
Z okazji dni narodzin Boga życzymy Czytelnikom racjonalizacji poczucia nagości, które dzielimy z Adamem i Ewą. A później szaleństwa!
Z niezwykłą radością witam wszystkich grudniowych czytelników „verte”. Grudzień to dla nas miesiąc szczególny. Przejdzie on do historii jako pierwszy miesiąc, w który wchodzimy jako pismo w pełni usankcjonowane obecnością w Katalogu Czasopism. Nikt już nie zakwestionuje naszego istnienia! Na tę okazję proponujemy Wam kolejną dawkę refleksji krytycznych, a także szereg rekomendacji wskazujących kierunki i możliwości. Rad byłbym niezmiernie, gdyby nad lekturą tego miesiąca rozciągał swą podróżniczo-przygodową aurę Joseph Conrad. Rok 2008 będzie w Polsce jego rokiem. U nas już teraz.
Rzeczywistość przeplatana mitem w opowiastkach Rdzennych Australijczyków o bardziej i mniej zamierzchłej przeszłości — doskonałe bajanie i rewelacyjne kino etniczne. W Polsce do obejrzenia dopiero grubo ponad rok po premierze, i tylko dzięki festiwalowi Nowe Horyzonty — pozostaje jednak nadzieja, że pan Gutek postanowi wydać film na DVD. A obejrzeć warto.
Suspense zaiste fatalny — po prostu nic tego filmu nie broni, nawet wobec tandety całego swego pod-gatunku. A pomyśleć, że reżyser nakręcił wcześniej „Misję” i „Pola śmierci” — po prostu żenada.
Po wnikliwych publikacjach Michaela Parenti i Bena Bagdikiana, czy wypowiedziach Jello Biafry o cenzurze w mediach i przemyśle płytowym, przyszedł czas na doskonały dokument o cenzurze w Fabryce Snów. Cenzurze, którą MPAA (Motion Picture Association of America) egzekwuje w obliczu rzekomo „niewłaściwych treści” w filmach. Dokument nie bez wad, mimo to kawał dobrego dziennikarstwa śledczego — ku przestrodze tak filmowcom, jak i nam widzom.
Kto lubi artystyczne potwory pana Tsukamoto, albo też gustuje w rodzynkach japońskiego kina, ten z chęcią obejrzy: świat neurotyków, perfekcjonizmu, osamotnienia pośród tłumu, wysmakowanych ujęć, cierpień fizycznych i psychicznych oraz innych azjatyckich znaków towarowych. Kawał dobrego kina, choć nie dla wszystkich.
90% z Was pewnie zna, więc rekomenduję pozostałym 10, którzy nie wiedza, co tracą. Powody do oglądania serialu trudno zliczyć — od mistrzowsko prowadzonej fabuły, poprzez wielowymiarowych bohaterów, na popisowym aktorstwie kończąc. Jednak główny jego atut to konsekwencja, z jaką autorzy scenariusza wystrzegają się schematów. Mamy za sobą ponad 50 odcinków, a tu wciąż wszystko i wszyscy pozostają nieprzewidywalni!
Wszystko, co napisałem powyżej, można z powodzeniem powtórzyć w stosunku do „Zagubionych”. Z tą różnicą, że tutaj — poza wszystkimi wspomnianymi zaletami — mamy jeszcze do czynienia z Nieznanym. I zapewne dlatego John Locke wygrywa wszystkie plebiscyty na najpopularniejszego bohatera serialu — podczas gdy pozostali usiłują za wszelką cenę opuścić Wyspę, on zgłębia jej tajemnicę. Czyż nie tego właśnie pragniemy, nie tylko jako widzowie?
Rytmicznie, melodyjnie, z żeńskimi wokalami; byłaby to kraina mlekiem i miodem płynąca, w której mogłyby zamieszkać Teletubisie, gdyby nie te teksty spod znaku Peaches (no, prawie, dziewczyny z NYPC mają jednak trochę więcej do powiedzenia niż wokalistka dawnego The Shit). Teraz to jest kraina płynami organicznym ociekająca. Ale mi się to połączenie bardzo podoba. Polecam!
Przez sześć pierwszych utworów jest bosko, później zaczyna być troszkę monotonnie. Harris — 23-letni angielski karierowicz, który miał przyjemność współpracować m.in. z taką gwiazdą jak Róisín Murphy (ile było w tej współpracy przyjemności dla niej?) — trafia w czuły punkt, jaki ma większość urodzonych w latach 80., mianowicie sentyment do muzyki tamtych lat. Rocznik orwellowski mięknie…
Płyta z zeszłego roku, która fascynuje do dziś. Począwszy od niej, Chris Clark firmuje swoją twórczość jako Clark. Muzyka na płycie bliska Warpowej estetyce, ale z zachowaniem najbardziej charakterystycznych dla Chrisa cech — zagęszczonych rytmicznych łamańców i rozstrojonych syntezatorów. Już dawno w elektronice nie było tak porażających utworów jak „Frau Wav” czy „Matthew Unburdened”. To jedna z takich płyt rozsadzających głowę za pierwszym przesłuchaniem, do których wraca się potem w masochistycznym transie.
Zespół powrócił już w 2004 roku, ale dopiero „Sekretne społeczeństwo” pokazało, że nie zapomnieli, jak się tworzy muzykę. Album udany, z charakterystycznymi melodiami, nieco wysilonym wiekiem, ale wciąż urokliwym głosem Tempesta i fantastycznym podkładem całej piątki. Hiciora na miarę „The Final Countdown” na pewno tu nie znajdziemy, mimo to panowie grają bardzo solidnie, z polotem i wyraźną przyjemnością.
verte.art.pl > Archiwum > 2007 > №42
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski