
Pytanie do numerologów: co oznacza „verte 354”? Temperaturę spalania stron internetowych, a może kąt odchylenia od normy? Odpowiedź w numerze czerwcowym.
Jeśli na Wielką Majówkę, to tylko z zespołem Maanam. A poza tym zapraszamy na „verte”. Maj — miesiąc odradzania się wszystkiego, także pamięci po zmarłych w tym miesiącu Jerzym Kosińskim, Kazimierzu Malewiczu czy spalonej Joannie d’Arc, i o tych szczęśliwie dla ludzkości narodzonych — np. Ryszardzie Wagnerze czy Zygmundzie Freudzie. Miesiąc zakończenia II Wojny Światowej, odnalezienia Kaspara Hausera, powstania Amnesty International i opatentowania płatków kukurydzianych, a także czas 1. koncertu PJ Harvey w Polsce. O tym wszystkim przypominamy i do lektury zapraszamy.
Ten film jest jak chał(w)a — słodki, suchy i bezbarwny, kruszy się i ciężko go przełknąć w całości bez popitki napojem wysokoprocentowym. Chociaż niby da się to sprzedać, i ktoś to nawet kupi… Nie ja.
Sporych pokładów szeroko rozumianej tolerancji potrzeba, by przetrwać początki tego filmu: wydaje się, jakby nic się nie działo, główny bohater zdaje się wymagać specjalnej troski, a wszystko w otoczeniu nieprzyjaznej zimowej przyrody. Potem jednak zakrawające na absurd sytuacje przeradzają się przed oczami widzów w bardzo zgrabną opowieść o psychologii małej społeczności.
Przyzwoicie opowiedziana historia jeszcze jednego, tym razem czarnoskórego, mafioza narkotykowego. Chyba z połowa oklasków za cały film należy się Denzelowi Washingtonowi, ale generalnie nie ma na co narzekać — no, może trochę na trzy godziny przed ekranem, które niestety są odczuwalne.
Wiadomo, że drugiego „Obywatela Kane” nikt nie nakręci — przyznać jednak wypada, że Andersonowi udaje się do tego standardu zbliżyć. No i nie jest to, rzecz jasna, film dla fanów „Piły” czy Zakościelnego — ale „Obywatel Kane” też dla nich nie jest.
Serial poprawny, ale nie wybitny, któremu boleśnie brakuje intrygi na miarę „Prison Break” czy tajemnicy rodem z „Zagubionych”. Autorzy zbyt pochopnie odkryli wszystkie karty, przez co nie mają czym dalej grać. Patetyczna narracja również nie wychodzi produkcji na dobre. Wszyscy, którzy liczyli, że będzie to drugi „Niezniszczalny”, poczują się srodze zawiedzeni. Mimo abmicji twórców serialowi bliżej niestety do ekranizacji „X-Men”, niż dzieła Shyamalana.
Nigdy bym nie pomyślał, że tego typu tematyka — i to w serialu — w ogóle mnie zainteresuje: amerykańscy giganci reklamy na początku lat 60. Po raz kolejny jednak „Złe Imperium” zza oceanu udowadnia, że wszystko zależy od perfekcji wykonania. Tylko jedno ostrzeżenie: jeżeli próbujecie ograniczyć picie lub palenie — przy oglądaniu „Mad Men” dostaniecie szału.
Nowe wydawnictwo Beaty S. Lech raczej nie spodoba się fanom jej poprzednich produkcji. „Belvedere” brzmi niczym klon Nory Jones w Nashville. Niepokojącym sygnałem był już singiel z Jamie Cullumem bardzo uładzony, pozbawiony pazura utworek z nutą country. Nie jest tajemnicą, że Cullum uwielbia twórczośc Beady Belle, i śmiem przypuszczać że „Belvedere” jest bardziej prezentem dla samego Culluma niż dla reszty fanów. Mimo powyższych zastrzeżeń, to nadal solidnie zrealizowany i zaśpiewany album.
Powiem szczerze — przez długi czas zastanawiałem się, za co Lao Che jest noszone na rękach. Ani „Gusła”, ani „Powstanie Warszawskie” nie zrobiły na mnie wrażenia i nie czekałem z niecierpliwością na nowy album. Stwierdzam jednak, ze lubię być zaskakiwany, bo „Gospel” zaskakuje świeżością, wykonaniem i humorem. Bardzo mocna pozycja w tegorocznym katalogu. Polecam szczególnie niedowiarkom.
Płyta bezkompromisowa, wolna od powtórek z poprzednich dokonań zespołu. Portishead AD 2008 gra zimno, surowo, brudno i awangardowo. Po pierwszym przesłuchaniu można mieć w głowie istny kocioł, ale po całym dniu słuchania utwory śnią się po nocach. Na 11 utworów tylko dwa mnie nie przekonują — bilans bardzo dodatni, tym bardziej że nie kradną już motywów Lalo Schifrinowi. Odejmuję gwiazdkę za koszmarną realizację techniczną. Zdecydowanie nie jest to płyta dla audiofila. Muzycznie — jedna z najlepszych w tym roku.
Książka sprzed 30 lat, która w sposób rzeczowy acz lekkostrawny (wszak tematyka zobowiązuje) odpowiada na większość pytań nurtujących tak początkujących, jak i doświadczonych trawoszy. I wyjaśnia, jak niewinna używka zyskała miano wroga publicznego numer dwa w Ameryce XX wieku. Ogółem miła odmiana od zalewu dezinformacji, jaki ma miejsce w ramach „wojny z narkotykami”. W imię walki z hipokryzją postuluję wpisanie jej do kanonu lektur.
verte.art.pl > Archiwum > 2008 > №47
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski