„verte” to magazyn internetowy poświęcony krytyce kultury w ramach spełniającej się nowoczesności. Ukazuje się od lipca 2004 roku. Wydaje go bydgoska Pracownia Kultury Współczesnej.

W nawiązaniu do bydgoskiego cyklu poniedziałkowych, codwutygodniowych debat organizowanych przez Pracownię Kultury Współczesnej w Klubie Artystycznym Eljazz, zapraszamy: 12 kwietnia na spotkanie poświęcone kwestii związków partnerskich oraz 26 kwietnia – na debatę na temat powszechnego dostępu do edukacji przedszkolnej. Więcej na: pkw.art.pl.
Wraz z wydłużaniem się dnia, czego, lokalnie rzecz ujmując, doświadczamy wszyscy, wzmaga się w nas duch krytyczny. Trudno powiedzieć, czym jest to spowodowane. Można snuć różne przypuszczenia. Wzrost energii związany z dłużej ogrzewającym nas słońcem? Być może. Urealnianie się nadziei, że już niebawem: plaża, słodkie lenistwo? Pochodzę raczej od morsa niż małpy? - nie sądzę. Tajemnica tkwi... A niech sobie tam siedzi, po cóż nam wiedzieć. Wystarczy wspomnieć, że w tym miesiącu: wspieramy edukację przedszkolną, związki partnerskie oraz piszemy, krytycznie jak zwykle, o kulturze. W wielości jej przejawów i różnorodności dyskursów znajdując żywioł. Albo że noc krótsza, a nie dzień dłuższy? Hm...
Powieść przenosi nas do Japonii lat osiemdziesiątych. Dwaj przybrani bracia, Kiku i Hashi, znalezieni jako porzucone noworodki w dworcowych schowkach, trafiają do sierocińca, a następnie do rodziny zastępczej. Silny i ekspansywny Kiku odnajduje spełnienie w sporcie, natomiast cichy, introwertyczny Hashi – w muzyce. Losy chłopców, ukazane aż do osiągnięcia przez nich dorosłości, to trudne emocjonalnie związki, odnajdywanie seksualnej tożsamości, bezpośrednie zetknięcia ze śmiercią, zbrodnią, szaleństwem, lecz przede wszystkim poszukiwanie tajemniczego odgłosu, rytmu słyszanego we wczesnym dzieciństwie podczas terapii odbytej w sierocińcu... Niewiele ponad pięćset stron wzruszającej, do głębi prawdziwej prozy.
Trzy opowiadania, w których rozmowy toczą się i rozpływają w rytmach muzyki (rytualnych bębnów, bolera i cza-czy). Napięcia pomiędzy kobietą i mężczyzną narastają i kumulują się przy restauracyjnym stoliku, aż kończą się odejściem kobiety. W ostatnim opowiadaniu zamiast ukochanej przy stoliku bohatera zasiada gorliwy urzędnik, który uświadamia mu (rzecz jasna w sposób niezamierzony), że w socjalizmie człowiek jest zawsze winny. Czy zatem miłość i muzyka nadal mają moc ocalającą?
Niedawne zamachy terrorystyczne w Rosji każą na nowo powrócić do starego konfliktu na Kaukazie, który wydaje się nie mieć końca. W znakomitej serii „Terra Incognita” wydawnictwa W.A.B. ukazał się niedawno (jeszcze przed zamachami) ciekawy zbiór reportaży z Czeczenii, który pomaga chociaż po części zrozumieć kulisy niekończącego się konfliktu. Choć ich autorka, Åsne Seierstad, nie jest żadnym Kapuścińskim ani Orianą Fallaci, „Dzieci Groznego” czyta się z zapartym tchem, nie tylko ze względu na okrutną scenerię wydarzeń. Mocno wypada przede wszystkim zestawienie górskiej, partyzanckiej Czeczenii z początkującą norweską dziennikarką, która trafia tam tylko dlatego, że nikt inny w jej redakcji nie mówi po rosyjsku. Jak w przypadku Kapuścińskiego, trudno do końca rozpoznać, co jest faktem, a co literaturą, pewne pozostaje jednak, że Seierstad trafiła na Kaukaz na początku wojny, w epoce Jelcyna, by później wielokrotnie tam powracać. 25 reportaży zgromadzonych w „Dzieciach Groznego” czyta się jak zbiór opowiadań, choć to historie z piekła rodem.
Wbrew tytułowi płyty, Gil Scott-Heron wcale nie jest tutaj nowy. Tyle tylko że nie było go na scenie muzycznej jakieś 16 lat. Spędził ten czas, jak na prawdziwego poetę przeklętego przystało, w więzieniu i na odwykach. Bo Gil jest właśnie bardziej poetą niż muzykiem, u źródeł zresztą te dwie muzy były jednym. Dowodem tego jest „I’m New Here”, stanowiąca rodzaj zapisu melorecytacji kultowego niegdyś wśród Czarnych Panter artysty. Czuć tu piętno wieku – Gil przekroczył już sześćdziesiątkę i piosenki/poezje umieszczone na tej melancholijnej płycie są jakby elegijne (utwór tytułowy). Wciąż jednak ten prekursor rapu potrafi też pokazać pazura, jak w „Me And The Devil”. Całość, wydana przez niezależne wydawnictwo XL Recordings, stanowi rodzaj wielkiego testamentu artysty – jest zarówno krańcowa jak zaczepna, bluesowa i eksperymentalna. Najoryginalniejsza z najlepszych płyt ostatnich miesięcy.
Płytę kupiłam komuś na zająca. No i słucham jej teraz ja (idealny prezent to taki, który nam się przyda). Energetyczna, absurdalne czasem teksty (siedzę pod wiśnią, czereśnie jem),muzycznie doskonała. Teksty jednolite wprawdzie, bo tylko „męsko-damskie”, ale porównałabym ją (co w moich ustach to komplement) do zespołu Desire, który podobną tematykę podjął już jakiś czas temu. Rynek ich łaknął i dlatego Dziewczyny są chwytliwe. Płyta, której nie da się odśpiewać za drugim razem, co jest jej niewątpliwym atutem, słowa są dobrze rymowane i umiejętnie dobrane. Zabawna i smacznista. Wokal świetny, dawno nie słyszałam takich swingów i zawirowań gardłowych w polskim wykonaniu. Wokalistki kapitalnie wystylizowane. Okładka płyty nader zachęcająca, pies zabawny. Dobrze zmontowane i zapakowane jak pyszny cukierek. Nie daję pięciu gwiazd, albowiem nie przepadam za „męsko-damskimi” wariacjami muzycznymi, gdyż są banalne, ale tutaj uzasadnione i dobrze ograne. Polecam, nie tylko na zająca.
verte.art.pl > Start
© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski