Miałem takiego kolegę w podstawówce, na którego wołaliśmy Łajza. Łajza notorycznie zapominał trampek, gubił zadania domowe, łamał kredki… Generalnie w konfrontacji ze światem przegrywał z kretesem.
Pewnego razu na plastyce mieliśmy robić ludziki z kasztanów. Naszym zadaniem było zaopatrzenie się w kasztany przed lekcją. Zaopatrzyli się wszyscy prócz Łajzy.
— Masz 5 minut na przyniesienie kasztanów — pogroziła Łajzie plastyczka.
Łajza na to, że kasztanowiec daleko.
— To idź do warzywniaka po kartofle.
Po pięciu minutach Łajza wrócił do sali. Usiadł koło mnie i wyjął z kieszeni trzy ziemniaki.
— Czemu tylko trzy? — spytałem. — Trzeba dwa ludziki zrobić. Starczy ci tylko na dwa tułowia i jedną głowę.
— Czwarty mi wypadł, jak biegłem. Ale mam pewien pomysł.
Wyciągnął scyzoryk i przekroił jednego kartofla na pół.
— Zrobię dwie głowy z jednego kartofla. Bliźniaki będą.
— Ale bliźniaki mają po całej głowie, a nie po pół.
— Te moje będą takie trochę niedorozwinięte.
Tak powstały niedorozwinięte bliźniaki Łajzy. Gdy zaprezentował je klasie, żartom nie było końca.
— Kartoflane półgłówki! — wołali koledzy.
— Jakie brzydkie, takie głupie! — śmiały się dziewczynki.
Łajza słuchał tych obelg w milczeniu, czerwieniejąc na twarzy. W końcu nie wytrzymał i krzyknął:
— A ja wam mówię, że one są wyjątkowe! Są tak wyjątkowe, że zgłaszam je do szkolnego konkursu plastycznego!
Wszyscy parsknęli śmiechem. Jedynie plastyczka zachowała powagę:
— One się nie nadają. Ale regulamin zezwala na uczestnictwo każdemu, więc nie mogę cię powstrzymywać.
Wkrótce kartofle zostały wystawione w szkolnej gablocie wśród prac pozostałych uczestników konkursu. Na każdej przerwie wokół wystawy gromadził się tłumek, by wymieniać się niewybrednymi żartami.
Jednego dnia zamieszanie wokół gabloty przykuło uwagę katechetki. Gdy zobaczyła ona kartofle, oniemiała:
— Dobry Boże! Toć w nich jest czyste dobro! Ta praca musi wygrać ten konkurs!
Od tego czasu podczas każdej lekcji religii namawiała ona uczniów do głosowania na bliźniaki. Na nic zdały się protesty plastyczki, tłumaczącej, że nauczyciel nie powinien ingerować w przebieg konkursu. Katechetka pozostawała nieugięta.
Jej działania prędko podzieliły uczniów. Wielu mówiło, że nie posłucha głupiej baby i nie zagłosuje na takie paskudztwo. Jednak spora część (głównie dziewczynki) twierdziła, że katechetki trzeba się słuchać, bo to sługa boży.
I tak, ku tryumfowi katechetki i sympatyzujących z nią dziewczynek, kartofle wygrały nieznaczną przewagą głosów.
— Chciałbym podziękować wszystkim, którzy głosowali na moje ludziki — powiedział Łajza, odbierając nagrodę. — Dziękuję też pani katechetce za poparcie udzielone bliźniakom.
I choć mijały tygodnie, przeciwnicy kartofli nie mogli pogodzić się z wynikiem konkursu. Mówili, że nie pójdą już więcej głosować, skoro o wygranej i tak decyduje katechetka. Niektórzy zdecydowali się nawet na zmianę szkoły.
Jedynie plastyczka przyjęła zwycięstwo bliźniaków ze spokojem. Gdy spytaliśmy ją, jak to możliwe, odparła:
— Kochani! W Ameryce od 200 lat uczy się plastyki, a konkursy i tak wygrywa ludzik z buraka. Na Białorusi wolno głosować tylko na prace, których autorem jest syn dyrektora. W Afganistanie wszystkich przedmiotów uczą katecheci. A nasze kartofle niedługo zgniją, zaczną śmierdzieć i w następnym konkursie nikt już na nie nie zagłosuje.
I tak też się stało, a uczniowie uczyli się pilnie i wybierali mądrze.
© 2007 Tomasz Kojder
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Bliziemniaki
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski