„verte” to magazyn internetowy poświęcony krytyce kultury w ramach spełniającej się nowoczesności. Ukazuje się od lipca 2004 roku. Wydaje go bydgoska Pracownia Kultury Współczesnej.

W dniach 17-18 maja zapraszamy do udziału w I Bydgoskich Dniach Różnorodności, organizowanych przez bydgoski Klub „Krytyki Politycznej” i Stowarzyszenie „Lambda Bydgoszcz”, przy współpracy z Teatrem Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Będą: Agnieszka Grzybek, Krzysztof Tomasik, Katarzyna Gębarowska, ks. Tomasz Puchalski, Anna Gerhardt, Oleksandra Kovyazina, Krzysztof Kliszczyński. Ty też tam bądź!
W maju jak to w maju – majówki. Mi zawsze na myśl przychodzi film „Wielka majówka” Krzysztofa Rogulskiego, gdzie Zbigniew Zamachowski strasznie chciał zobaczyć duże zwierzę w ciapki zwane żyrafą. My natomiast powinniśmy czym prędzej wybrać się do Nowego Zoo w Poznaniu obejrzeć słonia-geja, sfotografować ten wstrętny wybryk natury i później pokazywać swoim dzieciom, że to jest be, gdy zapytają nas, co znaczy „dobre”, a co „złe”. Tyle o zwierzętach. Na „verte” w maju witamy nowych autorów: Natalię Zielińską w eseju o kondycji współczesnego teatru, Magdalenę Rucińską czytającą Alejo Carpentiera, Sławomira Wasińskiego odsłaniającego przed polskimi kinomanami postać Todda Solondza, oraz Željko Obrenovicia – w mocnym opowiadaniu „Kto zabił…?”. Poza tym szereg tekstów autorstwa naszej „starej gwardii”. Jest zatem co czytać. Do tego Was, mili, majowo zachęcamy!
„Gran Torino” Clinta Eastwooda to film mentorski. Eastwood pokazuje, jak wielką wartość może skrywać cynizm i ironia. Stary gbur i rasista tak naprawdę nie przechodzi żadnej przemiany. To definicja dobra dla wzrokowców. Parafrazując Borysa Pasternaka, tylko w złych filmach ludzie są podzieleni na dwa obozy i nie stykają się ze sobą. W rzeczywistości nie ma ludzi skrajnie „czarnych” ani „białych”. Eastwood umiejętnie pokazuje, jak można zarządzać swoim potencjałem dobra i zła. Piękny film.
Jeżeli kino ma bawić i trzymać w napięciu, to „Zmierzch” spełnia tę rolę idealnie. Jeżeli ma przypominać serial dla nastolatków – też spisuje się świetnie. Nie tylko główni bohaterowie (Kristen Stewart i Robert Pattinson) są piękni i nie można od nich oderwać oka, a historia ich romansu, choć podobnych na ekranie było już wiele, trzyma w napięciu. „Zmierzch” korzystając z nieśmiertelnego sztafażu wampirycznego, tworzy baśń, której tylko bardzo zgorzkniali lub zupełnie impregnowani na pop odbiorcy mogą się oprzeć. Amerykańskie miasteczko, nastoletnie problemy i nieziemskie pokusy. Może „Donnie Darko” Richarda Kelly’ego był filmem szlachetniejszym, ale „Harry’ego Pottera” rozkłada już na łopatki. Twórcy „Zmierzchu” nie mają się czego wstydzić, tym bardziej że po sukcesie filmu mają o wiele grubsze portfele. I naprawdę bardzo dziwię się, że dałem się tak uwieść, bo w pierwszym odruchu nie chciałem nawet iść na „Zmierzch” do kina.
Wajda Krystyna Barce… Nie, nie Barcelona, a Grudziądz, za sprawą Wajdy ostatnimi czasy duma naszego, kujawsko-pomorskiego województwa. A tak już całkiem serio. Właściwie nie jest to film „Mistrza”, a Krystyny Jandy. Wyciszony (tak, nawet pani K. nie egzaltuje się tu na ekranie tak jak w latach 80.) obraz, podejmujący temat śmierci w perspektywie egzystencjalnej. Wajda nie mierzy się tu z Iwaszkiewiczem, nawet nie z ekranizacją „Tataraku” autorstwa Andrzeja Szafiańskiego. Historia pani Marty to tylko pretekst do (zbyt?) osobistej spowiedzi Krystyny Jandy z przeżyć związanych ze śmiercią jej męża Edwarda Kłosińskiego. Czy zbyt osobistej; czy to moralne, etyczne? Myślę, że, po pierwsze, w czasach, gdy Zuzanna Janin(a) „ogląda swoją śmierć”, nie ma już sensu zadawanie tego typu pytań, a po drugie – po tysiąckroć wartościowsze jest takie ujmowanie fenomenu śmierci, niżeli traktowanie jej przez kino w sposób instrumentalny: ktoś ginie, OK, był bohater, nie ma bohatera, jedziemy dalej. Kino refleksyjne. Warto.
Opisywane dzieło ma swoje lata (wydane w 1991 roku), ale warte jest wypromowania, bo muzyka na nim zawarta łączy w sobie paradoksalne wpływy. Slint jako grupa mathrocka stworzyła dziwaczne, acz chwytliwe melodie, doprawiając je ogromną liczbą nietuzinkowych rytmów. Niekiedy dochodzi więc do pomieszania zmysłów podczas słuchania. Polecam!
Zespół nie jest w Polsce dobrze znany, ale warto go posłuchać, szczególnie gdy ktoś lubi, nigdy już zresztą niepowtórzony, klimat Mastodonowego „Leviathana”. Bardzo ciekawe riffy, trójka zdolnych wokalistów (w tym kobieta), zaskakujące podziały rytmiczne – Kylesa nie odkrywa Ameryki, ale tworzy solidną muzykę.
Pierwszy raz usłyszałem Andrew Birda na iPodzie znajomej Amerykanki. To było „Fake Palindromes” – kawałek genialny, ale już cała płyta nieco nużyła. Jak jest na „Noble Beast”? Album ujmuje dobrymi kompozycjami, jest ciepły i przemyślany (spina go klamra: „Oh No” na przedzie, na koniec „On Ho!”). Najważniejsze, że z krążka przebija miłość do muzyki, bo Andrzejowi z Chicago nie brakuje talentów: gra na gitarze, skrzypcach i czym tam jeszcze. Do tego fajnie gwiżdże, pisze ciekawe teksty i śpiewa jak Rufus Wainwright (tylko nieco mniej tkliwie). I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że „Noble Beast” okrutnie przypomina wcześniejszą o dwa lata „Armchair Apocrypha”, a ta z kolei płyty poprzednie. To nie Bowie – on się już nie zmieni. Cieszy, ale nie powala.
Książka Gajewskiej stanowi dokładny przegląd feministycznych nurtów i teorii, rozwijających się i badanych nie tylko na polskim gruncie. Autorka ukazuje kobiecą tożsamość oraz seksualność na tle mitów, wierzeń innych cywilizacji, sięga również po literackie wyobrażenia kobiet. „Historia kobiecości”, jaką w swojej pracy proponuje Gajewska, nie pomija współczesnych wariantów feminizmu, przedstawia trudną drogę do wypracowania komunikacji pomiędzy oboma płciami. Gajewska porządkuje feministyczne nurty, jednak przede wszystkim porusza zagadnienia, o których niestety nadal jeszcze nie wszędzie wypada mówić…
verte.art.pl > Start
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski