„Proszę wejść”, zaproponował gospodarz. „Jest tu trochę ciasno i ciemno, ale zapewniam was, że w takiej knajpie jeszcze nie byłyście. Na początek prowadzę do rogu. Mijamy okrągłe stoliki, o tej porze jeszcze puste. Po prawej równie pusty parkiet, a więc i tu także jesteśmy bez sali. Wydawałoby się, że tam, dokąd prowadzę, będzie stać pianino, a tymczasem, jak widzicie, stoi tu bardzo stara skrzynia, a na jej wieko opadają... trzy ustniki. Powiecie trzy trąbki, ale to ustniki, wierzcie mi. Każdy z nich połączony jest z rurką, spójrzcie na imponującą długość oraz barwę każdej z nich. Szlak tej rurki prowadzi, o, tędy, wyżej zahacza o wieszak – zauważcie, że każda rurka ma osobny hak – a potem opada w dół, za skrzynię, i... nie wiadomo, czy dalej jest wieszak..., czy włoszczyzna? A może któraś z was chciałaby spróbować fajki wodnej? Zaciągnąć się dymem i odpłynąć? Jestem przekonany, że wybierzecie właściwy hak, tfu, ustnik. On będzie wskaźnikiem na drodze do własnych korzeni. Ty mi wyglądasz na onieśmieloną, panienko – czyżby mną? A może faktem, że jestem tu gospodarzem? Cóż, zawsze nim byłem – ale ty... ty, czuję, że chciałabyś się udać w podróż... do Afryki... Kto nie chciałby poznać swoich korzeni? Odkąd tu weszłaś, myślałem o jednym, mianowicie: skąd ta dziewczyna pochodzi? Na Murzynkę za jasna, na Mulatkę jest za jasna, ale...
Znakomicie! A teraz podejdźcie do baru. Pewnie chciałybyście się napić. Wasze klarowne widoki mogą być już nieco zmącone. Tak dzieje się jedynie podczas podróży. Powiem wam, co widzicie. Co my tu mamy... Niewiele do zaoferowania, same warzywa, gdyż jest to bar warzywny. Na stołkach barowych stoją donice, w których posadzono bujny koper, piękną zieloną pietruszkę, a tam, w tej podłużnej donicy ustawionej za barem, rośnie kępa rozmaitych warzyw. Ty, panienko z Afryki, połóż się na podłodze. A ty, któraś się powstrzymała od podróży, tylko nie pomyśl o przyziemności spraw cielesnych, to porządna wegetariańska tancbuda! Twoja koleżanka nie odmówiła mi, sam jestem ciekaw, co z tego będzie. Pewnie myślisz, że ja jestem zły, że mam niecne zamiary! Popatrz na te kobiety, które od wielu lat pracują u mnie za barem. Czy wyglądają na nieszczęśliwe, skrzywdzone, ba, nieprzytomne? No już dosyć o tobie, zaczynamy pokaz. Położyła się, ułożenie ciała swobodne, pod plecami chyba wycieraczka. Drzwi w mej knajpie otworzyły się i... mamy przeciąg! Jej dusza, pardon... jej alterświadomość jako megakosmiczna ontencja wędruje teraz w poszukiwaniu swego najskrytszego życzenia. Paulo Koeljo się cieszy! Podskakuje z radości, a potem upada na ziemię. Gdy wstanie, zrobi coś takiego, czego nikt by się po nim nie spodziewał. Objawi coś i... w zasadzie będzie to nasze wspólne dzieło, moje i jego. Ma do dyspozycji cały bar i jego obsługę! Brawo! A może nam coś powiesz, owieczko? Co tam z poziomu podłogi słychać w świecie celebrytów?
– „PUFF DADDY ZOSTAŁ NOWYM MĘŻEM KRÓLOWEJ ELŻBIETY”.
– A skąd to wiesz?
– WIDZĘ TYŁ JEGO CZARNEJ GŁOWY NA ZDJĘCIU, A OBOK SIWE LOKI KRÓLOWEJ ELŻBIETY.
– A może to nie zdjęcie, tylko ciemny zakątek twojej galaktyki? Teraz wstań i pokaż, na co ciebie stać, o następczyni tronu naszych pierwszych królów, powracająca właśnie z potężnej ojczyzny przez Anglię i, rzecz jasna, przez kolorowe magazyny dla pań, przez ich psychologizujące działy. Ładnie, dobrze, ciekawie... Podchodzi do doniczki z warzywami, od marchwi po brokuły, od kalafiora przez seler, odwraca się do nas tyłem i... z jakiegoś powodu zasłania doniczkę. Czy przygniotła? Nie widzę, co robi, tracę nad nią kontrolę, pozwalam jej na wszystko, gdyż nie mogę się doczekać, co nam przedstawi. Marzę, aby poznać jej skrytości. Chcę, aby je urealniła w tej chwili! Odwraca się do nas – dzień dobry pani – dłońmi ujmuje niewielkich rozmiarów kwadratowy arras. Nie jest to zwykły dywanik, lecz arras warzywny. Widzę rzędy przepołowionych warzyw, te z tych solidnych! To niebywale! Czy ktoś z pośród tu obecnych widział coś takiego? Żadna z moich barmanek, a każda ma długi staż pracy – i jeszcze dłuższy nos – dotąd nie wpadła na taki pomysł! Warzywa stoją całymi dniami, ludzie się na nie gapią, popijając koktajle, albo po prostu jedzą, płacą i wychodzą. Ale ona! Jak ona tego dokonała i co chce z tym zrobić? Dziewczyny za barem oraz moja skromna osoba – wszyscy się niecierpliwimy.
... ach, ona zawiesić na głowie koleżanki chciała... Nakryć jej głowę własnoręcznie wykonanym arrasem. Już rozumiem, dziękuję bardzo za uwagę. Przecież ja nie wzbraniam”.
© 2010 Ewelina Jarosz
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > HIPN-OZA (ze zbioru opowiadań „Przebieranki”)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Monika Mohylowska