„verte” to magazyn internetowy poświęcony krytyce kultury w ramach spełniającej się nowoczesności. Ukazuje się od lipca 2004 roku. Wydaje go bydgoska Pracownia Kultury Współczesnej.

Z WIELKĄ DUMĄ informujemy, iż praca naszej autorki Marii Natalii Kistowskiej: „Parler-femme. Marina Cwietajewa, Tamara Łempicka – rewindykacja” została nagrodzona I wyróżnieniem w konkursie na najlepszą pracę z zakresu GENDER STUDIES, organizowanym przez Warszawskie Podyplomowe studia z zakresu Gender Studies im. M. Konopnickiej i M. Dulębianki. Gratulujemy!
Miło nam powitać szanowne czytelniczki i szanownych czytelników w nowym, 2010 roku. Trzymając się kulturowej konwencji, nie pozostaje mi nic innego niż życzyć, aby rozpoczynająca się właśnie dekada była okresem sukcesu i wszelkiej pomyślności. Choć jak to w życiu bywa – dla niektórych rok mógł rozpocząć się wielką porażką, dla innych mniejszymi lub większymi radostkami. Dla nas mimo wszystko najważniejsza pozostaje idea, o której realizację konsekwentnie walczymy od kilku lat. Cytując Jacka Kuronia: Człowiek idei stara się przeciwdziałać wszelkiej aktywności zmierzającej do zniewolenia jego samego bądź kogokolwiek na świecie. I to chyba najważniejsze życzenie na nowy rok – aby żyło się lepiej. Wszystkim. Ale tak serio.
Utarło się mówić, że Smarzowski to polscy bracia Cohen w jednym ciele. Faktycznie z „Domu złego” płynie podobny pesymizm jak z „To nie jest kraj dla starych ludzi”, i jeszcze długo po zakończonym seansie jego filmu wieje grozą. Podobne porównania można mnożyć, bo Smarzowski opowiada z prawdziwie amerykańskim kunsztem narracyjnym godnym najlepszych filmów Polańskiego. Tu, niczym w „Chinatown”, także oglądamy małą skorumpowaną społeczność, klaustrofobicznie odporną na zmiany w jej strukturze. Jest ona jednak bardziej swojska – nasze twarze styrane życiem, nasza gorzała, Solidarność i komuchy. Choć maska historyczna odsyła w lata 80. i niby widać jak Polska zmieniła się od tego czasu, to my wiemy, że wcale nie tak bardzo. Tym bardziej film jest przerażający i mocny. Bo zły dom to nie tylko miejsce, w którym popełniono filmową zbrodnię, ale i dom każdego z nas, którym nasiąknął – Polska. Można pięknie mówić o Powstaniu Warszawskim, papieżu Polaku, czy o własnym dzieciństwie, ale pewnej dozy brudu i błota, którym epatuje film, doświadczył każdy, kto mieszka między Odrą a Bugiem. A jeśli nie – nie wie, w jakim kraju żyje. Także tym należy polecić film Smarzowskiego.
25 grudnia Polacy postanowili zarzucić swoje świąteczne obyczaje, odłożyć makowiec, wyłączyć Kevina i udać się całą rodziną na długo oczekiwany film Jamesa Camerona. O masowości tego zjawiska może świadczyć niemal 12,5 mln zł, jakie produkcja zarobiła po kilku dniach projekcji. Jest to historia sparaliżowanego żołnierza, który zostaje wysłany na odległą planetę Pandorę w celu jej eksploracji i eksploatacji cennych minerałów. Bogata flora i fauna planety jest nierozerwalnie połączona z Na'vi – rasą wysokich, człekokształtnych istot, rdzennych mieszkańców Pandory. Kiedy ludzka chciwość narasta, wybucha konflikt, w którym zwycięzca może być tylko jeden… Dzieło Camerona miało przynieść kinową rewolucję, czy przyniosło? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Od strony wizualnej z pewnością zachwyca. A fabuła? Cóż, jest to historia, którą wszyscy dobrze znamy, a reżyser udowodnił już swoim wcześniejszym filmem zdolność do wzbudzania wzruszeń u masowej widowni. Z „Avatarem” jest trochę jak z pierwszym lotem na Księżyc: przeprowadza się badania na nieznanych dotąd obszarach. Każdy musi to zobaczyć, każdy ma ogromne nadzieje. W konsekwencji udowadnia się, że można, jednak jeszcze wiele zostało do zrobienia. W tym przypadku szczególnie pod względem fabularnym. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, „Avatar” z pewnością będzie zapamiętany jako dzieło prekursorskie, które ukazało zupełnie nowe wizualne możliwości kina. A data premiery z pewnością stanie się ważna z punktu widzenia każdego historyka filmu.
Nakręcony w 1998 roku film Ann Coppel (na podstawie sztuki Teda Soda „Satan and Simon DeSoto”) to ciekawy przypadek kina oscylującego pomiędzy kiczem i campem. Przeplatana pełnymi teatralności scenami z barokowo ucharakteryzowanymi drag queens, historia homoseksualisty, który z lęku przed grożącym mu AIDS zawiera pakt z diabłem, nacechowana jest specyficznym, czarnym humorem. Specyficznym, ponieważ wizerunek szatana nakreślony został przez autora scenariusza w barwach konserwatywnych, prawicowych, co odbija się na charakterze narzuconego głównemu bohaterowi sposobu odkupienia „grzechów”. Poruszona w filmie tematyka staje się więc dla Teda Soda pretekstem do dyskusji ze stereotypami, kliszami kulturowymi i obiegowymi poglądami, które drzemią w zbiorowej podświadomości niektórych kręgów kulturowych i pobudzane są nieustannie przez dialektykę pewnych instytucji społecznych i religijnych. Zatem, pomijając ewentualne niedoskonałości, które mogą niejednemu widzowi mniej lub bardziej przeszkadzać, film ten wart jest obejrzenia, jako swoiste uzupełnienie dyskursu dotyczącego kwestii genderowych.
Lwia część publikacji dotyczących homoseksualizmu to opracowania okołosocjologiczne, ewentualnie skrajnie stronnicze agitki. Książką Pawła Fijałkowskiego wykracza poza ten schemat, prezentując perspektywę kulturoznawczą. „Homoseksualizm…” to pozycja opisująca sytuację mniejszości seksualnych w różnych epokach historycznych. Począwszy od starożytnej Grecji, przez diasporę żydowską, świat islamu, na dawnej Polsce skończywszy. Mówiąc w dużym skrócie – autor prezentuje kulturotwórczy potencjał osób wykluczonych. Książkę czyta się dobrze. Między innymi dlatego, że ogrom rzetelnych i dobrze udokumentowanych informacji koegzystuje z językiem lekkim i przystępnym. Dla wszystkich zainteresowanych tematem – pozycja obowiązkowa.
Jedna z najciekawszych minionego właśnie roku. Lider Wild Beast, Hayden Thorpe, śpiewa jak połączenie Morrisseya z Brettem Andersonem i Kate Bush. Do tego tuby, dźwięki lasu i chórki reszty zespołu tworzą niesamowity efemeryczny charakter kapeli, sytuujący ich gdzieś między Fleet Foxes a Wham. Brzmi nieprawdopodobnie? Oni brzmią nieprawdopodobnie. Prócz tego, że są dziwni, mają też talent do pisania dobrych melodii i interesujących tekstów. Czy tak będzie wyglądać muzyka kolejnej dekady? Byłaby to dobra wiadomość, ale Wild Beasts są jednak mocno osadzeni w tradycji, więc znów nic nowego pod słońcem, tylko gry i zabawy i układanie tych samych klocków na nowo. Ale to też inspirujące i cieszy. Przyszłość popu będzie raczej wykuwać Lady Gaga do pary z babcią Madonną, która znów ponoć szykuje się, by wejść do studia. Ale na obrzeżach największej kasy, którą trzaska się w muzycznym biznesie, znaleźć można będzie takie właśnie perełki jak „Two Dancers”.
verte.art.pl > Start
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski