„verte” to magazyn internetowy poświęcony krytyce kultury w ramach spełniającej się nowoczesności. Ukazuje się od lipca 2004 roku. Wydaje go bydgoska Pracownia Kultury Współczesnej.

16 kwietnia zapraszamy do Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy na debatę, współorganizowaną wraz z „Krytyką Polityczną” i Polską Partią Socjalistyczną, na temat tradycji lewicowych i lewicowego wkładu w polską kulturę (szczegóły już wkrótce!). Poza tym w kwietniu i maju odbędą się spotkania autorskie z Maciejem Dęboróg-Bylczyńskim, w związku z jego debiutem prozatorskim „Kolej na los”.
W kwietniowym „verte” prawdziwa wiosenna rozpusta: 11 tekstów i 17 rekomendacji – czyli istny barokowy przepych i eklektyczny miszmasz (w tym szaleństwie jest metoda). Witamy dwóch nowych autorów: Michała Schmidta i kolegę z zagranicy (Francja) – Jarosława Sujczyńskiego! Ponadto odświeżamy dział Czytelnia – debiutują na „verte” Katarzyna Ignatowicz i Daniel Paweł Sikorski. A jakby tego było mało, to jeszcze recenzjami filmowymi, naprawdę, naprawdę zgrabnymi (staramy się), przełamujemy hegemonię męskiej władzy w dziedzinie polskiego, tak zwanego, filmoznawstwa oraz prezentujemy świeże, i jak zwykle krytyczne, spojrzenia na filozofię, literaturę i kulturę masową. Zapraszamy do lektury oraz bacznego śledzenia naszych rozlicznych, pozapublicystycznych działań na stronie Pracowni Kultury Współczesnej!
Obsesyjny pociąg, świat więcej niż realny, ciepło i dystans wobec twardości spraw: kino, na jakie dawno czekałem. Rosja objawiła się dziełem nawiązującym do najpiękniejszych sąsiedzkich tradycji
obrazowania ruchu. Rzecz o wyjątkowym smaku. Więcej widać niż słychać. Film prawdziwy. Najlepszy film ostatniego półrocza. Wrażenie nie mija, choć już trzy tygodnie...
Spójrzcie na plakaty „Zapaśnika” wiszące na przystankach autobusowych. Mickey Rourke wygląda na nich jak umęczony za nie swoje winy Chrystus. W nowym filmie Aronofsky’ego bohater cierpi jednak za własne winy i dokonując bilansu życia, wcale nie jest z siebie dumny. „Zapaśnik” to nie tylko doskonałe połączenie prostej historii z egzotyczną scenerią amerykańskiego wrestligu, ale i jeden z najciekawszych męskich portretów ostatniego roku. Dla Mickeya Rourke’a prawdopodobnie rola życia. Tym bardziej żal, że Sean Penn zgarnął mu zasłużonego Oscara sprzed nosa. Prócz wielkiej tytułowej roli w „Zapaśniku” ciekawe jest też tło – pięknie starzejąca się Marisa Tomei i Evan Rachel Wood (prywatnie dziewczyna Marilyna Mansona) jako kobiety, z którymi tytułowy zapaśnik nie umie się skomunikować, a są jego ostatnimi deskami ratunku. Kwietniowa pozycja obowiązkowa!
Skromny film reżysera bardzo dobrego „Dróżnika”. Bez spektakularnych scen akcji, gwałtownych romansów. Poruszający film o samotności. O stosunku „prawdziwych” Amerykanów do imigrantów po 11 września. O tym, że nie wszystko jest czarno-białe. Doskonałe kreacje aktorskie (nominacja do Oscara dla Richarda Jenkinsa), dobra muzyka. O ileż lepszy niż na przykład oblegany przez tłumy w naszych kinach „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. Polecam z czystym sumieniem.
Jolanta Dylewska ożywiła na osiemdziesiąt minut świat przedwojennych polskich sztetli. Zrobiła to w sposób bardzo dojmujący – w połączeniu z wypowiedziami ostatnich świadków tamtej kultury, film naprawdę chwyta za gardło. I nie ma się tu czego wstydzić, wszak gdy widzowi zdarzy się spłakać na koniec filmu, to przecież nie dlatego, że uległ jakiejś wymyślonej historyjce fabularnego wyciskacza łez, lecz dlatego, że dotarło do niego (widza), co naprawdę stało się kiedyś w naszym kraju, Polsce, czyli Po-lin: wraz z sześcioma milionami Żydów, nieodwracalnie zniszczono też ich unikalną, piękną i naprawdę wartościową (w sensie: przepełnioną wartościami moralnymi) kulturę. I po seansie tylko jedno w głowie – wciąż powracające pytanie: jak to się mogło stać, jak to się mogło stać? Film jak MediaMarkt – nie dla idiotów.
Na tym wstrząsającym filmie było nas tylko kilkoro. Do wielkiego kina przyszedł znajomy dziennikarz radiowy z młodą dziewczyną. Obecna była też nieznajoma rozbawiona grupka. Ja przyszedłem sam. Rozmawialiśmy krótko po seansie przed kinem. Część grupki przyznała, że zasnęła w trakcie, dziennikarz sypał anegdoty z czasów, o których opowiadał film i które spośród spontanicznie stworzonych „nas”, tylko on mógł pamiętać. Rozmawialiśmy o polityce, terroryzmie, a także o modzie. O jakości samego filmu zdania były podzielone. Ale już fakt, że potrafił on rzucić w wir dyskusji nieznajomych z różnych środowisk świadczy o wielkiej sile „Der Baader–Meinhof Komplex” Uliego Edela.
Świetna muzyka, średni film. Beyoncé jako Etta James lepsza niż w „Dreamgirls”, nadal jednak aktorka z niej mierna. Muzycznie natomiast pani James do pięt nie dorasta. Historia wytwórni Leonarda Chessa w urywkach. Trochę irytujące.
PJ ubóstwiam niezmiennie od lat i każdą jej twórczość odbieram z radością graniczącą niemalże z ekstazą. To płyta absolutnie różna od poprzedniej, wyciszonej „White Chalk”. Doskonała. Trochę przypomina PJ z czasów młodości. Klasa sama w sobie, która nie mieści się w skali. Dlaczego nie można dać szóstej gwiazdki?
Jaka jest najciekawsza dzisiejsza młoda, ostra kapela ze Stanów? Jest kilka, ale najgłośniej czadu potrafią dać Titus Andronicus, i mają w sobie coś naprawdę magnetyzującego. Ich debiutancka płyta „The Airing of Grievances” przepełniona jest anarchią i nieokrzesanymi emocjami. Świetne melodie ubrane w brudne dźwięki potrafią wywołać niezły dym w New Jersey, skąd pochodzą muzycy. Titus Andronicus nie będą wielcy jak Coldplay, bo w popularnym radiu nikt ich nie puści, ale przesłuchajcie sobie utworów „My Time Outside the Womb” albo „Joset of Nazareth's Blues” i okaże się, że nie ma dziś nikogo innego, kto zbliżył się pod względem charyzmy tak blisko do The Clash. Dla mnie, jak na razie, obok krążka The Pains of Being Pure at Heart, najlepsza rockowa płyta roku.
Cud, miód, malina! Lidell coraz bardziej soulowo-funkowy. Ten krążek nie ma słabych punktów. Już od pierwszych dźwięków otwierającego album „Another Day” wiemy, że będzie fantastycznie: od energetycznych „Wait for Me” czy „Hurricane”, po klimatyczne „Rope of Sand” i „All I Wanna Do”. Play that funky music, white boy!
Zachwycające zróżnicowanie kompozycyjne, maestria wykonania i doskonała jakość nagrania... czyli doskonała płyta. Godne polecenia tym bardziej, że nazwisko Ornsteina niewiele komukolwiek mówi – a żył ponad sto lat, więc zdążył sporo napisać. Do słuchania z największą przyjemnością.
Prawdziwa uczta dla wszystkich miłośników neoromantyzmu: osadzony bardziej w romantyzmie, kolorowy i rozbudowany koncert fortepianowy oraz, skłaniająca się już ku modernizmowi, czwarta symfonia. Może i nadal wolę słuchać Barbera czy Hansona, ale do Gianniniego chętnie będę powracać.
Lider gigantów współczesnej progresji, Porcupine Tree, wreszcie
zdecydował się na wypuszczenie pierwszego solowego krążka. Umiejętnie łączy tu
dokonania macierzystej formacji z własnymi elektronicznymi wizjami. Mamy
więc mroczne ballady, metalowe łojenie, darkambientowe poszukiwania...
Myślę, że w każdym innym przypadku ocena 5/5 byłaby uzasadniona, ale
pamiętajmy, że tę płytę nagrał Wilson... I jest ona TYLKO genialna...
Dwupłytowe wydawnictwo odrobinę mnie rozczarowało. Daleko mu do niedoścignionego ideału – „Marbles”; od poprzedniego „Somewhere Else” też wcale nie lepsze. Kilka bardzo dobrych utworów – takich jak „Essence”, „The Man from the Planet Marzipan”, czy tytułowe „Happiness is the Road” – to za mało, a na dodatek – wszystko już było. Kto jednak widział/słyszał Marillion na żywo, niech doda jeszcze pół gwiazdki.
Jak zwykle progresywnie i nieco leniwie. Choć nowe wydawnictwo obfituje w
melodie, to paradoksalnie utwory nie wydają się przebojowe. Muzyka Isis ma
to do siebie, że po prostu płynie, nie zważając na nikogo i na nic. Z
pewnego otępienia dźwiękami wyciąga tylko niekiedy, growlujący częściej
niż na poprzednich płytach, wokalista.
Przyznaję, że do sięgnięcia po tę płytę skusił mnie Antony Hegarty na wokalu i entuzjastyczne recenzje. Z przykrością jednak stwierdzam, iż poza dosłownie paroma perełkami – „Time Will” i „Blind” – strata czasu.
Lektura obowiązkowa. Powieść z 1968 r. zmarłego niedawno pisarza to studium relacji międzyludzkich, niepokojów i napięć zachodzących pomiędzy dziesięcioma parami, zamieszkującymi prowincjonalne amerykańskie miasteczko. Śmiało i konsekwentnie dawkowane refleksje o emocjach i rzeczywistości, którą co prawda potrafimy czasem opanować, jednak znacznie częściej zostajemy przez nią zaskoczeni, skrępowani lub zwyczajnie wykiwani. Chociaż nie ma w tym nic zabawnego, w czasie lektury pozostajemy raczej w dobrym humorze.
Ciekawy eksperyment francuskiego twórcy, przebywającego od dwóch lat w Polsce i „uczącego się” Polski. Ogniwem łączącym wszystkie utwory zawarte w zbiorze nie są jednak miejsca ani ludzie, lecz czas. Czas, który stopniowo zyskuje władzę nad narratorem, wypełnia i odważnie zastępuje fabułę. Czas, który sprawia, że wszyscy bez wyjątku przeżywamy minione w teraźniejszości. Rekonstruujemy, przeżywamy, sycimy się. Niestety, zbiór przeznaczony wyłącznie dla francuskojęzycznych odbiorców. Przynajmniej na razie…
verte.art.pl > Start
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski