Tak napisał kronikarz: każdego dnia słońce wschodziło nad pierwszą brodą o godzinie 6.30 i zachodziło o 19.15. Wiele głosów domagało się, by Sinobrody wstawał i prowadził skryte przed światem życie.
Szepty z obfitej baśni podszczypywały go za jej krańce. Elfie śmiechy tajemnych marzeń rozchylały ciężkie drzwi do jego sypialni. Pojękiwania własnego przebudzenia do połowy odciągały kołdrę z Sinobrodego i pierwsze poranne promienie zapadały w splątane wygniecenia jego zarośniętego podgardla.
Sinobrody śniadał powoli na tarasie wieży swego zamku. Przeżuwając posiłek i najbardziej własne myśli, widział stamtąd całą okolicę: rozległe lasy bukowe na wschodzie – ich miękkie korony cieszyły jego oczy latem i z niesytym zadowoleniem dotykał dłonią swej brody; doliny pełne mieniących się jezior na zachodzie – zimą tafle zamarzały i mężczyzna odnajdywał w tym widoku szczególne zadowolenie, gdyż jasnobłękitna barwa lodu przypominała mu zawerniksowany gniewem odcień jego spojrzenia. Lecz zwłaszcza lubił przemierzać wzrokiem z północy na południe, gdzie rozciągało się miasto, którego nigdy nie widział dość wyraźnie, gdyż o każdej porze roku zasnuwała je jakby postrzępiona mgła, której żaden wiatr nie był w stanie rozgonić. Tam jego spojrzenie potrafiło spoczywać uporczywie, wytrwale szukać najmniejszej szczeliny, która w zmieniającym się zgęstnieniu powietrza udostępniłaby mu widok na ludzkie sprawy; o niego mu chodziło. Gdy kompletnie nic mnie mógł dostrzec, czuł ucisk w klatce piersiowej.
Nie był Sinobrody w żaden inny sposób związany z życiem, jakie toczyło się w mieście. Nie wiele wiedział o ludzkich obyczajach poza własnymi. Palcem nie kiwnął, żeby uczynić jakiś gest, który zjednałby go z kimkolwiek. Od wielu lat od nikogo nie usłyszał słowa. Znał jedynie te rozmowy, które ze sobą w milczeniu lub na głos prowadził w zamku. Głos miał bardzo donośny, lecz nieco zdarty i jakby przecedzony przez sito – w sam raz dla kogoś, kto mieszka sam!
W tej chwili Sinobrody ziewnął i okazało się, że ma pełne, pięknie zarysowane usta i zdrowe uzębienie.
Oho. Znów wiatr powiewa chmurami na niebie, rzekła jedna handlarka do drugiej, rozkładając stoisko warzywne.
Prawda, coś takiego, sama nie wiem co, i na niebie i w powietrzu powiewa, pani Bjern, handlarka jajkami, złapała się pod boki i dodała: Wiatr się wzmacnia, powinnyśmy wyjąć paliki z magazynu.
Niech pani prędko patrzy w górę. Nie ogarniam zmian, jakie zachodzą na niebie. Co do kolorów i kształtów, mam na myśli. Wyznam, że boję się o mego męża. Za posadą w zamku wyjechał dziś z miasta długo przed wschodem słońca, a jeszcze żadnej wieści od niego nie mam. Czy mam powód do niepokoju?
Na pewno jest jeszcze niedaleko, kochana, uspokoiła ją tamta po swojemu i strzepała z policzka puszek z pościeli, który wiatr musiał przywiać tu z podwórza pani Rops, u której w sobotę robi się wielkie pranie.
Lecz czy on sobie zdaje sprawę, kontynuowała pani Bjern, przewiązując sznurkiem nogę stoiska, że pozostawiając mnie bez gońca, przyprawia chore serce kobiety o palpitacje? Już nawet nie chcę, żeby dostał tę posadę, lecz, na miłość Boga, mocno zawiązała supeł, niechże się do mnie odezwie przez pośrednika, że dotarł na miejsce!
Zgadzam się z Panią Sven. Nie mógł odjechać daleko, odezwała się kumoszka, która dotąd z boku przysłuchiwała się rozmowie i mocowała stoisko do ziemi. Jego koń na pewno stąpa ostrożnie. Zresztą nieraz widziałam ostrożność tego czarnego konia na własne oczy, więc dodam, aby panią pocieszyć, on jest... Kobieta zawiesiła głos w zadumie i po chwili dodała z osobliwym namaszczeniem: on prawie jest tu z nami.
Powietrze jątrzyło coraz więcej pierza, które należałoby strzepywać z fasoli, ziemniaków, marchewki oraz jaj, lecz kobiety – zamiast pracować – nie mogły dojść ze swymi sprawami do ładu.
Pani Sven i Pani Torgen, ciągnęła pani Bjern, to wszystko prawda. I że mój mąż opuścił mury tego miasta przed wschodem słońca i że z niebem dzieje się coś nie tak. Prawdą jest również, że koń mego męża jest czarny. Lecz ja łącze ze sobą te wszystkie fakty i wierzcie mi, że mam ku temu powody.
A jakie to, jeśli możemy wiedzieć?, zapytały, patrząc po sobie z nieskrywaną ciekawością.
Pani Bjern spuściła oczy i ciemne pajęczyny rzęs ubogaciły koloryt jędrnej i całkiem w tym momencie rumianej twarzy.
Pan Bjern postanowił pojechać do zamku drogą okrężną, która wiodła wzdłuż strumienia, aby w każdej chwili móc napoić konia i nie zgubić się, jako że smugi gęstej, nieprzenikalnej mgły unosiły się nad wszystkimi drogami i polami. Wesoły szum potoku oraz śpiew niewidzialnych ptaków prowadziły go naprzód i dodawały otuchy w misji.
Miał zatem ubiegać się o posadę rachmistrza u wielkiego pana z zamku. Na taki pomysł wpadła jego żona, i to nagle, dla niego niespodzianie. Jadąc, rozmyślał nad powodami, które skłoniły ją do wysłania go do zamku, kiedy on wolałby chociażby grzać się u jej boku. Jego dotychczasowe zajęcie dostarczało im przecież środków do życia. Pan Bjern miał nawet ambicję, aby ten swój własny, niewielki interes rozwinąć w coś większego. I chociaż sam nie wiedział jeszcze, co dokładnie miałoby to być, w tej chwili bardziej frasowało go, jak zachować się przed człowiekiem, którego kompletnie nie znał, a o którym słyszał wiele legendarnych historii.
Ludzie mówili, że Sinobrody jest bardzo niezależny i nikogo się nie boi. Że postępuje tylko tak a tak, a zwłaszcza jak mu się podoba, gardząc przy tym całym światem. Powiadali, że gdy chce, wskakuje na swego rumaka i wyrusza na polowanie, z którego zawsze na własnych barkach przywozi co najmniej dwa jelenie. Powiadają też, że w przypływie gniewu zabił człowieka i że jest niepoczytalny, skoro całymi latami sam przesiaduje w zamku. Jako że nikt nigdy na własne oczy nie widział Sinobrodego w mieście, również wokół jego rzekomych miłosnych podbojów narosły opowieści, które zaliczyć można do najodważniejszych. Podobno po kobiety wyprawia się tylko do odległych i dzikich krajów, gdyż jego upodobania są tak nieprzyzwoite i bezkształtne, a apetyt pozbawiony granic, że żadna normalna kobieta nie byłaby w stanie go zaspokoić. A gdy nie chce mu się jechać tak daleko, podobno... na tę myśl Panu Bjornowi zakręciło się w głowie i spadł z konia. To właśnie w tej chwili Pani Bjern nie ośmieliła się ponownie podnieść oblicza ku niebu.
Czujemy, że ciągłym mówieniem o twoim mężu, zamykasz sobie usta na jakieś inne sprawy, które cię nurtują, pani Bjern. Prawda, pani Torgen?
W zupełności się zgadam z panią Sven. Ze mną też tak było, gdy jeszcze nie byłam kobietą względem siebie uczciwą.
I w moim przypadku było podobnie, dodała pani Torgen, która była z nich najstarsza i mrugnęła okiem do pani Sven, gdy jeszcze byłam nieprzyzwoicie dziecinna w moim postępowaniu z mężczyznami.
Tak, jesteśmy dojrzałymi kobietami, pani Sven trąciła biodrem panią Torgen, a nie aniołami czy świętymi, nawet jeśli nasi mężowie tak nas postrzegają. Dlatego ulżysz sobie, jeśli wyjawisz nam swe prawdziwe myśli i opowiesz nam, co takiego się wydarzyło.
Widzę, że nie pozostaje mi nic innego, jak zwierzyć się przed wami, drogie kobiety, odezwała się wreszcie pani Bjern. Ale ostrzegam, że takiej historii jeszcze nie słyszałyście i możecie mnie potępić, gdy dowiecie się o tym, co się stało, oraz... co dopiero się stanie.
Tydzień już mija od wydarzenia, które wstrząsnęło moim dotychczasowym życiem. Pod nieobecność mego męża wybrałam się do zamku, w którym mieszka Sinobrody. Zapytacie, po co, a mnie trudno będzie udzielić wam jasnej odpowiedzi na to pytanie. Być może rozumujecie same i nie trzeba wam niczego wyjaśniać. Powiadam więc: nie miałam żadnej konkretnej sprawy do tego pana, o którym huczy po karczmach nad ranem, gdy przyzwoite kobiety śpią, a mężczyźni podejmują z dala od nich temat, który karmi ich wyobraźnię i konfrontuje z tym, czym sami nie mają odwagi przed nami być. Zapukałam do wrót zamku, gdyż chciałam poznać człowieka, o którym mężczyźni nam mówią, a my potem na rynku rozstrząsamy. O którym plotkują, że nie jest człowiekiem, lecz zwierzęciem, gdyż jego człowieczeństwo zostało zastąpione przez instynkty. Zebrałam się w sobie i pognałam do zamku, a po drodze musiałam zażyć witaminy, gdyż wielokrotnie traciłam siły. U jego drzwi stanęłam jako osoba wyczerpana, niepewna, zawstydzona i do dziś zastanawiam się, dlaczego właściwie mnie przyjął. „A co to?, rzekł patrząc na mnie z góry, z rozbawionym niedowierzaniem. „To ja, niewiasta gotowa na wszystko!”, odparłam dzielnie, a on buchnął śmiechem. „Na wszystko? Skoro tak, wstąp, proszę, w me progi”. Przyjął mnie w salonie. Pamiętam, że stało tam wielkie akwarium, a jako że był w trakcie zmieniania w nim wody, posadził mnie na wygodnej sofie, podał czarę z winem i rozmawiał nie przerywając poprzedniego zajęcia.
Czyścił akwarium, gdyś ty siedziała na jego sofie i popijała wino?, ze zwątpieniem zapytały chórem.
Tak. Między potężnymi nogami miał niebieskie wiadro do połowy napełnione wodą. We wiadrze zanurzona była ryba oraz przeźroczysta gumowa rurka, która łączyła się raz z akwarium, to znów z jego ustami. A gdy ze mną rozmawiał, wyjmował na chwilę rurkę z ust i zaciskał dopływ palcami.
O czym rozmawialiście?
Pytałam o jego życie. O to, czy miał żonę. Odpowiedział, że miał ich wiele i że teraz też ma jedną.
Co się stało z tamtymi i dlaczego nikt nic nie wie o obecnej?, dopytywały gorliwie.
Nie chciał mi powiedzieć, co stało się z poprzednimi żonami, a o obecnej powiedział, że jest na górze, że on nosi ją tam na rękach.
A dlaczego nie chciała zejść do was?
Powiedział mi, że ta żona często bardzo źle się czuje, ale po godzinie rozchwianym krokiem zeszła do nas na chwilę.
Ja myślę, wtrąciła pani Torgen, że to kompletna fantazja, żeby nie powiedzieć: kłamstwo!
I ja też tak myślę, dodała pani Sven. A poza tym, co jeszcze działo się dalej między wami?
Gdy zaniósł tę chorowitą żonę z powrotem na górę, powiedział mi, że zamknął ją w szafie, a ja włożyłam mu dobry tytoń do kieszeni surduta, pytając, dlaczego trzyma żonę tam, gdzie ją trzyma.
Co on na to?
Odparł, że nie chce słyszeć jej oddechu przez cały dzień, gdy zajęty jest swoimi sprawami. Męczy go to. I przybliżył swoją twarz do mojej.
Przybliżył swą wielką brodę do twej twarzy?
Opowieści, które krążą o jego sinej brodzie, rzekła uroczyście oświecona pani Bjern, można między bajki włożyć. Zbliżył do mnie policzek, z którego wyrastały kryształy cukru. Słońce wpadało do salonu i rozświetliło jego pobrużdżoną twarz pokrytą stożkami cukru. Zbliżył ją na odległość mojego języka, który wetknęłam w zagłębienie między kostkami. Niebywale szybko roztopiła się jedna z nich i pojawił się w jego policzku słodki dołek.
Jak szybko pojawił się ten dołek?, przerwała zahipnotyzowana tą opowieścią pani Sven.
Bardzo szybko i wtedy Sinobrody odwrócił ode mnie twarz.
Ach, westchnęła pani Torgen.
Moja wizyta w zamku nie trwała długo i powiem wam, że nie zapomnę smaku brody Sinobrodego.
Dlaczego jednak posłałaś tam swojego męża?, zapytała rozumnie pani Sven.
Chciałam, żeby poznał człowieka z charakterem.
Czy wiesz, że to się może źle skończyć dla pana Bjern? Chodzą słuchy o bezwzględności Sinobrodego zarówno względem kobiet, jak i mężczyzn.
Wiem o tym. Wobec mnie był bezwzględny. Być może też, że straciłam głowę myśląc o pożytku z tego dla mego męża.
Czy uważasz, że groźba śmierci byłaby dobra dla twojego męża?, zapytała pani Sven i między kobietami zapadła cisza.
Gdy pan Bjern przebudził się po upadku, odnalazł siebie na łożu w obcym zamku. Biła godzina 19. W fotelu na przeciw niego siedział najbardziej postawny mężczyzna, jakiego dotąd widział. Jego dłoń zanurzona była w takiej gęstwinie, że z całej jego twarzy wyróżniały się jedynie przenikliwe oczy o chłodnej, melancholijnej barwie. Pan Bjern był gładki jak niemowlę, co przez lata jego małżeństwa budziło radosne zdziwienie żony. Lecz w tej chwili poczuł się nieswojo, w milczeniu patrząc na spokojny ocean, który dotykał bel łoża. Ostatnie promienie dnia rdzawo zabarwiały fałdy pościeli. Sinobrody wyczuł przestrach i niepewność pana Bjerna.
Podczas polowania znalazłem cię nieprzytomnego na terenach mojej posiadłości i tymi ręcami tu przyniosłem. Lasy, jeziora i strumień należą do mnie, czy nie wiesz! Kim jesteś? Mogę zrobić z tobą wszystko, rzekł właściciel zamku poważnym głosem.
Jestem żoną twojej żony, tfu, jestem twoją żoną. Będę dbać o zamczysko, będę igrać z bródką, odparł prędko i niezdarnie gość.
Sinobrody roześmiał się, odejmując rękę od swej brody.
W takim razie może powinienem cię lepiej pilnować?, zapytał, odwracając twarz w stronę okna.
Ręce pana Bejrna nagle szarpnęły go porządnie za brodę! Wspinały się po niej prędko coraz wyżej, aż dotarły do oczu.
Rozejrzyj się dobrze, gospodarz odjął twarz gościa od swojej. Czy widzisz, jaki tu mam porządek? Czy ty u siebie też masz taki porządek jak ten?
Oczom pana Bjenra ukazało się krzesło ustawione przy oknie oraz półka z kilkoma zakurzonymi książkami. Dlaczego więc podsuwasz się pod moje oczy tak blisko?, zapytał hardo Sinobrody.
Bo chcę być miłą twym oczom, panie, cienkim głosem zaśpiewał mężczyzna.
Abyś wiedział, jak okrutne i przypadkowe może być życie..., rzekł Sinobrody i zaplótł dwa nurty wokół szyi pana Bjerna, pociągając go na taras wieży.
Powstrzymaj się!, krzyczał pan Bjern. Sekcja zwłok jeszcze nie została na mnie dokonana.
Nie podobasz mi się zarówno jako kobieta, jak i mężczyzna. Nie podobasz mi się w tej samej chwili, gdy ktoś inny podoba mi się choć trochę. Niech mi brodę utną, ale ty nie podobasz mi się wcale! Jesteś zwykłą latawicą, za którą nie mógłbym po schodach tego zamku latać.
I siłą rozpędu wyrzucił Sinobrody pana Bjerna za okno, które wychodziło na fosę pełną piranii, pozbawiając się strzępka swego najcenniejszego atrybutu. Pan Bjern przez chwilę spadał w dół uchwycony kawałka brody, od której dzieliło go naprężone ramię.
© 2010 Ewelina Jarosz
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Brody Sinobrodego (ze zbioru opowiadań „Przebieranki”)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski