
24 stycznia o 18:00 zapraszamy do WSG w Bydgoszczy na wykład „Wobec płynnej nowoczesności — czy kultura nadal jest projektem?”.
Nowy rok — nowe zamiary, plany, strategie, rozstrzygnięcia, nowe siły, szanse, idzie wiosna, styczeń, luty, marzec… I wszystko po staremu. Tak oto przemija postać świata, na wieczność pozostając sobą niezmienna. Wspaniale ulegliśmy pędowi do zabawy noworocznej, co mnie zresztą cieszy, bo znów będziemy czcić, w imię patriotyzmu, narodowe wpadki. Zabawy nam trzeba! Jak mógłby powiedzieć premier w exposé, czego nie zrobił. Z rozrzewnieniem patriotyczno-wspomnieniowym zapraszam do krytycznego podsumowania minionego roku. Bo „verte”, choć wszystko upada, trwa na posterunku rozumu.
Remake westernu z 1957 roku okazał się umiarkowaną niespodzianką: prezentuje się nieźle w towarzystwie innych popcornowych produkcji, jednak wobec gigantów własnego gatunku — czy to Johna Forda, Sama Peckinpaha, czy Clinta Eastwooda — nie świeci zbyt jasno.
Niezmiernie miło mi zakomunikować, że Magnolia Pictures w coraz to nowszych produkcjach wciąż pokazuje klasę. W związku zaś z niemożnością pominięcia tak ważnego tematu, jakim jest sytuacja w Iraku, mamy teraz okazję obejrzeć wyczerpujące audiowizualne opracowanie tegoż. Dzieło zajmujące i poruszające, choć na pytanie „dlaczego” odpowiedzi, niestety, nie udziela.
Kolejny długi, głupi i nudny film, tym razem o obsesyjnych pokerzystach — zęby zaczynają boleć już po pierwszych paru minutach. Jedynym atu filmu jest Robert Duvall, ale nawet on nie jest w stanie zabić takiego smrodu. W Polsce jedynie na DVD — nie bez powodu.
Typowy dla dyżurnego manipulanta Ameryki dokument o kondycji służby zdrowia w USA (problemy zupełnie inne niż u nas, jednak — jak sądzę — nie mniej dokuczliwe). Przydałoby się w końcu zmienić narratora, zatrudnić kogoś do lepszego doboru ścieżki dźwiękowej i przestać nurzać się w zbyt oczywistych wywodach. Mimo to — całkiem całkiem.
Rozczarowany zeszłoroczną „Oblivion With Bells”, sięgam dla osłody po szczytowe dokonanie duetu. Utwory znane z wcześniejszych płyt studyjnych w wersji koncertowej nabierają tu takiej mocy, że serce mocniej bije, a umysł eksploduje. Oto elektronika, której pożądam: emocjonalna, nietuzinkowa i nieprzewidywalna w każdym calu. A przy tym bardzo, bardzo taneczna. Spieszmy się słuchać takie płyty. Tak rzadko wychodzą.
Do wszystkich tych, którzy jeszcze tego nie zrobili: nieważne, że na co dzień słuchacie tylko techno, hip-hopu czy zrzędzenia teściowej — macie obowiązek zapoznać się z tą płytą. Koniec i kropka.
Współczesna muzyka poważna pełna jest niespodzianek — oby tylko więcej tak przyjemnych jak zawartość tej płyty! Dwa fortepiany, wpływy jazzu (czy raczej ragtime’u), wbrew eklektycznemu stylowi autora wyjątkowo zgrabne kompozycje — wiele więcej mi do szczęscia nie trzeba. A i za cenę albumu należy się wydawcy ukłonić.
Motörhead istnieje 30 lat i cały czas utrzymuje niezwykle wysoki poziom. Ta płyta jest tego dowodem. Lemmy śpiewa jakby miał 20 lat, do tego pisze znakomite teksty i koordynuje melodyczny podkład. Na płycie przebój wyrasta na przeboju. Czy można coś więcej napisać? Heavy metal w najlepszym wydaniu.
verte.art.pl > Archiwum > 2008 > №43
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski