> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№28 październik 2006

Hominem quaero Gautama de Mazan

Część 1

Odezwał się Fryderyk, chłopak wątły, skażony najprawdopodobniej aryjską krwią, blondyn w okularach, który jako jedyny nie chciał się zgodzić z dogmatem przyjętym przez resztę. Wstał nawet z krzesła i machał swoimi koślawymi faszystowskimi łapami, jak Hitler, i szczekającym głosem mówił, że to nieprawda, że Niemcy to ateistyczni naziści, krzyczał, że to tacy sami ludzie jak my, że to ludzie! Że byli bardzo sympatyczni i przyjęli nas jak swoich, kiedy pojechaliśmy na szkolną wymianę do tego pogańskiego kraju, gdzie Boga nie ma.

Każdy jednak doskonale pamiętał ów pierwszy dzień w Niemczech, kiedy po drodze do celu zatrzymaliśmy się w Berlinie, żeby rozprostować kości i zrealizować najważniejsze fizjologiczne potrzeby (dziewczynki biegają szukać McDonald’s, a chłopcy kulturalnie stają murem pod płotem i załatwiają to po normalnemu). I wtedy, kiedyśmy wychodzili z autobusu, z zaskoczenia napadło na nas ciężkie, gęste i siwe powietrze, śmierdzące spalinami i ciepłym amoniakiem. Złapało nas za szyje i zaczęło dusić. A przyglądały się temu brudne i szare budynki, pomalowane sprayami: JUDE RAUS! (a może było to: SVEN ICH LIEBE DICH), zdewastowane budynki, bo ci poganie nie mają szacunku dla wspólnego mienia. Nie to, co w naszej Ojczyźnie.

Ani skrawka zieleni w tym mieście, niebo jakby deszczowe, choć słońce świeciło i nie było chmur, smog. Staliśmy niedaleko dworca kolejowego, gdzie siedziało mnóstwo żebraków i narkomanów, jakieś prostytutki, dziwki, kurwy bez Boga w sercu! Machały do nas, chcąc zdeprawować nasz czysty Naród. Kloszardzi leżeli pod ścianą dworca przykryci strzępami gazet i tekturowymi pudłami. Jakiś młody chłopak podpierał się o barierkę schodów, wstrząsały nim konwulsje, a oczy miał zamknięte, pamiętam tę krew, cieknącą mu z nosa, ciemną, brunatną, prawie czarną strugę krwi i wbitą w wewnętrzną część przedramienia strzykawkę.

Już chcieliśmy uciekać z tego piekła, co najwyżej jego przedsionka, ale podszedł do nas jakiś podpity facet. Stał i patrzył na nas. Podciągnął dżinsy, spod których wyskoczyły czarne mokasyny i chude nogi opatulone żółtymi skarpetkami. Za pasek wsadził swój czerwony golf, poprawił czarną skórzaną kurtkę. Włosy miał ulizane czymś śliskim i tłustym, fryzura typu Fokuhila, krótko z przodu, długo z tyłu, a pod nosem lekki wąsik. Wreszcie splunął na ziemię i krzyknął: Rodacy?, a kaleczył przy tym nasz język Ojczysty i każdemu aż Krew w żyłach się wzburzyła. Nikt mu nie odpowiedział tej mendzie, która uciekła do Niemiec! Zdrajcy, który nasz Naród dla nazistów opuścił. Mówcie kurwa! — krzyczał zfaszyźniałymi ustami w naszym języku Ojczystym — Ja też jestem od was, dorabiam tutaj… Czemu nic nie mówicie? Co jest? Nie przyznajecie się do waszego brata, do rodaka? Idźcie w cholerę! Razem z tymi pieprzonymi Niemcami! Na cholerę tu przyjechaliście, wracajcie do kraju. Pieniędzy wam się zachciewa, kurwa, co? Poszedł dalej coś wykrzykując i machając rękoma, a my milczeliśmy, byliśmy w szoku, że tak bardzo mogą Niemcy naszych Rodaków skurwić.

Jeden wielki syf! To pierwsza myśl o tym kraju, jaka przyszła nam do głowy. Burdel, melina, mieszanka meneli z całej europy i ze świata, bo i czarnych, i Żydów można tu spotkać! Brudny, bez Boga kraj!

— Fryderyk — rzekłem na tamtej lekcji — Niemcy rozpętali drugą wojnę na świecie, zakładali obozy koncentracyjne, mordowali Żydów, palili wsie, gwałcili kobiety. A on mi na to, że to dawno temu było, i że to hitlerowcy, a nie dzisiejsi Niemcy robili, jeśli w ogóle o całym narodzie można mówić (sic!), bo niby byli Niemcy, którzy pomagali Żydom i podobno byli także nasi Rodacy, którzy mordowali Żydów, a teraz należy budować nową Europę, właśnie (zaakcentował to): budować, a nie niszczyć. Było wiele zła, teraz trzeba je naprawiać.

— Fryderyk — kontynuowałem — ale zauważ, że to Niemcy!

— Ale my — mówił do mnie tonem mentorskim, jakby chciał mnie pouczać — My też wypędziliśmy Niemców z ich ziem: Razem z Armią Czerwoną przepędzaliśmy ich jak bydło. Ile rodzin niemieckich zostało wygnanych z Mazur, ze Śląska, z Pomorza Zachodniego! Ile tysięcy cywilów zginęło na Wilhelmie Gustlofie! Rodziny, które były wyganiane tylko dlatego, że miały niemieckie paszporty. Sąsiad strzelał do sąsiada, przyjaciel do przyjaciela; wojna dowódców. Tylko ci, którzy znajdowali się na szczycie wiedzieli, o co w tej wojnie chodzi, tylko oni czerpali z tego jakieś zyski, a co robią dzisiaj nasi Rodacy? Nienawidzą Niemców, nie Hitlera, nie SS, tylko Niemców, każdego, kto ma obywatelstwo niemieckie.

— Przecież Niemcy są źli! Oni rozpętali Drugą Wojnę Światową! — krzyczałem na niego, chcąc przekrzyczeć jego argumenty, z braku własnych, bo przecież na moje i klasowe poglądy argumentów nie ma, ale Ojczyzny trzeba bronić, bo tak należy, bo to Ojczyzna, Matka nasza. Musiałem więc rzucać przeciwko Fryderykowi puste hasła, które z nim wygrywały, zdania zakłamane, które kocha Naród i je podtrzymuje, bo kocha wszystko, co prowadzi do zrywów, do buntu, a przy tym nie każe myśleć. Jednak ja, w głębi duszy, chciałem przyłączyć się do Fryderyka, stanąć po jego stronie, razem z nim bronić prawdy, ale to byłoby przeciwko temu, czego uczono mnie całe życie, byłoby to nie-Patriotyczne, byłoby przeciwko Ojczyźnie, a ja nie mogłem nie być Patriotą. Od maleńkiego uczono mnie, że mam świecić przykładem, że mam kochać Naród, że Prawda jest Cnotą, ale tylko to, co broni naszego Narodu jest Prawdą, więc wszystko inne, jak najlepiej uargumentowane, Prawdą być nie może, jeśli tylko występuje przeciwko Prawdzie jedynej, jaką jest Bóg, a Bóg, jak wiadomo, jest opiekunem naszego Narodu, wybranego Narodu, bo nad naszym Narodem króluje Matka Boska i nasz Naród jest najbardziej cnotliwym i najwięcej się w historii nacierpiał. (Podobno Żydzi też się nacierpieli, ale, jak powiadają Księża oraz Nauczyciele, którzy mnie prowadzili, sami sobie na to zasłużyli, bo to skąpcy i złodzieje.) Kontynuowałem więc mój atak na Fryderyka, choć w głębi duszy się z nim nie zgadzałem, ale Cnotą jest bronić Narodu, a więc i atak obronny musiał być słuszny.

— To jest tak samo, jakbyśmy posądzali i nienawidzili Rosjan, za to, że był u nas komunizm — ciągnął on, a ja w głębi duszy przyznawałem mu rację — Rosjan, nie Stalina, nie Wielką Trójcę, która handlowała duszami ludzkimi w Jałcie.

— Rosjanie to mordercy — mówiłem, bo klasa żądała krwi, krwi wszystkich, tylko nie Rodaków naszych, nie naszego Narodu — Rosjanie też zakładali obozy, też nas mordowali, przez pięćdziesiąt lat więzili nas w Związku Radzieckim, dzisiaj zakładają mafie na terenie naszej Ojczyzny, żołnierze Armii Czerwonej też gwałcili nasze kobiety! I klasa wiwatowała, krzyczała, żądając krwi Fryderyka! A on dalej, zły, samotny, mądry, ale słaby, mówił, że w Niemczech i w Rosji żyją LUDZIE (krzyczał to, choć opadał z sił, krzyczał już płaczliwym głosem, bo wokół też krzyczeli, darli się, walili w ławki, starali się go przekrzyczeć). Ludzie — wołał — ludzie, którzy mają rodziny, którzy boją się o następny dzień, boją się, że mogą stracić pracę, że ktoś może ich napaść, że ich dziecko może stać się ofiarą przemocy, że może zetknąć się z narkotykami, z sektami, że mogą zachorować. A nie członkowie mafii… — słowa jednak jego opadały w pustkę, odbijały się od klasy jak ziarna rzucone na bitą i jałową ziemię, bez szans na jakiekolwiek wykiełkowanie. Nikt nie kwapił się nawet, by zastanowić się nad jego słowami — nie był po stronie Patriotów, więc gadał od rzeczy, bełkotał.

— Niech zdychają! Kiedy nas mordowali, nikt to się nami nie przejmował! — rzucałem przeciwko niemu nadal puste hasła, w które wierzyłem, choć się z nimi nie zgadzałem, bo nad wiarą się nie zastanawia, nieprzemyślane hasła, które trafiają doskonale w gust tłumu, hasła głupie, ale potrzebne masie, a oni mi wiwatowali.

(Już ktoś pisał, że psychika mas nie jest podatna na nic, co połowiczne i słabe. Że masy czują się bardziej wyzwolone, jeśli nauka, którą im się głosi, nie dopuszcza innych, a jeśli zezwolić im na liberalną wolność — nie wiedzą, co począć, czują się porzucone. Nie pamiętam, kto to głosił, ale miał rację i wydaje mi się, że ten pogląd się mu sprawdził.)

— Czym różnimy się od innych narodów? — kontynuował Fryderyk swój rozpaczliwy monolog, bo choć stałem naprzeciwko i także mówiłem, to jego słowa były od niego i dla niego, nie słyszane przez nikogo — Czym się różnimy, pytał, flagą? kawałkiem kolorowego materiału? Czy może tradycją? Który zatem nasz Rodak kultywuje tradycje? Kulturą? Już dawno sprzedaliśmy się zachodowi, sprzedaliśmy naszą kulturę w zamian za dobra konsumpcyjne, za colę i fastfoody. Krew? W nas płynie Narodu krew? A czym różni się ona od innej? Nasi dziadkowie wybaczyli swoim oprawcom, a my, młode pokolenie, które nie miało żadnego udziału w wojnie, które nie widziało nigdy mordującego Niemca czy gwałcącego Rosjanina, nie potrafimy wybaczyć błędów sprzed lat. A nawet nie wybaczyć, wystarczy nie posądzać o nie nowego pokolenia…

— Głupi jesteś, bronisz morderców! Hańbisz naszą Flagę, naszą Ojczyznę i Naród, Tradycję wiekową, Historię! — i musiałem wynosić ten kawałek materiału i puste słowa na wyżyny! Musiałem chwalić to, co tylko jest hasłem, bo przecież ojczyzną powinni być ludzie z krwi i kości, a nie trzepoczące flagi, orzełki na herbie, hymny, od lat już nieaktualne, patetyczne, nie pasujące ni w cholerę do naszych czasów, kościoły wznoszone coraz to nowsze i większe, jakby to miało komukolwiek pomóc, i hasła, wciąż hasła, jakby one miały dać komuś chleba albo szczęście, hasła, które brzmią ładnie, hasła, które pielęgnują naszą dumę, Bóg, Honor, Ojczyzna! I przez moje krzyki, ataki na Fryderyka, zdobywałem respekt u klasy, stawałem się autorytetem. A oni, zapatrzeni we mnie, czekali tylko na znak, aby móc rzucić się na niego i go rozszarpać, którego już mordercą i neonazistą nazwali, skandowali: Precz z neonazistami! A Nauczyciel przyglądał się temu spod Orła w koronie, wiszącego na ścianie. Patrzył dumnie na klasę i pogardliwie na tego bękarta, który chce chronić nazistów i komunistów! A ja czułem, że zaraz coś we mnie wybuchnie, że stanę przy nim, że się rozpłaczę i nazwę ich bandą przygłupów, skretyniałą masą! Ale trzymałem się, myślałem o Ojcu, o Rodzinie. Co oni by pomyśleli, gdybym stracił autorytet, gdybym okazał się niepatriotą, gdybym okazał swą słabość? Nie mogłem ich zawieść. Kontynuowałem, a Fryderyk robił się coraz mniejszy, coraz bardziej zhańbiony, i szatan wodził mnie na pokuszenie, aby mu pomóc. Szatan w postaci Fryderyka, to byłoby całkiem logiczne — myślałem.

Ale czy Szatan dałby sobie podstawić nogę, tak jak pozwolił na to Fryderyk? Czy pozwoliłby, żeby Brutus go tak uderzył w nerki, że aż się skrzywił? Czy pozwalałby na tak celne i silne ciosy? Nie mogę w to uwierzyć, że Szatan pada zrozpaczony na kolana, za okularami, które mu spadły. Że wystawia tyłek na kopnięcia „kolegów” z klasy, że maca podłogę rękoma, by tylko znaleźć okulary — jego najcenniejszy skarb.

Wszyscy wybuchli śmiechem, bez wyjątków, najbardziej wzorowa ze wzorowych uczennic, Agatka, też trzyma się za brzuch i ze śmiechu łzy jej z oczu płyną, wszyscy się ze śmiechu zwijają, Fryderyk też się zwija, też za brzuch się trzyma i też łzy mu lecą. Ja też się śmieję, a też chcę płakać, bo nie wiem, czy to Fryderyk czy Szatan.

Krzyczą, żebym kopał, ale mogę odmówić. Nie wyśmieją mnie, bo mam autorytet i jestem Patriotą — teraz mogę z tego skorzystać. Mówię: Nie bawią mnie takie zabawy, za stary na nie jestem, to już w podstawówce praktykowałem — w rzeczywistości ledwo trzymam się na nogach, bo znęcanie się nad nim mnie osłabia, choć wiem, że to może być Szatan. Blednę na twarzy, a to widoczna oznaka słabości, więc żeby nie zauważyli jak mi słabo mówię głosem mentorskim, że są bardzo dziecinni, że idę do kibla, nie chce mi się na takie głupoty, jak bicie jakiegoś dzieciaka, czasu marnować.

Brutus się uśmiecha, ale nie komentuje, uważa mnie za dziwnego kolesia, jak cała klasa, bo nie trzymam z nikim. Klasa dzieli się na kilka części: Brutus i chłopaki biegające za nim, podziwiające jego męstwo, jego siłę i pewność siebie. Potem dziewczyny biegające za Brutusem, podziwiające to samo, następnie Agatka i dziewczęta nim gardzące, jego „płytkim umysłem”, jak to nazywały, które chichotają, kiedy mija je przystojny chłopak, albo kiedy usłyszą słowo „penis”. Dziewczęta, które po powrocie do domu, aż do pójścia spać, siedzą z nosami wlepionymi w zeszyt, które biegają za Nauczycielkami, wchodzą im w tyłek i tam uwijają sobie gniazdka, aby bezpiecznie dotrwać do końca Szkoły, które, kiedy tylko coś się wydarzy, biegną pierwsze do dyrektora. Potem grupka chłopców, którzy uwielbiają gry rpg, fantazy i komputery, no i Fryderyk, który łączy wszystkich, bo jest całkiem inny, nie bawią go rozrywki Brutusa, nie chichocze z Agatką i nie czyta fantazy. No i jeszcze ja. Ja też, tak jak Fryderyk, nie należę do żadnego z kół, ale i z nim się nie trzymam. Różnimy się głównie tym, że ja rozmawiam ze wszystkimi, a on z nikim, że ja mam autorytet, a on jest popychadłem, wszyscy darzą mnie szacunkiem, a jego nie — poza tym jesteśmy tacy sami.

Idę wolno do ubikacji, zamykam się i prawie mdleję. Siadam osłabiony na klozecie, głowę opieram o ścianę, płaczę, oddycham głęboko, zaciągając się powietrzem przesyconym tanimi środkami czyszczącymi i nienawidzę siebie.

Siedząc na kiblu czuję się trochę lepiej, nikt mnie nie ocenia i nic mi nie nakazuje. Nie muszę decydować, czy rację ma sumienie czy Naród. Nie muszę o niczym myśleć, mogę płakać — nikt nie powie, że mężczyzna nie płacze. Nikt mi nie zarzuci, że jestem słaby, że muszę być rekinem, silnym psychicznie człowiekiem, który nie może dać się złamać!

Ale to się szybko kończy, bo kiedy dzwonek na lekcje zadzwoni, muszę wstać, umyć twarz, żeby nikt nie zauważył, że płakałem — mężczyzna nie płacze, a zwłaszcza ja! — Fryderyk płacze, ale on nie jest mężczyzną. Przez całą przerwę szuka na podłodze po omacku swoich okularów, zachowuje się jak tresowane zwierze: biega, dopingowany głośnym śmiechem, za okularami, które kopane są od jednego do drugiego. Jakie to zabawne! Jak ta niezdara chodzi! Jak trzyma ręce wyciągnięte przed sobą! Jak szuka ściany, czegoś, o co mogłaby się podeprzeć. Jak komicznie upada, kiedy ktoś podstawia jej nogę. I płacze! Chłopak ma przecież osiemnaście lat, a ryczy jak niemowlę. Tak się rozryczał, że mu z nosa cieknie — to żenujące. Może mu oddać okulary? Nie, jeszcze trochę niech pobiega, może się nauczy życia, może przestanie być ciotą. Niech się potyka, niech się kilka razy przewróci — w wojsku będzie miał jeszcze gorzej, oni go do tego przygotują.

Przecież to nie może być Szatan, Fryderyk nie może być zły.

Technicznie rzecz biorąc nie znęcam się nad Fryderykiem. Jednak sumienie mi mówi: pasywność jest zgodą, zezwoleniem, więc jednak biłeś go z innymi. Mogłem stanąć w jego obronie, powiedzieć: dość, zostawcie go! Ale przecież nie wolno się mieszać do cudzych spraw, bo surowy rozsądek każe mi trzymać język za zębami. Od kiedy pamiętam, Rodzina wciąż mi wmawiała, że nie mam się mieszać do spraw, które bezpośrednio mnie nie dotyczą. Mówiła, że nie mam się wychylać, w sensie — nie być inny niż grupa. Wszyscy tak zresztą mi mówili, nie tylko Rodzina; Nauczyciele, Księża — tak samo.

Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, lat miałem siedem, może osiem, uwielbiałem rysować. Godzinami mogłem siedzieć nad białymi kartkami, które zapełniałem kolorami; lekki błękit u góry, zieleń na dole, rozstrzeliwałem ją pastelowymi plamkami, na niej stawiałem ciemnobrązowe pionowe słupy, pokryte jasnozielonymi chmurami… Kiedy kartka była zamalowana biegłem z nią do Rodziców. Stawałem przed nimi wyprostowany i podstawiałem im pod nos kartkę, żeby ujrzeli łąkę, która się przed momentem narodziła. Uśmiechałem się, a radość i duma z mojego dzieła rozsadzały mi pierś, czekałem na pochwałę. Rodzice patrzyli chwilę na łąkę, przyglądali się jej, aż wreszcie mówili: A lekcje masz już odrobione? Byś się lepiej za poważne rzeczy wziął, a nie za jakieś głupoty, na to przyjdzie czas.

Kiedy używałem farb, było tak samo. Nie powiedzieli: O, jaka piękna łączka, jak ty ładnie malujesz, rysujesz, tworzysz. Nie. Oni mówili: Idź lepiej lekcje zrobić! A potem mówili: Inne dzieci się uczą, a tobie tylko malowanie w głowie. Inne dzieci biegają po dworze, a ty ciągle malujesz. Inne dzieci oglądają bajki, a ty ciągle z tymi farbkami siedzisz. I puenta: Nie możesz ciągle malować — musisz być jak inne dzieci, jak inni ludzie. Nie możesz być odludkiem, musisz być taki, jak inni. Musisz się uczyć. Musisz być prawnikiem.

Od najmłodszych lat uczono mnie, wbijano mi do głowy, że w dzisiejszych czasach trzeba być praktycznym, a nie romantycznym. Ma się wykonywać polecenia, a nie bujać w obłokach. Muszę być najlepszym, najmądrzejszym, najsilniejszym. Nie mogę pokazać współczucia, smutku, braku sił, bo mnie zniszczą! Oni tylko czyhają na to, by mnie zniszczyć, by zabrać moje miejsce. Tu nie ma miejsca na uczucia, wartości. Tu są tylko hasła. Ojczyzna! Szkoła! Bóg! Rodzina! I nie mam się wcale zastanawiać, co jest ukryte pod znaczeniem tych słów. Mam je głośno wymawiać i w nie wierzyć. Nie mam dociekać, co one oznaczają, mam w nie wierzyć. Nie myśl za dużo — powtarzają wszyscy — Nie zastanawiaj się.

A mnie wciąż kusi Szatan. I kiedy Fryderyk, kopany przez innych płacze, jest mi go żal. Chcę mu pomóc, podbiec, ale wtedy włącza mi się alarm, intensywne wołanie, które słyszę w głowie: Nie wychylaj się, on się wychylał i zobacz co się z nim dzieje. Bądź jak inni, oni go kopią, ty też go kop. Jesteś częścią społeczeństwa, więc musisz podporządkować się jego zasadom.

Zadzwonił dzwonek na lekcję i zostawili Fryderyka w spokoju, oddali mu okulary, jakby nic się nie stało i poszli do sali. Fryderyk podniósł się zapłakany, z nosa zwisał mu glut. Ale poza tym nie miał żadnych oznak pobicia, bo i nikt nie chciał go pobić. Chcieli mu tylko sprawić ból, dać nauczkę, zabawić się trochę. Nie mieli w ogóle na celu robienia mu krzywdy; łamania nosa, wybijania zębów — to byłaby napaść — oni się tylko bawili.

Pan Belfer stał już z kluczem przy drzwiach i wpuszczał klasę na lekcję. Przyspieszyłem kroku, żeby się nie spóźnić, ale pan Belfer poczekał na mnie cierpliwie z uśmiechem — lubił mnie, byłem jego najlepszym uczniem. Uczył mnie wiedzy o społeczeństwie, która była mi niezbędna, jeśli miałem iść na studia prawnicze.

Pan Belfer był zawsze moim wzorem, bo i patriotyczny Patriota, i mądry Nauczyciel, jednak tego dnia szatan zaczął mnie kusić i kazał zwątpić.

Zaraz po sprawdzeniu obecności, oddawał pan Belfer klasówki. Kiedy doszedł do klasówki Fryderyka, spojrzał na nią uważnie i podszedł do jej autora. Stanął nad nim z jego pracą, spojrzał na nią jeszcze raz i rzekł: Fryderyk — powiedział to przesadnie wyraźnie i zrobił przerwę — Fryderyk — powtórzył — to takie mało Narodowe imię.

Pan Belfer puszył się nad nim dumnie, stojąc prosto się garbił, wypinał wklęsłą pierś, łypał złym okiem. Spostrzec można było, że Fryderyk drżał. A pan Belfer nadal nad nim stał, bez słowa, wodził wzrokiem po jego kartce i kiwał głową. Trudne to było, co? — rzekł wreszcie, machając klasówką przed jego oczyma — Cholernie trudne, nie prawdaż, Fryderyku?… Wstań, panie wszystkowiedzący — Fryderyk wstał posłusznie, ale miał z tym problemy, drżał i pochylił przed panem Belfrem głowę. — Tak, panie Fryderyku, pewnie nie masz nawet pojęcia, kto nosił takie imię, co? — Fryderyk milczał — Tak też sobie myślałem… Najgorsze pruskie świnie… Wszyscy Prusacy, a potem Niemcy, mieli na imię Fryderyk, poczynając od Wielkiego Elektora Wilhelma Fryderyka, który podstępami zagarnął Pomorze zachodnie i uniezależnił Prusy od naszej Ojczyzny! Potem Fryderyk Drugi Wielki, który od samego początku istnienia nienawidził naszego Narodu! Wszyscy niemieccy poeci romantyzmu byli Fryderykami: Schelling, Schlegel, Schiller…, a i Bismarck, gdyby nie nazywał się Otto, byłby Fryderykiem! A nawet pierwszy prezydent Weimarskiej Republiki był Fryderykiem! A ja zastanawiałem się, co to ma do rzeczy, ale skoro pan Belfer to mówił, to musiało coś znaczyć. — A może, bo słyszałem cóż żeś wyprawiał na poprzedniej lekcji, jest to symboliczne imię, co? może masz odbudować Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego? Trzecią Rzeszę! — zamilkł z szyderczym uśmiechem i wpatrywał się w kurczącego się na naszych oczach chłopca, palonego żarem wstydu, hańby i nienawiści, który jednak nie mógł nic zrobić, nic! — Jak, myślisz, Fryderyku, czy klasa chciałaby usłyszeć twoje odpowiedzi? — rzekł wreszcie Belfer. Fryderyk coś jęknął, ale nie było to ani zdanie, ani słowo, jakiś nieartykułowany dźwięk. Pan Belfer już czytał jego pracę.

Bzdury pisał, brednie nie do przyjęcia, a jednak, kiedy klasa wybuchała śmiechem, było mi go żal. Klasa znów żądała krwi. Po każdym zdaniu, kiedy pan Belfer umiejętnie zawieszał głos, przez salę przebiegała salwa głośnego niepohamowanego śmiechu — śmiechu szaleńców. Twarze „kolegów” z klasy były wykrzywione od rżenia, czerwone od łez. Trzymali się za brzuchy, wytykali Fryderyka palcami, kładli się na ławkach. I wiedziałem, że większość popełniła te same błędy co on, tak samo głupie albo i głupsze, i że śmiechem próbowali ratować się przed samymi sobą, starali się zagłuszyć swoją głupotę.

Zwierzęce krzyki opanowały salę. Z ust klasowych „kolegów” toczyła się piana, ich oczy zaszły krwią, z palców wyrosły pazury, w ich ustach błyszczały tylko kły. Skakali na ławkach, uderzali krzesłami o podłogę, wyli, huczeli, buczeli, a pan Belfer, ich pasterz duchowy, kontynuował litanię.

Ja siedziałem rozdarty, bo nie wiedziałem, czy, jako Obywatel i Patriota, stanąć po stronie Narodu, czy słuchać sumienia, które mówiło mi, że niedobrze się tu dzieje. Ale czy to nie podszepty Lucyfera, które odczytywałem jako sumienie? Nie mogłem przecież bronić Fryderyka, bo Nauczyciel ma zawsze rację, bo on jest starszy i jemu należy się szacunek. Ponadto to on nas uczy, a nie odwrotnie i nie mogę go pouczać. Zresztą, co by ludzie sobie o mnie pomyśleli, co o moich biednych Rodzicach, gdybym wyszedł poza schemat i szablon, gdybym był odmieńcem. Ale w tłum też nie chciałem wchodzić. Zamieniał się on w jednolitą, głośną masę, w piąty żywioł, silniejszy od ognia, wody, powietrza i ziemi. Klasa stała się cielesną agresją i nienawiścią, armią, która nie da się nigdy powstrzymać, która zniszczyła mury Jerycha, która przeprowadziła rewolucję październikową, która popchnęła hitlerowców do wojny i która jeszcze nie umarła, i pewnie nigdy nie umrze. Siła, której motorem jest fanatyzm, która wygasa jedynie, gdy przestaje być podsycana, ale wygasa, aby odrodzić się w innym miejscu, silniejsza i bardziej wyrafinowana.

Znów żądali krwi Fryderyka. A mnie przejmował strach, bałem się ich. Po prostu bałem!

I nagle przestał pan Belfer czytać, a wtedy zapanowała grobowa cisza; wszyscy siedzieli na swoich miejscach ze wzrokiem wlepionym w zeszyty. Było tak cicho, że słychać było lekki szum liści za oknem. A ja, rozdarty między obowiązkiem, a głosem sumienia, albo Lucyfera, blednąłem, a kolana moje zamieniały się w gąbki, gdybym miał się podnieś, nie utrzymałbym się na nogach. Przed oczyma miałem mgłę i było mi słabo.

A pan Belfer prowadził normalnie lekcję, jak gdyby ten incydent nie miał miejsca, jakby od początku lekcja była całkiem normalna. Temat jego lekcji, a w zasadzie wykładu, brzmiał: „Rodzina, jej funkcje, rodzaje i patologie”. Dyktował związane z tym tematem słownictwo, które, ku jego rozpaczy, zostaje zapominane i coraz rzadziej się go używa: „dziewior”, „dziewiesz”, „synowiec”, „jontrew”, „świekr”, „świekra”, „wnęk”, „wnęka”. Potem funkcje Rodziny: prokreacyjna, wychowawcza, kulturalna, materialna… Wsłuchiwałem się w jego monotonny, nudny głos, który był ciekawy — jak to mi Ojciec powtarzał, kiedy twierdziłem, że nie przepadam za tym przedmiotem, że pan mnie nudzi (mówiłem to, kiedy pierwszy raz zwątpiłem). Ojciec powiedział mi wtedy, że głos pana Belfra wcale nie może być nudny, bo kiedy wiedzy o społeczeństwie się nauczę, to będę prawnikiem i będę dużo zarabiał, a zresztą Nauczyciele nie są nudni! A skoro Ojciec mój rodzony tak powiedział, głowa Rodziny, osoba dojrzała z bagażem doświadczeń, nie taki młokos jak ja, to musiało być to Prawdą, także był głos pana Belfra ciekawy.

I wsłuchiwałem się w jego głos, który zlewał się w rytmiczny bełkot, usypiającą mantrę, choć wciąż ciekawą. Bicie serca się uspakajało, nie trząsłem się już, nie czułem tak wielkiego strachu. Powieki moje stawały się ciężkie, wyglądałem od czasu do czasu przez okno, by nie zasnąć. Nie notowałem. Wodziłem wzrokiem po sali: ściany wirowały i zamieniały się w więzienne mury; kremowa farba emulsyjna zamieniła się w zieloną, szary tynk w jeszcze bardziej szary i jeszcze bardziej odpadający. Sufit przeciekał, klejące się podłogi pozostały bez zmian. Wokół mnie wszyscy ziewali, ciekawy głos pana Belfra wydawał mi się coraz bardziej monotonny, senna atmosfera, spowodowana przez jakiegoś szatana, też mnie usypiała…

Leżałem na niewygodnej pryczy. Przez okno widziałem tylko kawałek korony drzewa i błękitne, prawie bezchmurne niebo. Świeże powietrze na zewnątrz pewnie pachniało kwiatami; tutaj, w środku, śmierdziało zgnilizną, brudem, potem. Chciałem wyjść wydostać się na zewnątrz, rozebrać się do naga i biegać po zroszonej trawie, słuchać świergotu ptaków. Czas jak gdyby się zatrzymał, spojrzałem na wskazówki zegara; stały nieruchomo, tylko ta od sekund poruszała się, ale wolniej niż zwykle — ociężale i bez chęci, też była znużona. Dzień trwał miesiącami, a miesiące latami.

Od rana do południa leżę na pryczy i patrzę na niebo albo w sufit, na ściany, brudny zlew, na kapiącą z zepsutego kranu wodę. Czasami, za oknem, pada i są błyskawice. Wtedy nie jest tak nudno, można wyobrazić sobie, że na morzu jest sztorm, że dzieci biegają po kałużach, albo że małe dziewczynki chowają się pod pierzyną ze strachu. Zazwyczaj jednak mam ochotę strzelić sobie w łeb.

Leżę i leżę, czas leci wolniej, smród jest intensywniejszy, leżę, czekam na wyjście, czas się zatrzymuje, leżę, chodzę po celi — pięć kroków w stronę drzwi, pięć do okna, trzy od ściany do ściany, leżę. Nie jest ani chłodno, ani ciepło, ani duszno, ani wilgotno, ani przyjemnie, ani okropnie. Jest nijak, jest nudno, jest monotonnie. Gdyby przynajmniej kazali nam pracować; moglibyśmy odśnieżać drogi, malować ulice, myć latarnie, sygnalizacje, kopać rowy, sprzątać, robić coś związanego z naszym zawodem — obojętnie. Gdybyśmy przynajmniej mogli zarabiać na nasze utrzymanie, żeby mieć świadomość, że sami możemy na siebie zapracować, że potrafimy sami sobie poradzić i nie obarczamy podatników swoim jestestwem. Wolelibyśmy, żeby pieniądze z budżetu szły na sierocińce, na szpitale, turystykę, na szkoły, a nie na nas! Byłoby nam łatwiej trwać tutaj te kilka lat. Mielibyśmy świadomość, że nie jesteśmy pasożytami, nie gnilibyśmy tak jak teraz z nudów i z bezwartościowości. Rozkładamy się. Mam coraz większe problemy z podniesieniem się, z chodzeniem; nasze mięśnie zastygają, obumierają. Nasze oczy nas bolą. Gnijemy. Widzimy nasz rozpad, jak każdego dnia jesteśmy mniejsi, bardziej sflaczali, zgnici. Poza siedzeniem na pryczy każą nam oglądać telewizję. Już nie mogę! Wciąż głupie filmy o mordobiciu, wiadomości, transmisje z sejmu. Źle mi się robi od patrzenia na tych polityków-idiotów! Nic nie robią, ładują nam coraz więcej, męczą nas nudą i telewizją, nie pozwalają pracować…

To straszne!

Przyznaję! Całe życie byłem kryminalistą! Ale to za sroga kara, zlitujcie się, dajcie mi popracować, nie męczcie mnie idiotycznymi serialami w telewizji, meczami piłkarskimi, konkursami tele-audio… Każdy film pornograficzny znam na pamięć… Już nie mogę! Nie mam sił, to jest gorsze od średniowiecznych metod; gorsze od łamania kołem, od zamykania w naszpikowanym kolcami sarkofagu, od kapania wody na głowę… Nuda jest nie do wytrzymania, dajcie mi popracować! Nie mogę już nawet spać, mój organizm potrzebuje zmęczenia. Chciałbym biegać, zajmować się czymś, pragnę się męczyć — fizycznie! Nie mam już snów, tylko marzenie: podnieść się z pryczy i wyjść na zewnątrz, opuścić tę celę, popracować — — —

I nagle oprzytomniałem! Och! Jak mogłem? Co za Szatan pokusił mnie do tego grzechu, do zdrady? Ojca swego zdradziłem, Boga i pana Belfra, Szkołę zdradziłem! Jak mogłem zasnąć na lekcji, na niezwykle ciekawym wykładzie pana Belfra? Jak ja mogłem o czym innym myśleć?

Wzbierało się coś we mnie, zaraz wybuchnę, myślałem, zaraz się znów rozpłaczę! Więc gdy dzwonek zadzwonił wstałem, szybko, ale spokojnie, jakby nigdy nic nie zaszło, jakbym słuchał całą lekcję, żeby nikt się nie dowiedział, co złego zrobiłem, bo autorytet i zaufanie…

Ukłoniłem się serdecznie panu Belfrowi, on odwzajemnił ukłon, uśmiechnął się uśmiechem dobrym, pełnym szacunku, i jeszcze gorzej się poczułem, bo przecież zdradziłem go przed momentem — jego najlepszy uczeń go zdradził. Byłem Judaszem, Brutusem Cezara! Chciałem wzrokiem uciekać, bo nie mogłem dobrego spojrzenia pana Belfra wytrzymać, ale co Ojciec by powiedział? Jak ludzie by na mnie patrzyli! Także więc się uśmiechnąłem, choć serce mi się krajało, raz jeszcze kiwnąłem głową i dopiero wyszedłem z sali.

Głowę moją zaprzątały niedobre myśli: pozwoliłem sobie na niesłuchanie pana Belfra. Mój światopogląd zaczynał swą agonię. Wartości, dla których żyłem zaczęły walczyć z moim sumieniem, zacząłem wątpić, czy one rzeczywiście są wartościami. Dlatego od wyjścia ze Szkoły miałem jeden cel: Spowiedź Święta. Musiałem oczyścić swoją grzeszną Duszę!

Pchnąłem mocne, wielkie żelazne drzwi świątyni i wszedłem do środka, do wielkiej, chłodnej i mrocznej sali, gdzie panowała prawie idealna cisza, niezwykle przyjemna, działająca jak balsam po kilku godzinach spędzonych w Szkole i drodze przez zatłoczone miasto, w którym zgiełk nigdy nie milknie. Stwierdziłem, że uwielbiam kościoły, ale puste i ciche, choć zatłoczone na Mszy Świętej też muszę kochać, bo taki mam obowiązek jako Katolik, jak mi Rodzice powtarzają. Jednak te puste kocham w inny sposób, taki szczery, choć tamta miłość też jest szczera, bo mam taki obowiązek, ale ta jest szczerze szczera, z serca, nie z obowiązku. Uwielbiam siedzieć w cichym kościele, wyrzucić wszystkie myśli z głowy i być chwilę poza światem, sam ze sobą, jak w kiblu, gdzie serce moje bije spokojnie, gdzie mój płacz zostaje niezauważony.

Pokropiłem czoło Wodą Święconą i zrobiłem znak Krzyża. Krople Wody zaczęły syczeć i gotować się na mym ciele — to mój grzech, to Szatan się parzył, ten który mnie usypiał, który kazał się buntować przeciwko panu Belfrowi i stawać po stronie faszysty! — myślałem. Ze ścian spoglądały na mnie ponure twarze świętych, złote posągi, srebrny Jezus z Krzyża, a ja posuwałem się do konfesjonału, krokiem skazańca, gdzie siedział Ksiądz Spowiednik.

Padłem na klęczki, Ksiądz zrobił znak Krzyża. Zacząłem Spowiedź Świętą: powiedziałem, że jestem grzesznikiem, że nie spowiadałem się od dwóch tygodni. Ksiądz Spowiednik — Ojciec Tadeusz Borowyk — to mądry i dobry Ksiądz, także Patriota. Też kocha Ojczyznę, prawie jak samego Boga. Zapytał mnie ciepłym głosem, z jakimi grzechami przyszedłem, cóż takiego uczyniłem.

Z pokorą i ze skruchą wyznałem moje grzechy: Zwątpiłem Ojcze Duchowy w Ojczyznę i w Boga, mojego Ojca zdradziłem, podważyłem Świętą Prawdę, że Szkoła uczy, że w Szkole jest Życie i Życiem jest Szkoła, na lekcji uważać przestałem, myślami wybiegłem z sali i bluźniłem na nasze nieskazitelne Prawo, zmian w myślach chciałem i poprawek, twierdzić śmiałem, że Prawo nie jest idealne, że jakieś uchybienia ma… Nie wszystko to jednak: nie wiedziałem, czy pomagać koledze, czy pozwolić, żeby Nauczyciel szydził z niego.

Ojciec Tadeusz uspokoił mnie: Nie tak szybko, zaczekaj. Źle, że Ojca swego zdradziłeś i Ojczyznę, że na lekcji nie uważałeś, bo Nauka dla Narodu i Boga jest. Nie może być Życia innego jak Szkoła uczy, bo przecież Szkoła nie może kłamać, a skoro Szkoła nie kłamie, to i Nauczyciel nie kłamie. A jak Nauczyciel beszta ucznia, to w dobrej intencji to robi, więc po jego stronie być trzeba.

I znów mnie wątpliwość dopadła, bo czy Nauczyciel, człowiek, człowieka ma prawo besztać? Ale Ojciec Tadeusz podchwycił zrazu moje zwątpienie i rzekł: Nie możesz znów wątpić, masz wierzyć: Ojcu swemu, Nauczycielowi, Księdzu. Każdy, kto starszy, ma rację, chyba, że Żyd to albo Niemiec, albo inni ateista czy pedał. Ale jeśli Nauczycielem jest, Katolikiem rzecz jasna, Ojcem albo Księdzem, ma rację, bo to ludzie mądrzy, i im się należy szacunek. A kim jest Fryderyk? To nic niewarte stworzenie, młokos, nikt, nic, ścierwo, małe ogniwo, nieistotne. Słuchaj tych, którzy mają wiedzę, a nie cherlawych chłopców.

Raz jeszcze pewności nie miałem, ale przecież to Ksiądz, to duchowny, on nie mógłby się pomylić. Jestem grzesznikiem i złym człowiekiem, niesprawiedliwym dla Ojczyzny, która mnie ubiera, karmi i kształci. Dość zdrady, dość powątpiewania!

Ojciec Tadeusz uśmiechnął się: A widzisz? Dobrze teraz prawisz, teraz mądrość, a nie bunt, okazujesz. Ojczyznę kochaj, nie pozwól, aby poganie się tu osiedlali, pedały zawszone i inne robactwo! Rzesza dla Narodu! Świat dla Katolików! Bo tylko jeden jest Bóg, którego kochać całym sercem warto, za którego umrzeć to przywilej, który siedzi wysoko na Niebiosach i raduje się, że są ludzie, którzy go kochają. Bóg, którego łechcą modlitwy i śpiewy ludzi, który właśnie ludzi, a konkretniej Katolików wybrał, aby ich pokochać i zbawić. Bóg Dobry i Miłosierny, Bóg Katolik!

Część 2

— Fryderyk, synku, wstań, śniadanie już gotowe — otworzył oczy i zobaczył gładko ogoloną twarz Ojca. — Wstawaj, bo jeszcze się spóźnisz — pocałował Syna w czoło i wyszedł. Fryderyk leżał jeszcze w łóżku i nasłuchiwał kroków Ojca krzątającego się po kuchni. Zmywa swój talerz po śniadaniu, dopija kawę, przewraca strony w gazecie. — Fryc, co tam tak długo robisz?

— Ubieram się tato — krzyknął przez ścianę.

— Bez prysznica? Marsz pod prysznic!

— Pójdę zaraz, jak umyjesz zęby, żeby tobie nie przeszkadzać. Teraz przejrzę, czy wszystkie prace na dzisiaj odrobiłem.

— Jak to? — w drzwiach pokoju pojawił się Ojciec. — Nie wiesz, czy odrobiłeś wszystkie prace? Nie sprawdziłeś tego wczoraj? To jak ty poszedłeś spać, bez sprawdzenia prac domowych?

— Upewniałem się tylko, tato, ale jednak mam wszystkie zrobione, chciałem się tylko upewnić.

— Trzeba być pewnym! Nie można kłaść się spać, nie będąc pewnym, czy wszystko się zrobiło. Wiesz o tym Synu dokładnie, całe lata to tobie powtarzam. Ty się nic nie uczysz.

— Tak, tato, masz rację, ale będę się starał.

— Staranie to mało. Ze starania jeszcze nikt nie wyżył. Tobie musi się udawać, a nie się starasz… — ojciec spojrzał na zegarek. — Późno już, dokończymy tę rozmowę, jak wrócę z pracy, muszę się spieszyć, pa, synku.

Ojciec założył marynarkę, uśmiechnął się do Syna i wyszedł. Fryderyk poczuł ulgę, jak po zdanym egzaminie, jakby ktoś, kto go dusił, zaprzestał tego. Poszedł do kuchni i zjadł śniadanie.

Jadąc tramwajem przypomniał sobie dzień, kiedy kłócił się z Tymoteuszem. Czemu akurat ten? Był przecież takie jak inne, może z tym wyjątkiem, że kłócił się właśnie z Tymoteuszem, który zazwyczaj się nie kłóci, zwłaszcza z taką pasją i zawzięciem, jak tamtego dnia.

A Fryderyk chciał tylko powiedzieć, że inne narody mają tyle samo wartości, co i nasz Naród, że tam żyją tacy sami ludzie jak my, że mają takie same co my problemy. Że mają ważniejsze sprawy na głowie, niż knucie od rana do wieczora, a potem i całą noc, jak tu pozbyć się naszego Narodu, jak zniszczyć nasz Kraj, jak wymordować albo zagonić do niewolniczej pracy naszych obywateli. Tam żyją ludzie! — krzyczał Fryderyk. Wołał rozpaczliwie, że Niemcy to też ludzie, tacy sami ludzie jak my.

Dlaczego Tymoteusz go nie poparł? Fryderyk bardzo na to liczył, był prawie pewien, że nawet, jeśli inni będą mieli odmienne zdanie, to Tymoteusz, taki inteligentny i elokwentny człowiek, który potrafił na lekcjach o literaturze, filozofii i sztuce, kiedy wszyscy milczeli, prowadzić intelektualne dyskusje z Nauczycielem i często Nauczyciel przyznawał mu rację, że on go poprze, że stanie po jego stronie. Bo przecież był chwalony za swą wiedzę i pełne trudnych do podważenia argumentów oratorstwo, nawet Fryderyk go podziwiał, stawiał go na piedestale autorytetów. A teraz?… Teraz wykrzykiwał Tymoteusz populistyczne hasła, aktualne jeszcze krótko po Drugiej Wojnie, dzisiaj już starte i przeterminowane, ale takie, którymi wszystkie efekciarskie partie polityczne się posługują i dzięki którym zdobywają zaufanie.

A kiedy starał się postawić nasz Naród w negatywnym świetle, aby uzmysłowić, że bycie skurwysynem nie zależy od przynależności etnicznej, został okrzyknięty niemieckim neonazistą i już żaden argument nie miał siły przebicia, zwłaszcza, że jego rozmówcą był Tymoteusz.

A potem było już gorzej, było tak jak zawsze, kiedy ma się odmienne zdanie od ogółu. Po wyjściu z sali ktoś podstawił Fryderykowi nogę, a kiedy leżał na ziemi, okulary przed nim, zaczęły się kpiny i drwiny, kopy w dupę, głupi chichot dziewczyn, zabawa w głupiego Jasia okularami, i tylko jeden z całej klasy nie brał w tym udziału — Tymoteusz, jedyny, którego siłą są argumenty słowne, nawet, jeśli nieprawdziwe, który zrezygnował z udowadniania racji poprzez pięści, za co Fryderyk był mu wdzięczny — do dzisiaj jest, chociaż gdyby on go wtedy poparł, nie doszłoby do tego…

Zadzwonił dzwonek na lekcje, a koledzy przestali się nad nim znęcać. I wtedy Fryderyk poczuł, jak serce dochodzi mu do gardła, jak jelita skręcają się w mdłym bólu, jak drżą kolana. Jeśli była osoba, której Fryderyk bał się bardziej niż Ojca, to był właśnie pan Belfer, z którym teraz miały zacząć się zajęcia. Belfer nienawidził go od zawsze, a Fryderyk nigdy nie dowiedział się za co.

Może teraz przyszedł mu do głowy ten dzień, bo wskazał mu drogę, którą obrał i którą kroczy do dzisiaj. Wtedy, kiedy tak stał pośród okrzyków klasy, szyderczych zdań Belfra, kiedy łzy cisnęły mu się do oczu albo nawet z nich płynęły, kiedy ręce pociły się i drżały, a on stał tam sam, jak nocą w ciemnym i obcym lesie, strach i rozpacz go przeszywały, wtedy zrobiło mu się żal ludzi. Zapytał sam siebie, czy aby na pewno, ale tak. To był żal. Smutek go ogarniał, że ludzie są tacy głupi, że nie mają własnego zdania, że nie myślą, a on nic nie mógł na to poradzić. Wiedział, że śmiechem próbowali ratować się przed samymi sobą, przed swoją głupotą. I pomyślał: jestem jak Jezus, stojący przed Piłatem, kiedy tłum krzyczy Ukrzyżuj go, a uwolnij Barabasza!

Żaden z nich nie potrafiłby porozmawiać, wymienić poglądów i argumentów. Żaden z nich nie byłby w stanie brać udział w dialogu, chyba że komentującym mecz piłki nożnej albo wymieniając się domysłami co do systemu, który potajemnie nami rządzi. Potrafią tylko krzyczeć, wrzeszczeć w grupie, biec ślepo za swoim przywódcą.

I wtedy postanowił Fryderyk studiować filozofię, bo studiować musiał z woli Ojca, który mu powiedział: W dzisiejszych czasach nie ma szans zdobyć pracy bez studiów. Musisz iść na studia! A jeśli nie pójdziesz, wyprowadź się z domu, nie chcę patrzeć na twoją klęskę zawodową. Fryderyk od najmłodszych lat wiedział, że musi studiować i że na studia pójdzie, choć nigdy nie miał najmniejszego pojęcia, co chce studiować albo do czego jest predestynowany. Dopiero teraz się tego dowiedział.

Po pierwsze filozofia, bo tam miał nadzieje spotkać wreszcie ludzi, których szukał a nie zdawał sobie wcześniej z tego sprawy — filozofów, z którymi będzie mógł prowadzić długie polemiki i dysputy filozoficzne. Stojąc pośród zwierzęcych krzyków i dzikich śmiechów swojej klasy, wyobrażał sobie Fryderyk przytulną kawiarnię albo pub, w którym siedzi z fajką, lampką wina, i dyskutuje ze swoimi kolegami-filozofami. Widział miejsce, do którego ta masa bezmyślności nie miałaby wstępu, a nawet jeśliby ktoś z niej się tam przypadkowo zawieruszył, wyszedłby czym prędzej, sam z własnej woli, nie rozumiejąc co się tam dzieje.

Drugim bodźcem pchającym Fryderyka ku filozofii była nadzieja, że będąc filozofem, zostanie autorytetem dla innych, że to on będzie mówił jak ma się żyć i w jaki sposób działać. Miał nadzieję, że już nigdy nie będzie stał po środku rozwydrzonych ludzi, którzy tylko czekają, aby go rozszarpać. I zimne łzy strachu zaczęły się mieszać z gorącymi łzami nadziei. Fryderyk zapomniał o tym, co dzieje się teraz, nie było go teraz, on był za jakiś czas, tam, gdzie pragnął być.

Ciężko było na pierwszym roku studiów i wtedy je znienawidził. Nie znalazł tam filozofów, a takich samych ludzi jak wszędzie. Nikt nie wykazywał najmniejszych chęci na filozofowanie. Uczyli się, owszem; wielu dużo lepiej niż Fryderyk, ale to była pusta nauka, nauka bez inicjatywy, której uzasadnieniem było: bo chcę zdać…

Wtedy też Ojciec Fryderyka rozpoczął swoje pełne patosu plany na przyszłość Syna: Kiedy już skończysz studia i będziesz magistrem, to zatrudnią cię w jakiejś dobrej firmie, bo oni ludzi po studiach potrzebują, którzy języki znają, i będziesz zarabiał duże pieniądze, a może nawet ze mną w interes wejdziesz… A kiedy Fryderyk tłumaczył, że starożytna greka i łacina, której on się uczy, nie wiele zda się w jakiejkolwiek firmie, i że ma wątpliwości, czy gdziekolwiek będą chcieli zatrudnić człowieka, który poza znajomością kilkudziesięciu filozofów i ich myśli przewodnich oraz mający swoje poglądy na świat, nie potrafi nic, oburzało to Ojca, który twierdził, że Fryderyk jest strasznie leniwy albo wybrał głupie studia.

Fryderyk znienawidził swoje studia i życie, miał dosyć wszystkiego i właśnie w tym momencie wydarzyły się dwie rzeczy, które znów wlały w niego nadzieję. Pewien profesor, po przeczytaniu jego rozprawki, stwierdził, że chłopak ma wielki potencjał, że jest bardzo bystry i inteligentny. Dodał, że ma nadzieję, iż Fryderyk będzie nadal się tak rozwijał, a chętnie zostanie jego promotorem i będzie pomocny w dostaniu się na studia doktoranckie.

I to otworzyło nowe perspektywy przed Fryderykiem: dr fil., pracownik naukowy… To stało się jego marzeniem i celem: zostać na uniwersytecie i nauczać innych, pisać prace naukowe, jeździć na konferencje…

I w tym samym tygodniu poznał Justynę, dziewczynę, która od razu rzuciła go na kolana. Pierwsza kobieta, z którą chciał się spotykać, i której nie potrafił traktować jak wszystkie inne: jak zwykłego człowieka, któremu się kłania i co najwyżej można wymieniać kilka zdań. Ją chciał dotykać, całować i wąchać, z nią chciał spędzać czas.

To już ponad rok — pomyślał, dzwoniąc domofonem do jej mieszkania, wracając z zajęć.

— Witaj, kochanie — powiedziała, rzucając mu się na szyję i całując w usta — Jak minął dzień, jesteś głodny?

— Chętnie coś zjem — odpowiedział Fryderyk, wyobrażając sobie podobną scenę za kilka lat, kiedy już będą kochającym się małżeństwem.

Jedząc opowiadał o dyskusji z jednym wykładowcą na temat pracy Fryderyka, którą tamten chce umieści w jakimś piśmie dla filozofów. — Oczywiście, kochanie, żadnych pieniędzy za to nie dostanę, ale jest szansa, że mnie zauważą, może znajdzie się jakiś sponsor mojej pracy naukowej, może dostanę stypendium.

— Co my słyszymy? — rozległ się głos za ściany, a po chwili w drzwiach pojawili się, jeszcze opatuleni kurtkami, Rodzice Justyny — Opublikują jakąś twoją prace, Fryderyku?

— Dzień dobry, jeszcze nie wiadomo, ale mam taką nadzieję.

— No pięknie, to Rodzice muszą być z ciebie bardzo dumni. Zawsze powtarzałam mężowi, że jesteś najwartościowszym chłopakiem, jaki trafił się naszej Justynie — mąż się uśmiechnął, potakując głową

— Mamo, przestań już.

— Ale tak jest! Zresztą mam prawo mówić w swoim domu, co mi się podoba, prawda? — Fryderyk nie wiedział, co powiedzieć. Słowa matki Justyny były takie zaskakujące, chociaż zawsze go lubiła, ale takie pełne nadziei co do jego osoby, takie, jakich w domu nie słyszał. — Zostaniesz Frycuś na kolacji?

W pokoju Justyny rozciągnął się na łóżku i odetchnął głęboko.

— Twoja matka jest cudowna.

— Nie ironizuj. Lubi cię i jest miła. Chociaż nie powinna cię w takie zakłopotanie wprawiać.

Nic nie odpowiedział, czując, że łzy radości cisną mu się do oczu, uśmiechnął się tylko, a Justyna wtuliła się w niego i leżeli tak jakiś czas milcząc. Verweile doch, du bist so schön — pomyślał Fryderyk.

Za każdym razem, kiedy pojawiał się u Justyny, czas się zatrzymywał, choć biegł o wiele szybciej. Tu nie istniał, a na zewnątrz biegł jak szalony. Tulili się i całowali, szeptali sobie coś głupiego i bez znaczenia, a jednak coś, co łaskotało od wewnątrz i co pozostawało wiecznie w pamięci. Zawsze, kiedy Fryderyk leżał z Justyną, chciał płakać i krzyczeć z radości, i było to coś, czego się ani nie da wytłumaczyć, ani zrozumieć, jeśli się tego nie przeżyło. Coś, co z zewnątrz wygląda żałośnie, a w środku jest piękne.

Najczęściej mówił on i mówił dużo: o filozofii, o życiu starożytnych, ale i współczesnych, wtrącał śmieszne anegdotki, czasem smutne dygresje. Najczęściej opowiadał o Fryderyku Drugim, królu Prus, który ironicznie nosił jego imię albo to on nosił imię króla. Za każdym razem opowiadał coś innego i za każdym razem Justyna zdawała się być tym zachwycona, słuchała go uważnie i czasami wypytywała o jakiś szczegół. Opowiadał wszystko szczegółowo, wszystko, co wiedział. Tylko, kiedy mówił o zrozumieniu przez niego młodości Fryderyka Wielkiego i jej wpływu na dalsze jego życie, nie rozwodził się szerzej. Nie mówił, dlaczego rozumie jego problemy, słabości, niechęć do ludzi i miłość do filozofii. Nie wspominał, że lata młodości Fryderyka Wielkiego przypominają mu jego życie, a kiedy Justyna chciała się coś dopytać, zmieniał temat.

— O której ty wracasz do domu?! — już po wyjściu z mieszkania Justyny, po pożegnaniu się z jej Rodzicami, wiedział, że wraca do rzeczywistości. — Jest już grubo po 20.! Nawet się matki nie zapytałeś, czy możesz wyjść! A co mnie obchodzi, że od razu po zajęciach do tej Justyny pojechałeś. Ciekawe co z niej za ziółko, może na złą drogę cię sprowadzi! Co to w ogóle za Rodzice, że pozwalają dzieciom tak długo siedzieć! Zresztą miałeś telefon, mogłeś zadzwonić, zapytać się, czy możesz dłużej zostać, a nie, rządzisz się już jakbyś był na swoim, ale ci mówię otwarcie Synu: nie jesteś jeszcze na swoim, to wszystko moje, nie zarabiasz pieniędzy, jesteś na moim utrzymaniu i będziesz robił to, co ja ci karzę… Mieliśmy przecież porozmawiać…

Fryderyk nie pamiętał już o czym, zresztą zawsze, kiedy stoi przed Ojcem niczego nie pamięta, przed oczami robi mu się ciemno i jest mu słabo, czuje, że zaraz zemdleje i zaczyna się jąkać. Strach jak nocą w ciemnej uliczce na przedmieściach.

— Przecież to wszystko dla twojego dobra, Synu. Wiesz jak ja miałem trudno w twoim wieku i kiedy byłem młodszy. Na piechotę chodziłem zimą wiele kilometrów przez las do Szkoły i cieszyliśmy się, że możemy się uczyć. I byliśmy za to Rodzicom wdzięczni. Moich Rodziców nie było stać na studia, zresztą nie mówiło się, że trzeba studiować, że to ważne. Ja pracowałem od najmłodszych lat, ciężko harowałem, żebyście wy mieli łatwiejsze życie ode mnie. Wszystko robię dla was, a wy mi się w ogóle nie odpłacacie. Kupuję ci te książki, umożliwiam ci studiowanie. A jak ty mi się odpłacasz? Bezczelnością i arogancją! Czemu? Spełniam przecież każdą twoją zachciankę. Chciałeś Internet, dostałeś, mówiłeś, że potrzebujesz książki, kupuję ci, możesz chodzić do bibliotek i siedzieć w domu do nocy nad tymi swoimi notatkami, a ty nie masz za to żadnej wdzięczności. Czy to tak dużo? Wymagam jedynie wdzięczności.

— Tak tato, masz rację. Przepraszam — odpowiedział Fryderyk ze spuszczoną głową, Ojciec ma rację: wdzięczność to za dużo. Nie może być mu wdzięczny, nie potrafi. O ile łatwiej byłoby samemu o coś walczyć i to osiągnąć, niż startować z pozycji, która narzuca obowiązki. O ile łatwiej byłoby do czegoś dochodzić z własnej inicjatywy, niż całe życie starać się spełnić czyjeś marzenia i ambicje. O ile szczęśliwsze jest życie, kiedy przez cały czas jego trwania nie trzeba komuś udowadniać, że jest się za coś wdzięczny i zasługuje się na to, co się otrzymało.

Ma wszystko, jak mówi Ojciec, ale to wszystko i tak nie jest jego własnością. W ciemnym pokoju, na zapłakanej poduszce marzy, żeby nie mieć nic, żeby móc żyć własnym życiem, nie będąc zmuszonym do udowadniania, że jest się czegoś godzien.

Małe mieszkanko, może być jeden pokój, regał z książkami, książki na podłodze, biurko z lampką nocną, przy którym mógłby studiować myśli filozofów i pisać swoje rozprawki. I materac w rogu, z półnagą Justyną, szczęśliwą i pragnącą jego. I nic więcej.

Gdyby udało mu się napisać jakąś naukową rozprawkę. Coś, co kupiłaby jakaś gazeta, a nie tylko chciała opublikować, może udałoby mu się pisać regularnie i dostawał za to jakieś skromne grosze, żeby starczyło na utrzymanie mieszkania, kupno jakiejś książki i czegoś do jedzenia. Starczy.

Małe, z jednym pokojem, książkami, biurkiem i materacem.

Wysiadł z tramwaju i zapalił papierosa — do l’art. To było jedyne miejsce, gdzie, od kiedy rzuciła go Julia, czuł się w miarę dobrze, o ile stan melancholii można nazwać dobrym. Tam przynajmniej nie płakał.

Nad drzwiami starej kamienicy wisiał szyld z nazwą lokalu. Wszedł do środka, po krętych schodach schodził w dół, coraz niżej, do przeklętej jaskini, do piekła, z którego dochodziły szatańskie dźwięki trąbki, pianina i basu, diabelskie śmiechy, słodki zapach tytoniu fajkowego, ciepłe powietrze nasycone oparami alkoholu. Wchodził w świat, który był poza tym rzeczywistym, gdzie mógł, siedząc przy piwie, pustym wzrokiem wodzić po artystach, którzy dyskutowali i się śmiali.

Zamówił piwo i usiadł do pustego stolika, paląc papierosa za papierosem, mógł melancholijnie tęsknić za tym, kim mógł być, a kim nie został — artystą. Nadal, kiedy widział obraz, zastanawiał się jakby on go namalował, jakich on użyłby kolorów, z jakiej perspektywy obiekt chciałby odtworzyć. Patrząc na ludzi, zastanawiał się, jakby ich przedstawił na płótnie albo węglem na papierze. Mógłby być artystą, ale już za późno. Nie dlatego, że jest już na to za stary, ma dopiero dwadzieścia jeden lat, nie malował od trzech, czterech lat, to dałoby się nadrobić, gdyby się postarał i włożył w to dużo pracy — problemem było to, że już mu się nie chciało, nie miał ochoty, był obojętnie nastawiony do wszystkiego i tylko to siedzenie w l’art sprawiało mu przyjemność — masochistyczną przyjemność.

Będąc z Julią, pogodził się z tym, że mu się nie udało zostać artystą, że poszedł na prawo, że Rodzina i otoczenie skrzywili jego podejście do świata, miał ją, Julię, a ona wypełniała idealnie tę lukę, sprawiała, że czuł się szczęśliwy, więc nie musiał szukać już szczęścia w niespełnionych marzeniach. Teraz, kiedy ona go zostawiła, znowu tylko one mu pozostały.

Na dodatek potrzebował towarzystwa kobiety. Zawsze, kiedy ma taki nastrój, potrzebuje towarzystwa kobiety, nie kobiety jako obiektu seksualnego, ale kogoś, komu mógłby się zwierzyć — z mężczyznami nie potrafił rozmawiać, wydają mu się zbyt wulgarni, obsceniczni i w jakiś męski sposób płytcy. Od jakiegoś dłuższego czasu, od jakichś dwóch lat, była z nim zawsze Julia i jej mógł mówić o wszystkim: kładł swoją głowę na jej udach i mówił, a ona głaskała go po włosach i słuchała, nic nie mówiła, nie pouczała go, nie starała się dawać głupich rad, słuchała go tylko i głaskała po głowie, a on, w tym pokoju z zielonymi ścianami, których kolor tak go uspakajał, zasypiał spokojnie, a kiedy się budził — twarz śpiącej Julii naprzeciwko — nie miał problemów, był szczęśliwy.

Naprzeciwko niego siedziała dziewczyna, którą zaczął obserwować, ładna i wyglądająca na inteligentną. Porównywał ją do Julii. Wszystkie kobiety porównywał do Julii. Ona była jego ideałem, chociaż w wielu oczach za taką nie uchodziła. Od czasu, kiedy go zostawiła, nie potrafił patrzeć na inne, nie porównując ich do niej. I każda wypadała słabo. Choć Julia nie była w ten reklamowy sposób piękna, to i tak, będąc przy niej, Tymoteusz nie potrzebował żadnej innej, na inne nawet nie patrzył, zapomniał o istnieniu innych kobiet, którymi miałby interesować się jako kobietami — dla niego inne były tylko ludźmi. Julia nauczyła go kochać, patrzeć na ludzi przez pryzmat nauki Chrystusa, a nie dogmatów Kościoła. Nauczyła go, że tylko miłość się liczy, a prawo i związane z nim obowiązki są rzeczą drugorzędną. Była jedyną, która wierzyła w to, co mówi. Była prawdziwą katoliczką, idealną, była taka, jak wyobrażał sobie Tymoteusz świętych, nie udawana, jak większość ludzi.

Ale gdy go porzuciła, jego świat przestał istnieć, odszedł od Kościoła, odszedł od cnót, ale nie powrócił także do tego, co było wcześniej, w tamto też już nie potrafił wierzyć — w Ojczyznę, Honor, Rodzinę, Szkołę — widział w nich już tylko puste hasła, wszystko stało się puste.

Dziewczyna ze stolika obok podeszła i przedstawiła się — skądś ją Tymoteusz kojarzył, ale nie wiedział skąd. Rozmawiali ze sobą jakiś czas, pili piwo. Opowiadała o chłopaku, którego zamierza zostawić, bo ją strasznie męczy. Nie jest nudny, mówiła, ale ma ciągle problemy emocjonalne, ciągle jest niezadowolony ze świata i ludzi, ciągle ma chwile załamania i płacze jak dziecko — zaśmiała się, była pijana i nudziła Tymoteusza.

Przed oczami, zawsze kiedy jest pijany albo kiedy zasypia, kiedy jawa myli się ze snem, widzi ów spacer z Julią, kiedy szli dłoń w dłoń przez najpiękniejsze zakątki miasta, gdzie wznoszą się stare, rozsypujące się kamienice, obrośnięte mchem i bluszczem. Stare ściany przegniłe, spróchniałe drzwi i framugi okien, a ta zgniłość i spróchniałość nadaje piękna i duszy, doświadczenia i mądrości. Ostatnie promienie sierpniowego słońca ogrzewają ziemię, malują zieloną trawę i szare mury domów złocistym odcieniem. Powietrze jest jeszcze ciepłe, lekki wiatr muska im twarze i szumi wśród liści. Ptaki śpiewają pieśń o miłości, a chmury, niczym gwardia honorowa odsuwają się na bok, aby nie zasłaniać tych pożegnalnych promieni. Jaka piękna jest Natura! — myśli on, a ona odpowiada: Tak, piękna. Czyta w jego myślach, oboje w nich czytają.

Wślizgując się w nią na bulwarze brzydził się sobą. Dlaczego tak nisko upadł? Zastanawiał się i oskarżał o to Julię. Gdyby go nie zostawiła, nie musiałby tego robić, nie musiałby w tak idiotyczny sposób próbować jej odszukać — i tak jej nie znajdzie. Zostawiła go i wyjechała, nawet nie wie dokąd, wie tylko, że z jakimś facetem. Kim był dla niej ten facet, że nagle, po tych najpiękniejszych w życiu Tymoteusza dwóch latach, ona pakuje się i wyjeżdża? Tego się nigdy nie dowie.

Nudziła go ta dziewczyna, która stękała pod nim i gryzła jego uszy, nie odczuwał żadnej przyjemności — z Julią nigdy się nie kochał, ona uważała, że nie jest tego w stanie zrobić przed ślubem, a on się zgodził, bo przy niej stało się to sprawą marginalną, choć gdyby ktoś mu wcześniej powiedział, że będzie mógł żyć z kobietą bez tego, nie uwierzyłby.

Wreszcie skończył i zsunął się z tej dziewczyny, która wtuliła się teraz w niego i wyciągnęła telefon komórkowy. Napiszę mu, że z nim zrywam — powiedziała z pijackim uśmiechem. — Napiszę, że mam innego faceta, normalnego, męskiego i bez tych ciągłych problemów. Tymoteusz uśmiechnął się z grzeczności, ale myślał o powrocie do domu. Był zmęczony. Nie interesował go w ogóle ten chłopak, którego dziewczyna ma zamiar zostawić, nudziło go to, drażniło, myślał o Julii, która jest gdzieś z jakimś mężczyzną.

I może to robią przed ślubem.

Fryderyk chwycił żyrandol i mocno go pociągnął. Trzymał się mocno. Pociągnął go raz jeszcze, aż wreszcie zawiesił się na nim. Tym razem nie wytrzymał tego ciężaru i oderwał się od sufitu, a Fryderyk spadł twardo na podłogę. Rozmasował pośladki i znów spojrzał na sufit. Hak, który podtrzymywał żyrandol wydawał się być mocny, solidnie spojony z betonową płytą.

Skórzany pas Ojca mocno przywiązał do haka, pociągnął kilka razy i zawiesił się na nim, trzymał. Hak wytrzyma, bo o pas się nie martwił, na pewno wytrzyma. Ten pas był nieśmiertelny, ileż to razy Ojciec, wychodząc na wywiadówkę, wieszał go w widocznym miejscu, żeby Fryderyk wiedział, co może go czekać. Żeby miał świadomość Ojcowskiej miłości.

Solidny skórzany pas, pokazywany Fryderykowi za każdym razem, kiedy ten miał przestać hałasować, wziąć się do lekcji. Dobrze wykonany pas, który nigdy nie został użyty czynnie, który tylko wisiał dla przestrogi, ale wisiał prawie zawsze, jak kat. A gdy mu się pokazywał, Fryderyk czuł, jak gardło mu się zaciska, jak coś krępuje jego ruchy, jak ciało ogarnia maligna.

Teraz ten sam pas uwolni go od tego wszystkiego.

Ostrożnie wszedł na taboret i wsunął głowę w pętlę. Rozejrzał się po pokoju — takim, jak co dzień: ani specjalnie posprzątanym, ani wyjątkowo pobałaganionym. Na biurku leżały jeszcze notatki z zajęć, które Fryderyk wczoraj opracowywał, książka, otwarta na stronie, na której przestał czytać i telefon komórkowy. A kładąc się spać wcale o tym nie myślał, przecież jeszcze przed chwilą zamierzał iść na zajęcia.

Kopiąc taboret, miał nadzieje, że ktoś zajmie się jego rybkami.

© 2006 Gautama de Mazan

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Hominem quaero

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski