektakularny sposób atakują kolejnych ludzi, ci zaś następnych itd., a wszystko w postapokaliptycznej scenerii Londynu (element s-f: nie ma nawet Polaków). Nie powiem, żeby film czymkolwiek zaskakiwał, ale straszy jak trzeba — i o to właśnie w horrorze chodzi. Na trzy z plusem.
Materia kontrowersyjna, ale film dobry: studium przypadku księdza-pedofila, który pobłażliwości hierarchów kościoła zawdzięcza trzydzieści lat bezkarnych gwałtów i molestowań dzieci. Wywiady z ofiarami, rodzinami ofiar, sprawcą, materiały archiwalne z procesów w tej sprawie, oraz prezentacja szerszej perspektywy problemu. Wrażenie robi niewiarygodne — szkoda tylko, że w bogobojnej Polsce nikt nie ośmieli się filmu pokazać, a po DVD kliknąć trzeba będzie na angielski Amazon…
Joel Schumacher i Jim Carrey w duecie, w psychologicznym thrillerze. Wypaść dobrze nie mogło, więc i nie wypadło: historia żadna, Carrey znacznie poniżej swoich możliwości, zdjęcia autorstwa Matthew Libatique w sumie dobre, ale i on udowodnił wcześniej, że potrafi lepiej… Przed seansem sugeruje się, dla łatwiejszego przełknięcia, przejście do innego stanu świadomości.
Cotygodniowe pojedynki najwybitniejszych ilustratorów i projektantów, w których głównym orężem (poza, rzecz jasna, talentem) nie jest wcale Photoshop czy Illustrator, a refleks i intelekt. Jeden „mecz” mamy już za sobą: Shaun Inman vs. Kevin Cornell plus John Gruber w roli komentatora. W końcu rozumiem, co czują miłośnicy sportu podczas mistrzostw świata.
Znana prawdopodobnie tylko wyjadaczom płyta niemieckiego duetu moim zdaniem zasługuje na uwagę mniej awangardowych słuchaczy. Głowną rolę odgrywa na niej bowiem… fortepian. I nie jest to plumkanie bez ładu i składu jak to czesto bywa w elektronicznej awangardzie, a całkiem przemyślane powtarzające się motywy na tle trzasków i chropowatości. Całość sprawia, że czas wokół zwalnia, a umysł ogarnia letarg. Polecam po ciężkim dniu.
Niezmiernie rzadko zdarza się, że przesłuchuję cały repertuar zespołu, który przysyła mi zaproszenie na MySpace, a jeszcze rzadziej zaraz potem kupuję plytę. Tym razem jednak nie miałem wątpliwości. Jeśli nikomu nieznana kapela z USA produkuje utwory na poziomie The Orb za czasów „Orbus Terrarum”, to trzeba je mieć. Wszyscy fani Hallucinogena i Ambient Dubu też będą usatysfakcjonowani. Jedyny minus to konieczność transakcji poprzez PayPal, bo póki co materiał ten nie ma żadnej oficjalnej dystrybucji.
Jak to możliwe, że płyta, która jest źle zagrana, źle zaśpiewana i źle zrealizowana, potrafi powalić bardziej niż wycyzelowane wysokobudżetowe produkcje? Myślę sobie, że „White Chalk” nie robiłaby takiego wrażenia, gdyby była idealna. W niedoskonałości tkwi siła jej przekazu. Polly Jean wyje, perkusja gra nierówno, szum mikrofonów niczym w latach sześćdziesiątych, a ja siedzę nieruchomo z rozdziawioną szczęką, wpatrzony w nieokreśloną przestrzeń. Tylko takim płytom z czystym sumieniem daję piątki.
Cooman reklamowany jest jako młody geniusz z gigantycznym dorobkiem na swoim koncie. Pozwolę sobie ująć to w ten sposób: nic dziwnego, że tyle skomponował, skoro pisze jak pisze. Krążek, wydany w kwietniu przez Naxos, zawiera muzykę bez pomysłu i bez ikry. Niejaki wyjątek stanowi Koncert fortepianowy, ale i temu ubywa na świeżości już po pierwszych paru minutach. Cieniutkie.
Rylski trochę inaczej, bo nie jako pisarz przywołujący historię i zanurzony w rosyjskości, do której przyzwyczaił nas we wcześniej wydanych powieściach („Człowiek w cieniu”, „Warunek”). We wszystkich czterech zawartych w „Wyspie” opowiadaniach (wybranych z wcześniejszego zbioru „Tylko chłód”) Rylski występuje jako obserwator teraźniejszości, którą czyni odrealnioną i niejasną. Wciągające, jednak znawcy i miłośnicy prozy Rylskiego mogą poczuć niedosyt…
verte.art.pl > Archiwum > 2007 > №40
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski