W niedzielę wieczorem zadzwonił Rafael. Po krótkiej chwili zapytał wprost: co byś powiedział na nasz wspólny dwudniowy wyjazd? Jasne, odpowiedziałem! Rafael bez wahania zaproponował Goerlitz (Zgorzelec). OK, za tydzień jedziemy do Goerlitz, odpowiedziałem.
W ciągu dni poprzedzających nasze spotkanie, hasło Goerlitz rosło w mojej głowie. Zbliżał się dzień wyjazdu, a mnie ogarniała niechęć do nieznanego miejsca. W piątek pojawił się Rafael, punktualnie jak zwykle. Około 22:00 wsiedliśmy do samochodu, przybiliśmy pięć. Go! Go! Zaintonował Rafael. W aucie zapanowała ciepła atmosfera, dobrze było nam razem, czułem, że wypoczywamy oboje. Mówiliśmy o sobie o tym, jacy teraz jesteśmy i jacy byliśmy kiedyś. Zbliżaliśmy się do celu. Rafael zapytał: co oznacza słowo Zgorzelec? Dym, przypalone mięso, odpowiedziałem intuicyjnie. Kwadrans po północy wjechaliśmy do Goerlitz, miasto sprawiało wrażenie, jakby nie mieszkała w nim żadna dusza. Jedynie mróz i śnieg.
Krążyliśmy po wyludnionych uliczkach. Pierwszy napotkany przechodzień, skulony w sobie, stał na krawężniku w ciemnościach i przenikliwym chłodzie. Chwiejąc się na nogach sprawiał wrażenie, jakby sam siebie pytał o drogę.
Rafael opuścił szybę, jak dojechać do hotelu Sorat, zapytał. Nieznajomy nieoczekiwanie wsadził głowę do środka naszego samochodu. Była spłaszczona, wyglądała na poród kleszczowy. W kącikach jej spękanych ust zalegała lepka biała ślina, w samochodzie poczuliśmy nieświeży oddech. Jajogłowy z trudem nawiązywał z nami kontakt. Po mapie, która leżała na kolanach Rafaela, zataczał chaotyczne szlaki, brudnym długim paznokciem stukał po papierze z niedowierzaniem, że to co na nim widzi odzwierciedla miejsce gdzie obecnie stoi.
Kim był zamroczony nieznajomy o tłustych włosach i nieświeżym oddechu? Jego zmarznięte dłonie bezwiednie wykonywały chaotyczne gesty. Chwilami jajogłowy nerwowo iskał się po zapadniętych policzkach, lgnął do naszego ciepła, parł w naszą stronę. Na wdechu, z wybałuszonym wzrokiem kierując słowa osobiście do nas obu powiedział: Keiser Wilhelm II odwiedził nasze Goerlitz pięć razy! Patetycznie i dobitnie zaintonował raz jeszcze: Finf mal! Wbrew woli nieznajomego delikatnie ruszyliśmy z miejsca, dając do zrozumienia, że czas nam ruszać w dalszą drogę. Krótką jeszcze chwilę nieznajomy napierał nerwowo, trzymając się uporczywie szyby samochodu. Keiser Wilhelm! Keiser Wilhelm!, charczał z głębi gardła. Przez dobrą chwilę jajogłowy krzyczał za nami swego Wilhelma, a my na jałowym biegu toczyliśmy się ze wzniesienia dalej, intuicyjnie podążając w kierunku starego miasta. Kolejny napotkany tej nocy przechodzień był podobnej postury, na widok naszego auta bez chwili namysłu przejął inicjatywę w swoje ręce, szarmancko podbiegł do opuszczonej szyby, szkliste oczy, rzadka bródka i znaczne braki w uzębieniu wskazywały na excesywną młodość. Typ nieszczerego poety bez perspektyw, pomyślałem. Uśmiechnięty aktywista, drobną dłonią gestykulował, jakby czytał w uniesieniu swe wiersze, poprawiając szarmancko czarny grubo tkany szal. Byliśmy blisko hotelu Sorat. Cóż za pomysł, równie dobrze hotel mógłby nazywać się Ararat Murat.
Hotel był zamknięty, panowała w nim całkowita ciemność, zadzwoniliśmy! Duże ciężkie drzwi otworzyły się automatycznie. Weszliśmy do małego przedsionka, pneumatyczne ramię umieszczone nad naszymi głowami samo majestatycznie zamykało za nami drzwi. W ostatniej końcowej fazie, tuż przed całkowitym ich zamknięciem, drzwi nieoczekiwanie przyspieszyły tempa i zatrzasnęły się z ogłuszającym hukiem. Portier z podwójnymi kolczykami w uszach i nieco spuchniętą twarzą wyprężył się. Jawohl, Herr Knuth, Zimmer 205.
W pokoju, który znajdował się na drugim piętrze, wisiały bogate ciężkie bordowe zasłony. Spojrzeliśmy po sobie, Goerlitz by night!, Rzucił Rafael. Portier na nasz ponowny widok skinął głową: moi Panowie, powiedział ostrożnie. Odradzam spacerów ulicą Kamienną! Zakonniczą! Bratnią! Piotrową! Długą! Szeroką!... Po północy, deklamował dalej z ironizującym aktorskim zadęciem, jak mówi historia naszego miasta, ulicami Goerlitz przejeżdża czarny pogrzebowy karawan. Ciągnie go czarny koń, bez głowy! Głowę konia niosą mężczyźni podążający za karawanem, ubrani są w czarne szaty, skrzętnie ukrywają swe twarze. Ci, których ciekawość wiodła za orszakiem, nieuchronnie przypłacali ją swoim życiem, zakończył na bezdechu. Zapanowała chwila ciszy, po czym nerwowo zaczął pstrykać palcami obu rąk, co rusz wspinając się na palcach. Klikanie palców do złudzenia przypominało kastaniety. Ciężkie hotelowe drzwi ponownie zatrzasnęły się za nami z hukiem. Błądziliśmy uliczkami pustego i zimnego miasta. W oknach nie widać było świateł, atrapy domów, pomyślałem.
Idąc w dół miasta coraz intensywniej pachniało palonym węglem. Rafael był gotów przyjąć zapach dławiącego dymu za oznakę dolnośląskiej gościnności.
Jedyna otwarta knajpa była przestronna, przy stoliku na środku sali pod betonową kolumną jakiś gość całował namiętnie zamroczoną nastolatkę, oburącz trzymając jej głowę cisnął mocno, by następnego dnia pamiętała gorące zbliżenia? Cóż za technika? Podświadomość podsunęła mi na myśl smak sałatki warzywnej.
Siedliśmy przy barze, barmanka była zbyt mała jak na barmankę, jej łagodny uśmiech wprowadzał nas w zakłopotanie.
Rozgrzewaliśmy się solonymi orzeszkami z puszki i szczodrze nalewanymi sznapsami. Jacy byliśmy szczęśliwi, blisko siebie. Rozmawialiśmy o wszystkim.
Zrobiło się późno, postanowiliśmy opuścić lokal. Na pożegnanie spojrzałem jeszcze raz w głąb sali, gość przy kolumnie kurczowo trzymał głowę zamroczonej, notorycznie całował jej blade lekko uchylone usta. Na zewnątrz wiało przenikliwe, szliśmy skuleni z powrotem w górę opustoszałego miasta. Po drodze spotkaliśmy czterech postawnych dresiarzy w kapturach na głowach, z zimna pochyleni byli do przodu, skrywali twarze.
Śniadanie postanowiliśmy zjeść w Polsce, w mieście, które dzisiaj jest Zgorzelcem.
Im bliżej byliśmy granicy, którą wyznacza rzeka Nysa, tym bardziej wchodziliśmy w chmurę węglowych spalin. W Polsce Rafael tryumfował, jesteśmy na Dolnym Śląsku, krzyczał! Domy i ulice robiły ponure wrażenie. Zaciekawieni wchodziliśmy do odrapanych kamienic, przypadkowych sklepów. Trafiliśmy na targowisko. Na straganach obitych blachą zalegało mnóstwo szarych kapci, przed nami roztaczały się sterty uczesanych beretów wykonanych z odzyskanej wełny, wyglądały jak zardzewiałe miny przeciwczołgowe. Sąsiadowały ze straganem pełnym sztywnych błękitnych i różowych staników. A obok, rzeźnik. W Polsce koniecznie należy wejść do rzeźnika. Weszliśmy, Rafael poprosił o dwie kiełbasy polskie surowe i cztery kabanosy, sprzedawczyni z nakryciem głowy przypominającym zdezelowany plastikowy abażur była opryskliwa, miała krótko obgryzione paznokcie i nabrzmiałe z brudu opuszki palców. Treść podeszła mi do gardła.
Drugi i ostatni wieczór. Drzwi hotelowe z hukiem zamknęły się za naszymi plecami, portier palcami naśladował kastaniety. Nasze próby znalezienia przyjaznego lokalu pełnego ludzi i ciepłej gościnnej atmosfery spełzły na niczym. Miasto było dla nas zimne i puste. Zmienialiśmy kierunki, lokale i tematy. Goerlitzer Kartoffelhaus nie czynił wyjątku, świecił pustkami. Przeszliśmy przez rzekę. Polski Goerliz nigdy nie był polski. Granica prowadząca przez miasto jest raną, a nie granicą. Gorzkie miasto. Wskazano nam drogę do Pubu nr 1 w mieście. Przypominał siłownię. Było w nim tłoczno. Gwar: sylikon, biba, kasiora, gnat, kreska, łoisz, pakujesz, ciągasz, tyrasz, buzujesz, klepiesz, posuwasz, przebijasz, lejesz, spadasz, ładujesz, blachy, szkopy i szponki.
Przygnębieni, ruszyliśmy z polskiej na niemiecką stronę.
Dwóch cywilów jak z dawnej bajki stało na moście w skupieniu, z rękoma specyficznie założonymi do tyłu, unosząc z lekka stopy skinęli porozumiewawczo głowami w naszą stronę, kciukami kręcili młynki.
22.01.2009
© 2009 Roberth Knuth
verte.art.pl > Czytelnia > Inne > Gorzko
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski