> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№30 grudzień 2006

Chłopcy, nie kłóćcie się ze swoimi dziewczętami Dariusz Kałan

Po wczorajszej kłótni Clotard Załoga wolał nie wracać od razu do domu. Lepiej trochę odczekać, a wszystko samo się jakoś wyjaśni, myślał, kiedy, błądząc wieczorem po słabo oświetlonych alejkach, dojrzał po drugiej stronie ulicy migocący neon miejskiego kina. Wszedł do środka i kupił bilet na ostatni tego wieczora seans. Zza zielonej kotary wychyliła się młoda hostessa, która zaprowadziła go na miejsce i, upewniwszy się jeszcze, że niczego nie potrzebuje, błysnęła życzliwym uśmiechem i zniknęła w ciemnościach. Clotard Załoga cały czas wodził oczami za jej ciągnącymi się do samego nieba, bezwstydnie obnażonymi nogami. Jak mu się zdawało, dziewczynie podziwianie jej wspaniałego ciała sprawiało dużą przyjemność. Kiedy odeszła żałował, że do niej nie zagadnął, a nuż spędziłby ten wieczór o wiele przyjemniej i wcale nie musiałby siedzieć teraz w zaciemnionej salce, która, co zauważył po dłuższej chwili i z niejakim zadziwieniem, była zupełnie pusta.

Klimatyzator gdzieś nad jego głową zaczął przeciągle warczeć i sapać, aby po chwili z trudem zionąć mroźnym powietrzem, które po samoistnym załączeniu się charczącego wiatraczka rozlało się po całym pomieszczeniu, niczym woda po runięciu tamy. Clotard Załoga wtulił się w siedzenie, które ocenił jako niewygodne i za wąskie i okrył się płaszczem.

Kameralna sala kinowa mogła napawać lękiem. Poczucie panującego w niej osamotnienia wywołało w nim przez chwilę rozczulenie, tym bardziej, że, jak twierdzi, mógł już kiedyś być w tym kinie, może w dzieciństwie, ale wcale nie jest pewny. W takich miejscach, zauważył, przechadzają się wieczorami duchy tych wszystkich aktorów, którzy niegdyś pojawiali się w filmach. Schodzą z portretów rozklejonych wokół na ścianach, porzucają swoje trupiobiałe maski i, szukając utraconych lat własnej świetności, wędrują tajemnymi korytarzami, których, jak się mu zdawało, musi być tu bardzo wiele. Po jego prawej Liza Minnelli, wykrzywiona w jakimś niemym śpiewie żałości, spoglądała swoimi kreolskimi oczami, tak dobrze widocznymi na tle jodynowej cery, gdzieś w górę, może na te pękate gargulce, pomyślał, które ulokowały się na platformie tuż pod sufitem, jakby czekając na jeden sygnał, by móc zeskoczyć w dół, na widzów, na których cały czas nieprzyjaźnie łypały marmurowymi oczami. Czy to z powodu przeszywającego zimna, czy ponurej atmosfery, Clotarda Załogę przeszył dreszcz i pot zaczął spływać cienką stróżką spod jego włosów przez kark, na którym idealnie wpasował się w rynnę między łopatkami. Clotard Załoga otarł czoło chusteczką i roześmiał się głośno. Czasem wyobraźnia potrafiła mu płatać rozkoszne figle, wiedział to dobrze. I, co wywołało jego rozbawienie, jak dotąd zawsze dawał się nabierać.

Zanim światło zgasło na dobre, na białym płótnie zatańczyły figlarnie cienie, kogutek dziobał muszkę, nożyce pocięły kogutka, pewnie wygłupy operatora, pomyślał Clotard Załoga. I gdyby nie nagłe zamarcie charczącego klimatyzatora, pewnie wpatrywałby się w pusty ekran jak zaczarowany i niechybnie mógłby nie zauważyć skradającego się do sali mężczyzny, który mimo znacznej nadwagi bezszelestnie stąpał po schodkach. Kiedy nowoprzybyły mijał go i zobaczył wpatrzone weń ciekawskie spojrzenie, ukłonił się delikatnie i, jak wydawało się Clotardowi Załodze, błysnął nieprzyjaźnie swoimi wyłupiastymi oczami, ukrytymi za grubymi szkłami. W odpowiedzi otrzymał szorstki ukłon, co wywołało na twarzy nieznajomego uśmieszek zadowolenia, sardoniczny, jak pomyślał Clotard Załoga. Obrzucił go jeszcze beznamiętnym spojrzeniem, odprowadził wzrokiem na miejsce, dokładnie dwa rzędy za sobą, i, widząc rysujący się na jego wysuniętej szczęce grymas niezadowolenia z powodu za ciasnego fotela, nie bez satysfakcji odwrócił się i wkrótce zapomniał o przybyszu. Tym bardziej, że właśnie sala zatopiła się w głuchej czarności, a na ekranie poczęły się pojawiać pierwsze sceny filmu. Wtedy też Clotard Załoga zdał sobie sprawę, że nawet nie zna tytułu.

— Chodź, zapoznam cię teraz z rodziną, chłopcze. Elizo, nie stój tam, jakbyś w ziemię wrosła, i zdejmij z siebie tę wstrętną pelerynę.

— Wybieram się do stajni, papo.

— Nie pleć bzdur. Dygnij przed człowiekiem, z którym służył twój ojciec. Och, zuchwała dzierlatka. Muszę cię z miejsca ostrzec, chłopcze, ma w głowie pełno bzdur.

— Miło mi panią poznać, panno Elizo.

— Czy tak, sir? Na fotografiach wydawał się pan znacznie wyższy.

— Mam nadzieję, że pani nie rozczarowałem.

O co jej właściwie chodzi? Był już szczerze znużony tym związkiem, szczerze znużony, powtórzył w myślach Clotard Załoga. Dawno już minął czas szczeniackiej namiętności, szaleństwa, zawstydzenia przy muśnięciu ręką — niby przypadkiem — jej kolana, nerwowego wyczekiwania na telefon. To, co do niedawna wydawało się takie inne, świeże i pociągające, zamieniło się w nieznośną nudę, w jałowość powtarzanych rytuałów, jak zniszczone auto, które przed zakupem na wystawie budziło ekstatyczne pożądanie, takie właśnie porównanie przyszło mu do głowy. Clotard Załoga był zmęczony. Co z tego, że, tak jak wczoraj, urwał się wcześniej z pracy tylko po to, aby pomóc jej wybrać kolejny ciuszek, skoro z tak nieważnej przyczyny, głupotki, drobnostki jakiejś (o której on by nawet nie pomyślał) zrobiła mu w sklepie siarczystą awanturę. No tak, i jeszcze te dyskretne spojrzenia sprzedawczyń, znacząco zmrużone oczy, zwężone usta, a to ściśnięte ze złości, a to wywinięte w przymilnym uśmiechu, serwowanym innym klientom, proszę nie zwracać na nich uwagi, to jest naprawdę dobry sklep, no, ale cóż, czasem jacyś nieodpowiedzialni frustraci pomylą drzwi i tak bywa. Tego już przecież było za wiele. Do domu musiał wracać sam, pierwszy raz od studenckich czasów skorzystał z komunikacji miejskiej, a to wcale nie poprawiło jego nastroju. Wieczorem ona zaczęła nagle płakać i pytać dlaczego jest dla niej taki okrutny, co mu zrobiła, i tak dalej. Słyszał to nieraz, więc jej histeria nie zrobiła większego wrażenia. Już chciał położyć się spać, kiedy ona zaczęła wyrzucać z szafy wszystkie jego rzeczy, nawet koszule, które z taką starannością sam sobie prasował, no nawet koszul nie potrafi uprasować, pomyślał teraz, zawsze rozłażą się jej wszystkie kanciki. Może trochę przesadził mówiąc to, co jej wtedy powiedział, może wyraził się za ostro, ale przecież go sprowokowała. Dziś rano nawet się z nim nie przywitała.

Dziwne, kiedyś ją kochał nawet… Chodzili po parku i trzymali się za ręce — te chwile Clotard Załoga wspominał z czułym rozrzewnieniem — a potem patrzyli się na siebie, tylko patrzyli, i patrzyli, właśnie tak, jak teraz ta para na ekranie. Mógłby przysiąc, że słyszy nawet coś jakby słodki szepcik, chociaż filmowe postaci nic nie mówiły, bo tylko się patrzyły, i patrzyły na siebie, co zaczęło powoli denerwować Clotarda Załogę. Ktoś jednak niewątpliwie szeptał, ale w ten specyficzny sposób, w jaki zwykle chłopiec wyznaje uczucie swojej dziewczynie, z pewnym zażenowaniem, nieśmiałością i lękiem przed odrzuceniem, tak się wydawało Clotardowi Załodze, znał to przecież tak dobrze.

— Czy teraz możemy już wrócić do domu? Papa się pewnie denerwuje.

— Panno Elizo, czemu mi pani to robi? Czy nie widzi pani…

— Czego, sir?

— Czy nie widzi pani, że dzisiaj kiedy panią pierwszy raz ujrzałem, nie, nawet już wcześniej, kiedy tylko wyobrażałem sobie panią z usłyszanych od pani ojca opowieści, że wtedy już, że to się stało…

— Ach, sir, mówi pan tak nieskładnie, zupełnie nie wiem, o co panu idzie.

— Ależ wie pani, wie pani doskonale, Elizo. Tylko się pani ze mną droczy.

Ekran na chwilę zapłonął skrzącym letnim słońcem, przez co na sali zrobiło się prawie zupełnie jasno i Clotard Załoga dostrzegł wycelowane w siebie spojrzenie jednego z gargulców. Szeptanie powoli rozmywało się po sali, w końcu całkiem ucichło, i wtedy Clotard Załoga przypomniał sobie o wędrujących po kinie duchach aktorów. Jak podejrzewał, nie wszystkim jest dane dostać się na zawsze na ekran, to jest do tego filmowego nieba, i niektóre włóczą się niespokojnie po tajemnych korytarzach; jako dziecko często zastanawiał się co jest za białym płótnem i teraz przyszło mu do głowy, że może tam właśnie schodzą się wszystkie te straszydła, rozdarte między pragnieniem wiecznego filmowego zbawienia, a przymusowym karcerem w świecie ludzkim, co, pomyślał, wcale nie jest takie dobre. Niektórzy zmarli aktorzy, zgadywał, nie mogą zaznać spokoju, ponieważ zatracili swoją własną tożsamość, nigdy nie wyszli z kostiumów swoich postaci, a takie rozdwojenie, nieumiejętność oddzielenia rzeczywistości od fikcji było według niego bardzo niebezpieczne. Mogło się naprawdę źle skończyć, tak właśnie pomyślał. Wielokrotnie czytał o starych aktorkach, które zadręczały swoje towarzystwo opowieściami o rolach, jakie grały w młodości, widział kiedyś taką czarno-białą scenę, gdzie dawna gwiazda zbudowała sobie w domu własne kino i ciągle oglądała filmy ze sobą w roli głównej. W nich też było coś nierzeczywistego i upiornego.

Clotard Załoga nie miał nic przeciwko duchom, ale wolał, aby go nie zadręczały swoimi czułymi szeptami.

Trudno z kompletną pewnością orzec, co sprowadziło uwagę Clotarda Załogi na grubego jegomościa, może znużenie, a może pojawienie się podobnego, niskiego, pulchnego, tyle, że wyfrakowanego i bardziej dystyngowanego na ekranie. W każdym razie roztrząsnąwszy w głowie różne swoje prywatne sprawy Clotard Załoga poczuł nagłą ciekawość jedynym oprócz niego uczestnikiem kinowego seansu. Dlaczegoż by nie odwrócić się niby przypadkiem, niby to w poszukiwaniu czegoś, i raz jeszcze wyrazić miną i spojrzeniem pogardę nieznajomemu, który zrazu nie przypadł mu do gustu. Zapewne przez rozlazłość swoją i w ogóle antypatyczność fizyczną, jak pomyślał, wydał mu się małostkowy i niekonkretny, a tacy ludzie nigdy nie zdobywali szacunku Clotarda Załogi.

Wtenczas podskoczył z lekka, kiedy dybiąc na grubego spomiędzy foteli dostrzegł, że oto siedzi on nie tam, gdzie go niegdyś wzrokiem odprowadził, ale tuż za nim, na wyciągnięcie ręki i wpatruje się w niego swoim plazmowym wzrokiem, tak się wyraził w swoich myślach Clotard Załoga. Serce zabiło mu mocniej, czyż to nie jest niebywałe, że taki mały zatłuszczony osobnik przelazł z jednego rzędu do drugiego tak bezgłośnie i to w czasie, kiedy on doszukiwał się w sferach pozarozumowych źródeł szeptania, zapytał sam siebie z lekka podenerwowany. No nic, szepty szeptami, ale jeśli rzeczywiście to on szeptał, to — Clotard Załoga oblał się rumieńcem — to lepiej, aby na szeptach się skończyło. Clotard Załoga nie życzył sobie, aby obcy mężczyzna do niego szeptał w kinie, chwilowe kłopoty w jego życiu osobistym nie były przecież żadnym wytłumaczeniem, tym bardziej zachętą, co to, to nie, pomyślał. Wcisnął się mocniej w fotel, schował głowę w ramiona i postanowił więcej nie zajmować się dziwacznym nieznajomym.

— Tak, to prawda sir, pan hrabia jest moim narzeczonym.

— On? Elizo, nie może pani… Przecież on jest trzy razy starszy od pani, on zupełnie do pani nie pasuje. Pani jest taka świeża i młoda, a ten tłusty łapserdak to… To potwór.

— Proszę tak o nim nie mówić. Papa uznał, że pan hrabia będzie najbardziej odpowiednim kandydatem. Poza tym zaoferował się w pomocy finansowej dla naszego majątku, pan wie sir, że nie powodzi nam się najlepiej…

— Panno Elizo, ja nie mam wiele, ale mogę zaoferować pani coś znacznie cenniejszego…

— Tak, sir?

— Ja kocham panią, Elizo. I chcę się z panią ożenić.

— Ależ, sir.

— Tak, właśnie teraz proszę panią o rękę.

Ale czego właściwie przysunął się tak blisko? Że jegomość teraz lepiej widzi? Przecież wcale nie, gorzej nawet, bo jak wysunę głowę to mu zasłonię cały ekran, dumał Clotard Załoga. Jeśli tylko przestrzeń na to pozwala, to ludzie robią wszystko, aby nie siedzieć sobie na głowach, żeby tylko nie stykać się kolanami, łokciami na poręczach foteli. Już sama obecność obcego gdzieś obok powoduje dyskomfort i krępację, człowiek zrazu zaczyna się bardziej kontrolować i czuje się speszony, podejrzewał. Wczoraj choćby w komunikacji miejskiej wisiał na nim kosy oddech jakiejś starowinki, snującej rozważania na bieżące tematy polityczne, i kiedy drzwi wreszcie otworzyły się, to powiew miękkiego powietrza był jak kropla wody dla wyschniętego gardła, tak właśnie. A ten sam z siebie się przysuwa, zafrasował się Clotard Załoga.

Żeby to tylko nie był żaden zboczeniec, tyle się czyta w prasie. Albo morderca. Jak ten, o którym gdzieś opowiadano (pół-Węgier chyba), że przed zadaniem ostatecznego ciosu gwiżdże zawsze tę samą melodię (tak, mały grubawy pół-Węgier). No tak, jeśli są mordercy-gwizdacze, czemuż obok nich w panteonie najokrutniejszych zbrodniarzy nie mieliby się pojawić i mordercy-szeptacze, zapytał sam siebie ze zgrozą. Pierwsza myśl — zwinąć płaszcz i jak najszybciej wybiec z sali, pal sześć bilet i film. Ale jeśli się ruszy, jeśli drgnie choćby, to przecież tamten od razu poczuje, że coś nie tak i łatwo nie da ujść, myślał Clotard Załoga. Mimo nadwagi i mizernej, na pierwszy rzut oka, sprawności fizycznej wtedy na schodach skradał się jak pantera, a i miejsce zmienił tak cicho jakby w ogóle nie wstawał. Po takim, przypuszczał Clotard Załoga, można się wszystkiego spodziewać.

— Jak ci się u nas podoba chłopcze? Przez to moje zabieganie ostatnio w ogóle żeśmy nie mieli okazji do porozmawiania.

— Nic to…

— Coś taki mizerny? Czy jedzenie nie smaczne? Czy ci pogoda nasza nie służy? Klimat przyznam dość kapryśny.

— Nie, nie, to wcale nie to. Ach, gdybym mógł panu wyjawić, gdybym mógł tak wprost powiedzieć co czuję…

— Mój chłopcze, a przed kim masz się wyżalić, jak nie przede mną.

— Pańska córka, ona…, ona jest…, no i, sam pan widzi. Pańska córka, panna Eliza… Czy to prawda, że ona jest zaręczona, czy to już postanowione?

— Prawda, prawda, mój chłopcze, zaręczona. I to z kim! Wiele czasu mógłbym ci opowiadać o jego zaletach, manierach, no i co przyznam ci jak zaufanemu przyjacielowi, zasobnym portfelu, boś pewnie o naszych kłopotach słyszał. Ale, cóż to… O właśnie, o wilku mowa. Panowie chyba jeszcze nie mieli okazji się zapoznać. Pan hrabia, a to…

— Wiem oczywiście, papa wiele mi o panu mówił.

Wszystko zaczynało się układać w logiczną całość, w której każdy detal — zaniedbane kino gdzieś na uboczu, ostatni seans i pusta sala — zdawał się wskazywać Clotardowi Załodze, że oto padł ofiarą przemyślanego z godną pochwały precyzją i w każdym szczególe planu. Otarł czoło, prawą rękę wyciągnął spod palta i w największej konspiracji począł przeszukiwać kieszenie, a kiedy oprócz kilku dropsów, papierków, rachunków i kawałka rozpuszczonej czekolady znalazł jedynie cążki do paznokci, wtenczas pomyślał, że nie jest dobrze, że kiedy wróg uderzy to nic nie pozostanie, nic prócz łez i histerycznego, nieskładnego ciosania.

Zakołysało mu się w głowie tak dalece, że musiał złapać oddech i zastanowić się (tylko spokojnie). Człowiek wczoraj snuł plany na przyszłość, a dzisiaj stoi przed plutonem, z zawiązanymi oczami, bez wpływu na to kiedy, jak i za co (uch, rozluźnić krawat, więcej powietrza)… Zniżył podbródek, jakby chciał wymiotować, z tym rodzajem ociężałej beztroski, co to wszystko ma za sens?

(Czy zawołał?)

A może za bardzo przejął się czymś, jest zmęczony, tyle ostatnio przeszedł, i pewnie to nic poważnego, czy nie wyczytał, że groza bierze się z tego co niezrozumiałe (dlaczego akurat o tym pomyślał?), no, ale co tu jest do rozumienia, zapytał przerażony. Przyszło mu do głowy, że można by jeszcze uprzejmie porozmawiać, przekonać, przekupić, przecież miał chyba jakąś gotówkę, oddać zegarek, ale nie, czuł, że to żałosne wołanie skazanego, że sam siebie oszukuje, bo wyrok już zapadł, już dawno zapadł, wtedy kiedy tu wszedł, kupił bilet, zobaczył nieznajomego, a może i wcześniej.

— Pan jesteś zwykły tchórz, jeśli odmawiasz mojemu wyzwaniu.

— Ależ, sir, co też w pana wstąpiło…

— Nie, Elizo, pozwól, że mu odpowiem. Zamierzamy się z Elizą pobrać, a czy się to panu podoba, czy nie, ja doprawdy nie zważam na to. A pańskie prowokacje uważam za niemądre i absurdalne…

— Tchórz!

— Dobrze więc, jeśli słowne argumenty do pana nie przemawiają, rozstrzygnijmy to inaczej.

— Nie, sir, proszę, proszę niech pan wycofa rękawicę!

— Dosyć, moja droga, to już postanowione. Nie zamierzam dłużej patrzeć jak ten obdarciuch obraża ciebie i mnie.

— Pan nie jesteś godzien panny Elizy i niech pan będzie pewien, że udowodnię mu, że ona zasługuje na kogoś lepszego, i niech pan ma na baczności, że jestem zdeterminowany i nie zalękam się, pańskie skowyczenia do mnie nie trafią, bo jeśli trzeba będzie, jeśli pan inaczej się nie usunie z życia panny Elizy, to niech pan będzie pewny, że zabiję, zabiję, zabiję!

Skulił się w sobie, myśli nieskładnie wirują po głowie, oddycha głęboko, nerwowo, a głowa świdruje w tę i we w tę w oczekiwaniu na napastnika, zimno na czole, i wie, że powinien wyjść albo chociaż krzyczeć, tymczasem podnosi dłonie do ust, oddycha ciszej, lękliwiej, spokojniej, i chciałby być znów w domu, i trzymać za rękę, i żeby było fajnie jak dawniej, i leniwie zamyka oczy, prostuje się, napina,

— Ależ, sir, to niemożliwe.

dłonie przyciska do poręczy jakby miał się odbić, ale drętwieje, dyszy nieskładnie, rozpina koszulę, lewa pierś pulsuje i wali, i skamle, chce uciec, wydostać się, przebić, i nagle

— Nie, sir, nie wyobrażam sobie tego. Sprawa skończona.

przystaje, tamuje, cofa się, rezygnuje, i duszno, i chłodno, aż wreszcie wolniutko, po troszeczku, główka bezwolnie opada, z wdzięcznością, i zwalnia, luzuje, i ulga, i łoskot cążków, które odbijają się od podłogi i toczą gdzieś pod jakiś fotel.

© 2006 Dariusz Kałan

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Chłopcy, nie kłóćcie się ze swoimi dziewczętami

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski