> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№26 sierpień 2006

I stworzył Bóg człowieka… Gautama de Mazan

Nie przyjmujcie za prawdę wszystkiego, co wam mówią, nie akceptujcie tradycji, nie wierzcie oświadczeniom tylko dlatego, że znajdują się w książkach, ani dlatego, że zgodne są z waszymi przekonaniami, ani też wreszcie dlatego, że wygłasza je wasz nauczyciel. Bądźcie latarniami sami dla siebie. Budda

1.

Rozgrzane żelazko zdzieliło mnie w głowę. Jego ciężar, ściągany przez prawo grawitacji, nabrał rozpędu i siłą, którą w sobie skumulował, roztrzaskał mi czaszkę, pociągając moje ciało za sobą w dół, a gorejący żar wypalił mój mózg.

W tym momencie nie powinienem był już niczego widzieć i o niczym nie wiedzieć, nie wspominając o tym, że nie powinienem był być w stanie wydawać z siebie dźwięków; ja jednak darłem się w niebogłosy, bo czułem ból głowy, który zaczął rozchodzić się na całe Moje ciało. A krzycząc, wywoływałem na balkon sąsiadów, których twarze pamiętam doskonale. Zastygły, kiedy ich mijałem, lecąc w dół, jedni zakrywali je rękoma, inni odwracali je z obrzydzeniem, inni wytrzeszczali gały, a ktoś z drugiego piętra wołał: Co za bezczelność! W porę obiadową spadać z rozłupanym mózgiem, jeszcze dzieci to zobaczą, albo osoby chore na serce i przyjdzie im zawału dostać…

Dalej nie mogłem dosłyszeć, uderzyłem z wielkim hukiem o betonowy chodnik. Usłyszałem głośny trzask łamanych kości, dźwięk podobny do tego, jaki wydobywa się z worka napełnionego wodą, kiedy uderza o ziemię i pęka, oraz głośne: OOOOOO!…

Nie wiem, czy byłem jeszcze żywy, czy już martwy, kiedy wokół mojego ciała zebrała się grupka dzieci. Wychodziły z klatek, z pustych placów zabaw, z ciemnych zakamarków, pojawiały się jak sępy nad moimi zwłokami, wyglądały jak cienie wypełzające z ciemności. Nie pamiętam, z jakiej perspektywy widziałem to ciało i dzieci. Chodziły dookoła, przykucały, dotykały mnie; skąpanego w tej czerwonej kałuży, jeszcze ciepłej, smakowały ją, grzebały w niej patykiem. Chciałem krzyczeć, przepędzić je stąd, ale żaden dźwięk nie wydobywał się teraz ze mnie i nie mogłem się poruszać. Musiałem więc tak leżeć i patrzeć, jak mały grubasek pochyla się nade mną, obwąchuje, a potem wsadza mi palec w odbyt, ale fajne — zawołał, to jak na filmach ­— krzyknęli inni! I każdy wkładał mi palec w odbyt, żeby dowiedzieć się, czy naprawdę fajnie, i rzeczywiście, fajnie — zawołali. I dalej wsadzali palce, bo było fajnie. Każdy! Potem przyszły dziewczynki. Co robicie? Też spróbujcie, to jak w filmach! W tych brzydkich filmach, których rodzice zabraniają nam oglądać? Wstydźcie się chłopcy, jesteście okropni. I poszły. Tylko jedna została. Trzymała palec w ustach, a drugą ręką podtrzymywała spódniczkę, żeby wiatr jej nie podniósł. Przyglądała się chłopcom i temu, co robią mojemu tyłkowi. Zdjęła wtedy majtki i też próbowała włożyć sobie palec. Chłopcy przyglądali jej się z uwagą, zostawiając mnie na jakiś czas. Po chwili powiedziała: To niefajne, i też sobie poszła. Mali samce wytknęli jej język i wrócili do zabawy.

Na szczęście, bo podejrzewam, że pupa mnie wtedy bolała, chociaż już nic nie czułem, a do tego jeden wyrostek próbował ściągać swoje spodnie, podszedł jakiś dorosły facet, a potem inni. Wygonili dzieci wyzywając je od małych pederastów i spojrzeli na mnie.

— Chyba nie żyje.

— Skąd wiesz?

— Tak mi się wydaje — nie ma głowy.

— Prych — prychnął jeden — Że głowy nie ma, to już nie żyje?

— A może da się go jeszcze wyratować?

— Zobaczmy, mój szwagier jest lekarzem, mówił, że trzeba sprawdzić tętno.

— Gdzie chcesz szukać tętna? Tu trudno cokolwiek odnaleźć.

— To chyba ręka!

— Mam szyję… Nie czuję tętna.

— Więc chyba nie żyje.

— Jesteś pewien? Trzeba jeszcze sprawdzić, czy oddycha.

— Jak? Gdzie są usta?

— Głupi jesteście! Trzeba sprawdzić, czy źrenice reagują na światło.

— Ale głowy nie ma!

— Tam leży jedno oko!… Nie, chyba nie reaguje.

— A drugie? Może drugie reaguje…

— Nie ma drugiego, poszło pewnie z głową.

— A to pech…

Na szczęście przyjechała karetka i lekarze włożyli mnie do plastikowego worka. Podczas drogi nie próbowali mnie nawet reanimować. Siedzieli przy moich zwłokach, które zebrali za pomocą łopatek i szufelek, i dyskutowali o czymś, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi.

Zawieźli mnie do kostnicy. Nie było mi zimno, chociaż widziałem, że lekarze się trzęsą. I wtedy poczułem tę dziwną lekkość, jak balon napełniony helem zacząłem wznosić się w górę, delikatnie, powoli, coraz wyżej i wyżej, szybciej, przebiłem dach i już wznosiłem się nad miastem, widziałem domy, ludzi, którzy stawali się coraz mniejsi i wyglądali jak mrówki, a potem już w ogóle nie mogłem ich dostrzec. A jeszcze wyżej było już zupełnie cicho, jakoś dziwnie, mistycznie, domów już nie widziałem, tylko zielone plamy otoczone niebieską płaszczyzną, wreszcie się zatrzymałem.

Stałem na miękkiej, śnieżnobiałej chmurce, nade mną rozciągało się błękitne niebo, wokół unosił się zapach kwiatów. Dotknąłem chmury, delikatna jak jedwab, chociaż nie dotykałem nigdy jedwabiu, ale była delikatna, ciepła, przyjemna. Chciałem położyć się na niej, ale jeszcze nie zdążyłem nawet ukucnąć, kiedy usłyszałem głos:

— Pan Zygfryd, jak mniemam? — starszy mężczyzna z długą białą brodą przyglądał mi się spod okularów w złotych oprawkach. Jego oczy były niebieskie, skóra pomarszczona, usta popękane. Stał podpierając się drewnianą laską, za nim wznosiła się złota brama, a przed nim stało biurko pełne papierów.

— Tak, a z kim mam przyjemność?

— Przepraszam, że się nie przedstawiłem, Piotr Apostoł, pierwszy papież, uczeń Jezusa Chrystusa, strażnik Bram Niebios…

— Miło mi… Jestem w Niebie?

— Nie, jeszcze nie, to przedsionek. Wpuszczam tych, którzy sobie na to zasłużyli… — uśmiechnął się. Poprawił swoje okulary i zaczął czytać coś w jakiś papierach — Hm… Bardzo ciekawe, proponuję panu Piekło…

— Co?! Jakie piekło? — zacząłem wygrażać pięścią, czego jeszcze nigdy w życiu nie robiłem. — Chodziłem do kościoła — wołałem — Żyłem zgodnie z Przykazaniami Bożymi… Panie, ja się tak nie bawię, co pan sobie myślisz, że po co te wszystkie ceregiele, żeby teraz do piekła pójść? Ja sobie wypraszam, chciałbym z pana przełożonym rozmawiać!

— Przepraszam, przepraszam, niech pan przestanie… — uspakajał mnie Święty Piotr — Bóg Ojciec nie może teraz przybyć, jest zajęty, ale jeśli pan chce do Nieba, to nie ma sprawy… Proponowałem tylko Piekło, to była tylko propozycja…

— Też mi coś — odpowiedziałem oburzony. Święty Piotr podniósł z biurka wielki złoty klucz i otworzył mi bramę.

— Życzę powodzenia… — westchnął głęboko.

— Dziękuję — odpowiedziałem przechodząc przez próg do Niebios z podniesioną głową. Świętego Piotra minąłem obrażony i dumny. Nigdy przedtem się tak nie zachowywałem, ale przed tą najważniejszą decyzją życiową nie mogłem pozwolić na bierność. Tyle lat chodzenia do kościoła… a on mnie do piekła chciał wysłać.

Wchodziłem coraz dalej i dalej, wreszcie po jakimś czasie usłyszałem głosy. Jakieś kobiety śpiewały pieśni kościelne.

Święty Antoni przebudził się ze snu. Otworzył oczy i wpatrywał się w popękany sufit. Kiedy wreszcie go naprawię? — myślał, ale wiedział, że czasu raczej nie znajdzie. Nie chciał się podnieść, chociaż jeden dzień przeleniuchować w łóżku, chociaż godzinkę dłużej. Świat za łóżkiem wydawał się chłodny, nieprzyjemny, a tutaj, pomimo tego sufitu, jest ciepło, przyjemnie… Dość tych próżności — pomyślał — Będę leniuchować po śmierci — i zaśmiał się ze swojego dowcipu, ale nie za głośno, żeby staruszki pod oknem nie słyszały. Ostatnio odpoczywał w szesnastym wieku, kiedy to reformowano kościół i przestano się na jakiś czas do niego modlić, a potem już nie miał ani chwili wytchnienia. Pragnął odpoczynku, czasu wolnego, wakacji, bo już miał tej roboty po uszy, ale wiedział, że jest to niemożliwe. Ciągłe prośby, Święty Antoni, znajdź mój zegarek, Święty Antoni, powiedz, gdzie zostawiłam klucz, Święty Antoni pomóż mi znaleźć miłość, Święty Antoni zgubiłam portmonetkę, Święty Antoni gdzie mój różaniec, Święty Antoni gdzie podziałem książeczkę do nabożeństwa, och, Święty Antoni to, Święty Antoni tamto, od rana do wieczora. I nie tylko kobieciny z Ziemi, ale i niebiańskie dusze miały do niego ciągłe prośby. Już się na pewno tłoczą pod jego domkiem, już czekają, żeby się obudził, a wtedy szturmem go wezmą. Tego w kontrakcie nie miał; na żywych miało się kończyć, ale martwe nie dawały mu spokoju.

Dlatego też starał się wstać bezszelestnie i na paluszkach poszedł do kuchni, żeby zagotować wodę na herbatę. Nie mógł nawet włożyć gwizdka do czajnika, bo one by od razu go usłyszały.

Siedział przy kuchence, na prostym krzesełku i czekał, aż woda się zagotuje, potem zalał nią liście czerwonej herbaty, którą przyniósł tu jeszcze Sen-no-Rikyu, kapłan zen. On zapoczątkował tradycję dostarczania Zaświatom dobrej, chińskiej herbaty. Święty Antoni siedział nad filiżanką i dmuchał, aby herbata szybciej wystygła, nie lubił wrzątku.

Siedząc tak, starał się nie myśleć o niczym, wiedział, że ma cały dzień przed sobą i wtedy będzie musiał dużo myśleć, zastanawiać się, szukać, pomagać, ale myśli same go nachodziły: Czemu ci ludzie sami sobie nie chcą radzić, ciągle szukają pomocy w Niebie, u świętych; nie po to dał im Bóg własną wolę i rozum, żeby nie potrafili sobie poradzić z najmniejszym problemem. Nawet przed klasówkami! Klękają i modlą się o lepszy stopień, o pomoc… A o tym, żeby się uczyć, to nie myślą! O wszystko się modlą i każdy myśli, że to on jest najbardziej potrzebujący, że my, w Niebie, nie mamy nic do roboty, że ciągle będziemy im pomagać. Bóg już nie wytrzymywał, nie miał sił, wzrok mu osłabł, stracił zdrowie, dlatego nas zatrudnił do pomocy — świętych. Ale i my powoli nie wyrabiamy, a czasami musimy spełniać prośby tych, którzy wszystko mają, ale wciąż klęczą przed ołtarzem, i nie mamy czasu dla tych najbiedniejszych, dla dzieci bez rodziców, dla głodujących, dla ofiar wojennych… Gdyby ktoś, przy wieczornej modlitwie, zamiast prosić o więcej pieniędzy dla siebie, nowy samochód i żeby szefa piorun strzelił, pomodlił się za tych potrzebujących… Och było by miło, bardzo miło…

Wstał i podszedł do okna. Odsłonił lekko zasłonę. Tak! Już kolejka staruszek. Jeszcze się dobrze nie rozjaśniło. Święty Antoni uderzył pięścią w stół, cholera jasna!, wyjrzał jeszcze raz przez okno. Nikt nie słyszał, to dobrze. Teraz musi uciekać. Podszedł do swojego biurka, zabrał papiery, które na niego czekały; prośby o pomoc, modlitwy i schował je do torby. Zarzucił ją na ramię i po cichutku wszedł do łazienki. Wyjrzał przez okno, tu nie było nikogo. Słyszał jak za drzwiami robiło się coraz głośniej; gdzie on jest? śpi? niech wstaje, bo nie mamy tyle czasy, a to leniuch, ten Święty Antoni… Obejrzał się… nie… tylko mu się wydawało, nikt nie wyłamywał drzwi. Otworzył po cichutku okno, coś skrzypnęło, wstrzymał rękę, wziął głęboki oddech i nasłuchiwał, odczekał chwilę, cisza, nikt nie słyszał otwieranego okna, więc dalej, skrzypiało, na szczęście cicho. Potem wyskoczył przez nie chyłkiem jak kot. Jakiś czas siedział skulony i próbował wyrównać oddech, kiedy się uspokoił przeczołgał się w stronę studni. Najpierw wrzucił torbę, potem sam do niej wskoczył.

Biegł przez tunele. Było tutaj ciemno i wilgotno, śmierdziało zgnilizną, to nie to, co na powierzchni: świeże powietrze, przyjemny zapach, ciepło, jasno… Tutaj było okropnie, ale miał więcej spokoju, mógł pracować. Biegł wciąż przed siebie, drogę znał na pamięć i nie obawiał się żadnego kamienia, o który mógłby się potknąć, albo bocznego korytarza, w którym mógłby się zgubić. Wreszcie zauważył delikatne, migające światło, poczuł miły zapach pieczeni i radosne odgłosy.

Och! Ksiądz Tadzio Borowyk otworzył błyskawicznie oczy, już widniało, a słońce potęgowało jego ból głowy. Wstał szybko, o ile pozwalał mu na to okrągły i duży brzuch, i wciągnął na siebie habit. Od ponad stu lat nie spóźnił się na poranną mszę, zwłaszcza tę, którą sam prowadził. W Niebie było wielu księży, ale w tej parafii służył sam: był wikarym i proboszczem, sekretarzem, głównym księgowym; nie lubił, kiedy ktoś grzebie w jego rzeczach, jedynie organiście pozwalał pracować, ale nie dlatego, że grać nie potrafił, tylko dlatego, że nie mógł jednocześnie grać i odprawiać mszy.

Wybiegł ile sił w nogach. Mogłem nie jeść tyle, żyłoby mi się łatwiej — myślał, biegnąc — I mniej pić. Kolejka staruszek stała przed kościołem. Odsapnął głośno. Jego różowe policzki odbijały poranne promienie słońca. Uśmiechnął się szeroko do tłumu i przeprosił za spóźnienie. Z kieszeni wyciągnął klucz i otworzył drzwi do świątyni. Wierni weszli za nim.

Po odprawionej mszy śpiewano i modlono się jeszcze za papieża, aby piastował jak najdłużej swoją funkcję, o polityków, żeby sprawowali dobrze władzę, o zdrowie Pana Boga. Po śpiewach kilka staruszek zostało w kościele; musiały zaciągnąć rady u proboszcza, poskarżyć się jemu: Mój syn, proszę księdza, przestał chodzić do kościoła. Obserwuję go, a on ani razu, po mojej śmierci, nie modlił się przed pójściem spać, nie modli się za moją duszę, i co z nią teraz będzie? Inna mówiła: Wnuki czytają złe książki: Zolę, Eco, a nawet „Harry’ego Pottera”. Ksiądz dawał rady, proponował nawiedzić ich w nocy, nastraszyć, dać jakiś znak, a kobiety słuchały go.

W tym właśnie momencie przybiegła zasapana staruszka. Jej siwiznę maskowała kasztanowa farba, oczy miała pomalowane niebieskim tuszem, usta czerwoną szminką. Futra nie dopięła, musiała się bardzo spieszyć. Rzuciła się przed księdzem na kolana.

— Ksiądz wybaczy!… — lamentowała i łkała, niebieskie stróżki spływały jej po policzkach, uderzała się pięściami w piersi, zbierała garściami piasek i sypała go sobie na głowę — Proszę księdza! — wołała dalej — Ja zaspałam. Nie wiem czemu się nie obudziłam, naprawdę nie wiem… Żałuję tego… och! Jak ja tego żałuję…

Ksiądz Tadzio pochylił się nad kobietą i pomógł usiąść na ławce. Niech się pani uspokoi — rzekł — Niech pani przestanie tak rozpaczać. Bóg pani wybaczy, Bóg jest miłosierny… Niech już pani przestanie. Takie rozpaczanie wiele pani nie pomoże. Przyznała się pani do winy i to bardzo ważne, teraz wystarczy odmówić pokutę, a Bóg odpuści pani ten występek. No, niech już pani przestanie. Zmówi pani siedem razy Ojcze Nasz, dziesiątkę Różańca, i spóźnienie na mszę nie będzie takim wielkim wykroczeniem. Głaskał ją po włosach i uspakajał. Kiedy ją tak uspakajał za jego plecami rozgorzała wrzawa, ludzie szeptali coś do siebie, coraz bardziej podnieceni.

Ksiądz się odwrócił i ujrzał nieznanego nikomu chłopaka, który szedł wolno po placu przed kościołem. Wszystkie staruszki skierowały wzrok w jego stronę. Był dziwny, młodszy niż wszyscy tutaj, chudy, wysoki, o radosnym spojrzeniu, martwy, choć pełen życia. Nie pasował. Wreszcie stanął. Nic nie mówił tylko przyglądał się zebranym. Wszyscy, razem z księdzem, czekali na jego ruch, na jakieś słowo, oglądali go uważnie. Skąd się tu wziął? Czy to jakiś nowy? Co on tu robi? — szeptano między sobą. Ksiądz puścił delikatnie ramiona staruszki, która na widok przybysza przestała szlochać, i podszedł wolno, bardzo ostrożnie, do nieznajomego.

— Niech będzie pochwalony, jestem ksiądz Tadzio Borowyk, a Pańska godność?

Na początku stworzył Bóg Niebo i Ziemię. A Ziemia była pustkowiem i chaosem; ciemność była nad otchłanią, a Duch Boży unosił się nad powierzchnią wód.

I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość. I widział Bóg, że światłość jest dobra. Oddzielił tedy Bóg światłość ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą.

Już chyba w tym fragmencie przesadziłem, każąc ludziom wierzyć, że Bóg coś nazywał. A potem jeszcze ten podział stworzenia na kilka dni… — stwierdziłem, że ładniej będzie wyglądało, jak cały proces ewolucyjny, te kilka milionów lat, przedstawię w kilku dniach — taka metafora.

Ale mimo wszystko tekst mi się podoba, odwaliłem kawał niezłej roboty, zwłaszcza, że moja powieść stała się światowym bestsellerem, i to trwa już kupę lat…

Mało tego, że sprzedaje się jak świeże bułeczki, dla wielu jest podręcznikiem pisania, dla innych źródłem myśli filozoficznych, a dla jeszcze innych, aż mi głupio o tym mówić, ale są ludzie, którzy starają się naukowo udowodnić, że to jedyna „prawdziwa” księga o stworzeniu i o Bogu…

Napisałem, bo miałem pragnienie być pisarzem, gdybym pisał prawdę o stworzeniu, zanudzałbym bardziej jeszcze niż Darwin, zresztą bardzo poczciwy i inteligentny człowiek, lubię z nim dyskutować przy grze w szachy.

Muszę was także przeprosić za napisanie, że jesteście narodem wybranym. Tak naprawdę jesteście przypadkiem, dosyć pechowym, ale takie i Bogu, jak widać, się zdarzają. On najbardziej cieszył się z tych prymitywnych (dla was) organizmów, które sprawiały, że ta trzecia od Słońca planeta, zaczęła oddychać i rodzić, i to było piękne, to były boże dzieci, i to jest sensem życia — życie.

A potem pojawiliście się wy, którzy nie szanują życia.

Największym błędem i niedociągnięciem jest to, że wasz mózg jest sprawniejszy od większości mózgów na Ziemi, za wyjątkiem mózgów szczurzych i delfinowatych, no i kilku innych, ale nie będę teraz o tym mówił. Na dodatek macie taki układ szkieletowy, że możecie wytwarzać broń i robić mnóstwo skomplikowanych operacji, jesteście wszystkożerni (czasami jecie naprawdę dziwne rzeczy, ale to wasza sprawa), a to pozwala wam w prawie każdym środowisku przetrwać. Ale wracając do waszego mózgu, jego problemem jest to, że blokuje odczucia empatii, a to jest bardzo niebezpieczne, nawet dla Boga.

W pewnym momencie waszego rozwoju zażądaliście od Boga Nieba, groziliście, że jeśli wam go nie odda, zniszczycie świat, jego ukochane dziecko…

Wtedy stworzył Bóg mnie. Szatana, diabła, upadłego anioła, jak wy mnie nazywacie.

Tak dla waszej informacji: nie mam rogów, ani ogona, i nie jestem czarny, bo u nas nie ma kolorów. U nas, czyli w Piekle. Nie jesteśmy dla was widoczni, ani nie potraficie nas słyszeć, nas można jedynie czuć. Boga tez nie można widzieć czy słyszeć, tylko czuć. Ale dla człowieka to skomplikowane; czego się nie da obliczyć, zmierzyć i opisać, nie istnieje…

Wracając do mnie. Bóg mnie stworzył, abym był jego doradcą, stworzył mnie prawie tak silnego jak on sam, choć i tak o wiele słabszego, choćby dlatego, że ja nie potrafię stwarzać. Ale poza tym dał mi umiejętność myślenia po ludzku, czego On nie potrafi, bo to naprawdę skomplikowane. I wtedy zrozumiałem, że ludzie to bezduszni obłudnicy.

Podsunąłem Bogu szatański pomysł: jeśli któryś z ludzi ofiaruje swoje życie za innych, Niebo stanie dla nich otworem. Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś taki się znajdzie. A tu pewien Żyd, o imieniu Joszue, się na to zgodził i umarł za was, mało tego, to wy go skazaliście. Dla mnie to niezrozumiałe…

2.

Nie nazwałbym tego skrzeczącego ryku śpiewem. Stare głosy, brzmiące jak rozstrojone skrzypce, nieprzyjemne. Brak jednej melodii, tempa, rytmu; nie znam się na muzyce, nie mam dobrego słuchu, ale to, co dobiegało do moich uszu, było nie do zniesienia. A w dodatku teksty piosenek: banalne, tandetne, rymy częstochowskie; kto mógł to śpiewać, kto tego słuchał? I do tego te organy, dopiero po chwili je usłyszałem, tuu, tuu, tuu, uszy więdły, ale czy miałem wtedy uszy? Do dzisiaj nie wiem, czy posiadam uszy i oczy, usta, tutaj, w Zaświatach. Nie ma tu luster, a postacie, które wydaje mi się, że widzę, są tylko postaciami, czuję, że są, ale nie mam pewności, czy je widzę, nie są nawet mgłą, może zarysami, ale trudno określić. Święty Piotr wyglądał jak człowiek, on jeden, miał włosy, ręce, oczy, usta, uszy… a reszta? Czy ja w ogóle mam zmysły? Może nic nie słyszę, a jedynie czuję obecność dźwięków, może nic nie widzę, a czuję obecność przedmiotów, nie wiem, czy mam smak, czy to, co wydawało mi się zapachem nim w rzeczywistości jest, czy w ogóle coś czuję, czy istnieje tutaj materia? Patrzę na swoje dłonie i… nie wiem, czy je widzę, chociaż wiem, że tu są, ale nie mógłbym ich opisać, kiedy dotykam miejsca, gdzie znajdują się uszy, coś czuję, ale co? Nie wiem, czy wyrazy, których używam, żeby to opisać są dobre, bo one są ziemskie, a tutaj nic nie jest podobne do ziemskiego. Nie wiem, czy ręka, którą nazywam ręką, nią jest, nie wiem, czy to, co widzę jest widzialne i nie wiem, czy ja to rzeczywiście widzę, może wszystko, co tu jest tylko uczuciami, więc nie widzę a czuję, ale czuję sercem, tak jak się czuje, że się kogoś kocha. Nie mogę jednak opisywać uczuciami, ale po ziemsku, literami, słowami, zdaniami, sprowadzę wszystko do tych dwudziestu sześciu znaków, żeby zostać zrozumianym, choć i tak nie będę.

Szedłem dalej w stronę dźwięków. Pieśni umilkły i rozpoczął się głośny lament. Ksiądz wybaczy… ja zaspałam… żałuję tego… Wreszcie ujrzałem tłum ludzi, staruszki w przeważającej mierze (skąd ja to wiedziałem?). Podszedłem. Wszyscy stali przed kościołem. Na ławce, przy zapłakanej kobiecie siedział ksiądz. Kiedy mnie zobaczyli, umilkli. Ksiądz podniósł się i idąc w moją stronę powiedział:

— Niech będzie pochwalony, jestem ksiądz Tadzio Borowyk, a Pańska godność?

Stanął przede mną z wyciągniętą ręką. Rozejrzałem się dookoła. Wszyscy patrzyli na mnie, jak na jakiegoś chorego, innego, gorszego, tak samo jak za życia, a jednak inaczej. Czułem się jeszcze bardziej niechciany niż tam; ich wzrok, te spojrzenia, lodowate, złowrogie; jestem intruzem, wszedłem w ich świat, napadłem ich spokojny tryb życia, przeszkodziłem w rozwiązywaniu problemów, nakryłem na jakimś wstydliwym uczynku, teraz zginę, patrzą na mnie, czekają na jakiś znak, aby móc się na mnie rzucić, powbijać we mnie szpony i kły. Uśmiecham się, ale oni nie reagują, nie widzę ich ust, ale czuję, że się nie uśmiechają, że wciąż im przeszkadzam, czują się jak mały chłopiec, którego rodzice nakryli w ciemnym pokoju, pod kocem; nie widzą, co powiedzieć, ja też nie wiem…

— Jak się Pan nazywa?

— Zygfryd — Ksiądz skrzywił się na twarzy.

— No tak… Jest naszym nowym parafianinem?

— Nie wiem, jestem tutaj od niedawna, skąd mam wiedzieć, do jakiej parafii należę?

— Powinien czuć to w sercu… Jeżeli trafił do Nieba… Ma już mieszkanie? Nie poszedł jeszcze do kancelarii? A no tak, ja tam urzęduję… Nie rozmawiał z nikim?

— Ja chciałbym się z Panem Bogiem spotkać — zamarli. Kilkaset staruszek stało bez słowa, rozglądało się po sobie; co on sobie myśli, że kim on jest?

— To niemożliwe… — rzekł ksiądz — Boga tu nie ma…

— Jak to nie ma Boga?

— Był, ale pewnego dnia znikł… Poszedł sobie, nikt nie wie, gdzie On jest. Ale się nie martwi, będzie miał tu lepiej niż u siebie w domu. Proszę… Za mną!

Poszedłem. Ksiądz stawiał małe, ociężałe kroki. Pocił się bardzo przy chodzeniu, w dodatku słońce mocno świeciło. Kilka razy przystanął, odsapnął głośno i wytarł czoło białą, haftowaną chusteczką. Za chwilę dojdziemy — mówił w przerwach między jednym sapnięciem a drugim — Zapewnimy mu ładne mieszkanko z przyjemnym widokiem. Weszliśmy do wielkiego budynku. W oknach były witraże, posadzka marmurowa, na ścianach boazeria, na perskich dywanach stały fotele obite skórą, dębowa ława. Weszliśmy po kamiennych, szlifowanych schodach na piętro, było równie piękne jak parter. Wielkim kluczem otworzył ksiądz Borowyk drzwi do gabinetu. Usadowił się za biurkiem, założył okulary i wyciągnął jakieś papiery.

Nazwisko. Powiedziałem. Imię. Zygfryd. Data urodzenia. 15 maja 19… Przyczyna śmierci. Żelazko. Pierwsza komunia? Przyjąłem. Bierzmowany? Tak. Uprawiałeś nierząd przed ślubem? Chciałem, ale… Rozumiem, częstotliwość chodzenia do kościoła? Raz w tygodniu i w święta. Mało… Do spowiedzi? Raz w miesiącu… Tak… Hm, no dobrze, ale z papierów wynika, że powinien trafić do Piekła…

Dlaczego? Co ja takiego zrobiłem, co zrobiłem, że mam trafić do piekła? Było mi bardzo przykro z tego powodu, poza tym ciekawiło mnie, co jest przyczyną niechęci do mnie w Niebie, dlaczego Bóg chciał mnie wysłać, do piekła?…

Udało mi się jednak zostać. Otrzymałem małe, ale wygodne mieszkanie. Pełne było krzyży, obrazów świętych, jakichś świec. Ksiądz obiecał mi nawet, że po południu przyśle mi kilku mężczyzn, z którymi miałbym się zaprzyjaźnić. Mówił, że to bardzo przyzwoici ludzie, którzy mieliby mnie trochę naprawić, bo nie jestem w pełni przygotowany na Niebo. Wspomniał jednak, że Bóg jest tak miłosierny, że pozwolił mi doświadczyć przyjemności przebywania w tym miejscu. Za moje ziemskie grzechy kazał mi odmówić pokutę; dziesięć razy Ojcze Nasz, dziesiątkę Różańca, Credo. Potem mam starać się odepchnąć od siebie złe myśli. Uklęknąłem i zacząłem odmawiać pokutę.

Właśnie skończyłem, gdy do drzwi ktoś zapukał.

Święty Tomasz z Akwinu wrzucił brudne naczynia do zlewu. Wszedł do małego, ciemnego pokoju i usiadł na starym, kilkukrotnie już cerowanym fotelu. Nogi położył na podnóżku, z półki ściągnął książkę w grubej oprawie, „Utopię” Tomasza Morusa. Zapalił lampkę i ze stolika wziął fajkę, którą nabił pachnącym tytoniem. Czytał puszczając doskonałe okręgi z dymu.

Nie przeczytał całej linijki, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Odłożył książkę i poszedł otworzyć. Przed domem stały trzy staruszki.

— Święty Tomaszu, nie ma Świętego Antoniego. Pukamy i nic, może zasłabł, a my potrzebujemy jego pomocy; zgubiłam modlitewnik…, ja koraliki…, a ja poduszkę do igieł…

Święty Tomasz spojrzał na każdą z kobiet, ich miny były zatroskane, oczy smutne, bały się, że bez Świętego Antoniego nie znajdą swoich przedmiotów. Co mógł zrobić? Podrapał się po głowie i powiedział:

— Może poszedł na spacer…

— On nie mógł pójść na spacer, nie teraz, ma za dużo pracy, powinien być bardziej kompetentny, jak jest świętym…

— Macie rację. Ubiorę się i pójdę go poszukać.

— Bóg zapłać, Święty Tomaszu, będziemy się modliły za… — nie mogły powiedzieć pana, bo on jest świętym. Zastanowiły się jakiś moment — Będziemy się modliły za… no… za Świętego Tomasza będziemy się modliły — i odwróciły się speszone myśląc, jak mówić do świętego.

Tomasz z Akwinu zamknął drzwi i wrócił na fotel. Otworzył książkę na stronie, na której skończył i czytał dalej. Nie minęło pięć minut, kiedy znów usłyszał pukanie do drzwi. Znowu pojawiły się staruszki, tym razem inne, ale również szukały Świętego Antoniego. Odpowiedział, że właśnie się wybiera na poszukiwania. Wrócił i znów próbował czytać, ale pukanie do drzwi rozległo się raz jeszcze. I znowu staruszki, Święty Tomaszu, nie ma Świętego Antoniego, potrzebujemy go, trzeba go znaleźć. Za czwartym razem nie otworzył drzwi. Zamknął fajkę w pudełku, które schował do kieszeni, książkę wziął pod pazuchę i zszedł do piwnicy. Odsunął stary, nadgniły regał z konfiturami, za którym ukazał się tunel, wszedł do środka i po ciemku, przyspieszając kroku, szedł przed siebie. Wolną ręką macał ściany, żeby się nie zgubić, bo wzrok miał słaby. Ściany były szorstkie, zimne i wilgotne. Wreszcie trafił na rozwidlenie. Skręcił w prawy tunel i szedł dalej. Tunel prowadził w dół. Po jakimś czasie natknął się na kartkę papieru, podniósł ją. Jakieś prośby o pomoc w odnalezieniu złotego kluczyka, to musi należeć do Antoniego, był tu przede mną. Tomasz przyspieszył. Z oddali dochodziły radosne odgłosy i miły zapach pieczeni.

Ksiądz Borowyk zamknął drzwi za dziwnym przybyszem. Jak on tutaj trafił? pomyślał. Tacy jak on tutaj, w Niebie? I na mszę się spóźnił. Nie rozumiem czasami tej administracji. Będę musiał odwiedzić Świętego Mateusza, dopytać się dlaczego tutaj takich wpuszczają.

Ociężale wszedł po schodach. Na górze ciężko odsapnął: Mogłem wybudować sobie jednopoziomowy dom. W dużym pokoju, z różowym perskim dywanem, z lampką osadzoną na podstawce z kości słoniowej, z fotelami ze skóry krokodyla, zdjął kapcie. Podszedł do barku i rozejrzał się dookoła, ukucnął. Po cichu otworzył drzwiczki, wyciągnął butelkę szkockiej whisky, znowu się rozejrzał i nalał sobie w kryształową szklankę. Dorzucił jeszcze trzy kostki lodu. Potem wstał i położył się na kanapie. Pod jego ciężarem ugięła się lekko. Odstawił naczynie z napojem na stoliku i wyciągnął Różaniec. Po każdej dziesiątce wypijał łyka. Wreszcie zasnął.

Obudził się po południu. Wypił resztę whisky i wstał. Do jego drzwi ktoś się dobijał. Zszedł otworzyć.

— Szczęść Boże!

— Och, niech będzie pochwalony! Jak się cieszę, że was widzę.

— My również, proszę Księdza.

— Siadajcie, siadajcie…

— Słyszeliśmy, że mamy nowego członka parafii.

— Tak, tak, ale to człowiek dziwny. Szczerze mówiąc, boję się go.

— Boi się Ksiądz?

— No, może obawiam… Naprawdę dziwny człowiek; za życia tylko raz w tygodniu do kościoła chodził.

— Nie może być!

— Ale to prawda. Poza tym nie należał do żadnego koła parafialnego, nie modlił się regularnie… Dziwny człowiek, trzeba będzie go trochę naprawić, i wy to macie zrobić. Ufam wam i wiem, że mnie nie zawiedziecie; ja będę się starał, żeby przenieśli go jednak do Piekła, ale nie wiem, czy coś wskóram.

— Ksiądz się nie martwi, pomożemy. Kiedy mamy do niego pójść?

— Najlepiej zaraz.

— Więc idziemy.

— Poczekajcie chwilę, najpierw porozmawiajmy, mam kilka ogłoszeń.

Mężczyźni, i ksiądz, rozmawiali o sprawach parafii, o tym ile potrzeba na ogrzewanie, jaki obraz przydałoby się zamówić, obgadali termin kolędy, wygląd poszczególnych uroczystości, godziny nabożeństw majowych, skrytykowali organistę i umówili się na spotkanie z nowym mieszkańcem i parafianami, spotkanie nabożne, coś w rodzaju spotkań sekcji, kół parafialnych. Na koniec pomodlili się w podzięce za dobry przebieg obrad i podziękowali za zdrowie oraz za to, że są katolikami.

Kiedy wyszli, ksiądz Borowyk uklęknął do krótkiej modlitwy i wyruszył do Świętego Mateusza. Wychodząc zamknął dokładnie drzwi, na klucz.

Gdy Joszue umarł za ludzi, którzy go ukrzyżowali, Bóg uciekł do Piekła, które mi swego czasu zaprojektował. Opowiedział, że Niebo zalała banda niebezpiecznych ludzi, którzy zaczęli Go nagle wychwalać: śpiewali dziwne piosenki, modlili się do Niego, budowali świątynie, jak na Ziemi. Jakieś dewotki odwiedzały Boga codziennie, prosiły o pomoc, potem księża; nawet książki nie mógł przeczytać w spokoju; ta zła, mówili, tej nie wypada, inna świętokradzka… Nie mógł słuchać muzyki; ona jest szatańska, wołali, nie mógł popatrzeć na drzewa, kwiaty, na jego dzieci; Panie Boże, ty musisz spełniać ludzkie prośby, a nie oglądać sobie przyrodę, na to będzie czas później. Wreszcie rozpoczął się handel pamiątkami, potem męczennicy, którzy się biczowali, błagając Go o przebaczenie — nic dziwnego, że tego nie wytrzymał.

Zaparzyłem mu melisy z miętą, dałem zapalić fajkę i zaproponowałem, by został ze mną w Piekle, a On się od razu zgodził. Ściągnęliśmy tu Joszuego, potem innych rozumnych ludzi, którzy jednak, wbrew moim obserwacją, istnieli.

A Niebu pozwalaliśmy się samemu administrować, powstały urzędy, biurokracja, przepisy, prezesi, proboszcze, biskupi, kardynałowie, papieże — żadnej demokracji, zwyczajny feudalizm, podziały hierarchiczne. Ludzi, którzy nie pasowali do systemu, zakuwali w dyby, łańcuchy i trzymali ich na ołtarzu ku przestrodze dla innych. My wysłaliśmy jednego z naszych, dobrego przyjaciela Joszuego, Szawła, nazwanego Skałą, czyli Piotrem, który miał przesiewać tych, którzy mogą wejść do Nieba od tych, którzy nie mogą — często były skargi, że Piotr wpuszczał nieodpowiednich, ale jego zdaniem wszyscy tam pasowali, jego celem było tylko znajdowanie ludzi dobrych, których wysyłał do Piekła.

3.

Trzech mężczyzn, w granatowych marynarkach i białych koszulach stało przed drzwiami. Uśmiechali się do mnie szczerząc zęby — Jesteśmy od księdza Borowyka. Wpuściłem ich do środka. Czuli się jak u siebie w domu. Nie zdążyłem zaproponować im miejsca, kiedy już siedzieli. Dwóch z nich miało wąsy.

— Jak się mu w Niebie podoba? — zapytał ten bez wąsów.

— Trudno mi powiedzieć, bo jeszcze nie zwiedziłem Nieba. Jestem tutaj dopiero kilka godzin…

— Spodoba się mu, o wiele lepiej niż na Ziemi.

— No, ale pogaduszki zaraz — wtrącił niższy wąsacz — Najpierw pomódlmy się o mądrą rozmowę, o naszą przyjaźń i żeby nam szatan w głowach nie namącił. Wstańmy.

Podniosłem się posłusznie, złożyłem ręce i stałem. Po chwili milczenia wyższy wąsacz powiedział: Gospodarzu, gospodarz prowadzi modlitwę. Czułem jak czerwienieję na twarzy, małe krople potu, o ile istnieje pot w Niebie, pojawiały się na powierzchni mojej skóry, zbierałem myśli. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem: Panie Boże, dziękuje Tobie, że miałem zaszczyt spotkać tych cudownych ludzi i proszę Ciebie, aby nasza znajomość zrodziła się w wielką przyjaźń. Patrzyli na mnie dziwnie, denerwowałem się coraz bardziej, ale próbowałem mówić dalej: Dziękuję również za to, że znalazłem się tutaj i mam nadzieję, że znajomość z tymi cudownymi ludźmi zaowocuje kiedyś…

— Dosyć! — przerwał mi wąsacz, niższy — W jakim katechizmie znalazłeś tę modlitwę, nie istnieje taka! — czułem się jak debil, jak skończony idiota, bezmyślny bałwan.

— Już dobrze, nie strofuj go tak — wtrącił się wyższy wąsacz — Jest tu dopiero kilka godzin.

— Marian, ty mnie tylko nie irytuj! To na Ziemi można było się modlić inaczej? Bronisz go, bo jest krótko? Jak do Nieba trafił, to powinien wiedzieć, że modli się z modlitewnika! Tak, czy nie? No i głupio ci, co?

— Już dobrze, dobrze, ale nie denerwuj się. Ja poprowadzę tę modlitwę — i zaczął mówić jakieś modlitwy z książeczki do nabożeństwa, których ja niestety nie znałem. Po modlitwie usiedliśmy.

Niższy wąsacz, który nazywał się Waldemar, jak się później dowiedziałem, rzucił na ławę książeczkę, naucz się modlitw, powiedział. Potem Marian uśmiechnął się i zaproponował, aby zmienić wreszcie atmosferę, bo jakaś ciężka i nieprzyjemna. Przedstawił się, przedstawił Waldemara i Jerzego, niewąsacza. Mówił, że oni też są bardzo rozrywkowi, to nie tak, że modlimy się od rana do wieczora, żartujemy też czasami… Chcesz usłyszeć najnowszy kawał? Dla ochłonięcia poprosiłem go, by opowiedział. Więc tak, zaczął, co to za święty, dwie głowy, cztery pięty? I spojrzał na mnie z niecierpliwością i skupieniem.

Co to za święty — chodziło mi po głowie — dwie głowy, cztery pięty?… Wydawało mi się, że znałem wszystkich świętych, ale tego… Schowałem głowę w dłoniach… święty… wytężałem umysł… dwie głowy… przypominałem sobie… cztery pięty… ale wreszcie zrezygnowałem. — Nie wiem.

— Święty związek małżeński — buchnął śmiechem Waldemar, reszta też pokładała się ze śmiechu — Święty związek… małżeński… cha, cha, cha, no nie mogę, rozumiesz? Związek małżeński, cha, cha, cha… — walczyłem długo z mimiką twarzy, aby się uśmiechnąć, ale i tak jestem przekonany, że wyszedł mi tylko dziwny grymas, może nie zauważyli tego.

— Może się przejdziemy — zaproponowałem.

Przestali się śmiać i podnieśli się z krzeseł, no to pokażemy ci Niebo…

Było jej gorąco. Ściągnęła ze swojego ciała, wciąż młodego i pięknego, pomiętą kołdrę. Leżał na nim młody chłopiec, może osiemnastoletni. Dziecięce policzki pokryte delikatnym meszkiem spoczywały na jej spoconym, lśniącym, ciałem, które odbijało poranne promienie słońca. Patrzyła na jego powieki, takie delikatne i niewinne. Spał. Drgały nierównomiernie. Oddychał spokojnie. Wyglądał jeszcze młodziej niż zazwyczaj. Myślała o czym śni, może o tej, którą wspominał. Zawsze był smutny, i chyba dlatego uwielbiała go, żaden inny nie był taki jak on. Przychodził zawsze do niej z tymi smutnymi oczami, ustami, siadał na krawędzi łóżka i opowiadał. Prawie zawsze o tej jedynej, której nie ma przy nim, o przepięknej dziewczynie, którą zostawił gdzieś daleko na Ziemi. Potem przytulał się do niej, głaskał ją po jej długich włosach, delikatnie muskał jej ciało, całował subtelnie jej brzuch i powolutku zdejmował sukienkę. Pieścił ją z odrobiną dystansu, całował jej piersi, gładził jej pośladki. Był jak małe, nienasycone stworzenie, które lęka się tego, co robi; małymi kroczkami posuwał się naprzód i to podobało się jej najbardziej. Inni całowali ją energicznie, ściskali mocno jej piersi, penetrowali agresywnie jej kobiecość. Leżąc pod nimi, myślała, że gdyby żyła, sprawiałoby jej to z pewnością ból, ale w gruncie rzeczy było jej to obojętne. Czasami nawet podobało jej się to, ale stokrotnie wolała tego chłopca, którego nikt nie mógł jej zastąpić.

Dotknęła jego włosów, były puszyste, przyjemne w dotyku. Pocałowała go w czoło i mruknął coś przez sen, ale nie obudził się. Głaskała go delikatnie, bo chciała, żeby się wyspał. Minęło sporo czasu, kiedy się przebudził.

— Dzień dobry, jak się spało?

— Witaj, Joanno — uśmiechnął się do niej — Cudownie, jak zwykle z tobą — i pocałował ją w usta. Gdy się budził wstawała zazwyczaj i robiła śniadanie. Zwykle pili tylko zieloną herbatę, tego dnia poprosił jednak jeszcze o bułkę z dżemem.

Po śniadaniu wyszedł. Joanna pocałowała go na pożegnanie, przyjdziesz dzisiaj? — Nie wiem — odpowiedział, po kilku krokach stanął jeszcze w drzwiach, nie odwrócił się, ale rzekł: Kocham cię. Joanna usiadła na skraju łóżka. Ona też go kochała. Myślała o tej żywej dziewczynie, jaką ona jest kobietą? Tyle razy wspominał o niej, a ona nie potrafiła jej sobie wyobrazić. Musiał ją bardzo kochać, pewnie wciąż ją kocha… I zaczęła wspominać swoje życie, życie szare, pozbawione miłości do mężczyzny, czułości, pieszczot. Od najmłodszych lat chciała być posłuszna Bogu, wierzyła, że jest Jego narzędziem, które w Jego imieniu ma wyzwolić Francję z ucisku Anglii. Całe życie walczyła w żelaznej zbroi, siedząc na rumaku, który nie mógł jej ogrzać, jak tego pragnęła, uważała jednak, że czyni dobrze. Poświęcała swoją kobiecość, uważano ją za heretyczkę, pluto na nią, ale ona robiła to w imię miłości do Niego, jedynego Sprawiedliwego i dopięła swego. Posadziła Karola VII na tronie Francji, a w nagrodę spalono ją na stosie. Automatycznie poszła do Piekła, gdzie Bóg osobiście ją przeprosił za wszystkie upokorzenia i cierpienia, których doświadczyła z Jego winy, w zadośćuczynieniu ofiarował jej najpiękniejszy domek. Dopiero wtedy zauważyła ile straciła na Ziemi i zaczęła to nadrabiać. Wreszcie, z rycerza, stała się kobietą, piękną, zmysłową i kochaną.

Dziewica Orleańska — przypomniała sobie i parsknęła śmiechem. Moje przekleństwo.

Ksiądz Borowyk, idąc do Świętego Mateusza, przywołał w pamięci swoje młodzieńcze lata. Ale, chociaż wytężał umysł najbardziej jak mógł, mało wspomnień przychodziło mu do głowy. Pamiętał święcenia kapłańskie, swoich parafian, którzy spowiadali się u niego, kolędy, pogrzeby, pierwsze komunie, swoje kazania, pełne historyjek o miłości, sprawiedliwości, dobroci, pamiętał, jak karcił za złe zachowanie, za grzechy, jak podawał ludziom za przykład świętych. Iluż młodych przygotował do bierzmowania! Zdarzali się jednak tacy, których nie mógł dopuścić do tego najważniejszego sakramentu; nie nauczyli się modlitw, przykazań kościelnych, nie mieli karteczek z dziewięcioma podpisami księży od spowiedzi.

I na tym kończyły się jego wspomnienia, nic więcej nie mógł sobie przypomnieć, chociaż wytężał pamięć. Widział tylko czarną plamę, która zasłaniała całe jego życie. Ta plama wyglądała jednak na jego twór; może sam nie chciał przypominać sobie innych wydarzeń, tych spoza habitu.

Nie pamiętał, na przykład, czasów, kiedy biegał za dziewczynkami w podstawówce i ciągnął je za włosy, kiedy wrzucał za koszule żaby albo chrabąszcze. Nie pamiętał, jak uciekał ze mszy świętej i chodził z kolegami nad jeziorko, aby schowani za krzakami, mogli sobie zapalić papierosa. Miał wtedy dziesięć lat. Za każdym razem mocno się krztusił, ale był twardy i spalał całego papierosa. Potem, kiedy skończył lat trzynaście, oglądali z kolegami gazetki z gołymi kobietami na zdjęciach. Schowani gdzieś w krzakach albo w szkolnej ubikacji śmiali się z tego, z tych zdjęć, chociaż każdy zwiększał swoją objętość nie mówiąc o tym innym. A kiedy tę gazetę wyrzucali, za każdym razem ktoś wracał, żeby patrząc na zdjęcia, czerwienić się na twarzy, pocić, zaciskać zęby, a później smarkać. Tadzio dorastał, ale nie potrafił rozmawiać z dziewczętami i nie mógł sobie znaleźć żadnej, z którą mógłby chodzić, cokolwiek miałoby to oznaczać, tak jak jego koledzy; każdy miał dziewczynę. Pozostało mu więc podglądanie dziewczyn pod prysznicem, a potem mając w pamięci te niewykształcone jeszcze piersi, te pośladki, te kępki włosów, siadał w jakimś miejscu, gdzie nikt nie mógł go dojrzeć i znów się czerwienił, pocił. Potem kładł się na plecy i sapał głośno, popalając papierosa.

Dopiero później dowiedział się, że to grzech, kiedy był u spowiedzi i powiedział swojemu spowiednikowi, co robił. Tamten go okrzyczał, kazał odmówić pokutę zaprzestać tych zabaw. Tadzio też tak uczynił. Chociaż ciężko mu było, kiedy w lato jakaś dziewczyna, kuso ubrana, przechodziła obok niego, i wracał do domu, siadał na kanapie i mówił sobie: Nie, nie, nie… Zagryzał wargi, pięści, i przechodziło mu. Wtedy też nastąpił nawrót w jego życiu, po rekolekcjach pragnął zbliżyć się do Boga. Modlił się kilka razy dziennie, chodził co tydzień do spowiedzi, przestał spotykać się z kolegami, którzy uprawiali nieczystości ze swoimi dziewczynami. Po maturze poszedł do seminarium. Był jednym z najlepszych studentów, poza tym wykładowcy go uwielbiali, bo donosił im, kto z jego kolegów się nie modli, kto pali, kto czyta szatańską literaturę, kto słucha diabelskiej muzyki, kto nie nosi krzyżyka, kto zapomniał różańca, kto zgubił książeczkę, kto poszedł za późno spać, kto za długo myje swoją męskość, której powinni się pozbyć. Tadzio twierdził, i wykładowcy się z nim zgadzali, że ksiądz nie powinien mieć swojej męskości, bo nie jest mężczyzną, a jedynie księdzem, albo AŻ księdzem! Stawał się więc księdzem, jego seks zmniejszał objętość, aż pewnego dnia znikł zupełnie, on sam jadł natomiast coraz więcej i jego brzuch począł rosnąć.

…Tak, lata w seminarium zaczęły się mu przypominać, były piękne, myślał. A potem jeszcze, kiedy zostałem księdzem, moja kampania przeciwko niewiernym… Było to w małej wiosce i mieszkało w niej kilka rodzin, które nie uczęszczały na mszę. Kazałem innym nie odzywać się do nich, przekląłem te rodziny. W sklepach nikt im nic nie sprzedawał, nikt im nic nie pożyczał, a kiedy umarł najstarszy z nich, nie pochowałem go, cha, cha, to było świetne, kazałem wyrzucić go na gnój i wtedy tamte rodziny zaczęły przychodzić do kościoła… Albo tamten chłopiec w tej szkole. Nie chodził na lekcje religii, bo był Żydem, jak cudownie namówiłem jego klasę, by go znienawidziła, obserwowałem, jak po lekcjach go biją, kopią, ale należało mu się, tacy jak on zabili Jezusa…

Stał się dumny, cieszył się, że wyplenił tyle zła z ludzkich serc. Jaśniejszy na twarzy, rozpromieniony, zapukał do drzwi Świętego Mateusza.

Notka z przemyśleń szatana o człowieku:

Człowiek jest postacią dziwną. Zachowuje się bardzo głośno, zakłada na siebie śmieszne materiały, które przedtem długo kroi i szyje. Leje na siebie jakieś fenole, uwielbia miejsca, w których jest mnóstwo takich jak on. Dręczy swoją psychikę odmawiając sobie wszystkiego: nie mogę pić, nie mogę palić, nie mogę czytać jakichś tam książek, nie mogę mówić jakichś wyrazów, nie mogę uprawiać seksu, nie mogę kochać kogoś tej samej płci… albo narzucając sobie dziwne postanowienia: muszę być piękny, wysoki, silny, bogaty, fajny, kul, muszę jeździć szybkim wozem, muszę mieć kilka lasek, zajebiste ciuchy, komórę, złoty łańcuch, muszę być banalny, pospolity, prostolinijny…

Ludzie są głupi — — —

I perwersyjni.

I ciągle mówią „obczaił”!

4.

Szliśmy po jasno oświetlonych drogach, tutaj słońce świeci cały czas, jest ciepło i przyjemnie. W powietrzu roznosi się urzekający zapach kwiatów albo czegoś innego, jednak świeżego i czarującego. Tylko wszędzie te kolejki, prawie przed każdym domem. Czekają na świętych, powiedział mi Waldemar, czasami oni gdzieś znikają i kilka dni nie można się do nich dostać, a nikt nie wie, gdzie są. Staruszki, o zmęczonych twarzach, stały cierpliwie wyczekując, odmawiały różaniec, rozmawiały ze sobą. Dlaczego ci święci im nie pomagają? — pomyślałem.

Powoli zbliżaliśmy się do wielkiego budynku, bogatego, z witrażami, ze złotymi drzwiami, srebrnymi klamkami, pełnego przepychu i kiczu. Zadzwoniły dzwony.

— Mamy szczęście, trafiliśmy na mszę — powiedział Marian.

Weszliśmy do budynku. W ławkach siedziały już staruszki, nieodłącznie z różańcami, modlitewnikami. Czekały na rozpoczęcie mszy, w napięciu, lekkim zdenerwowaniu, ale z uśmiechem na twarzach, cieszyły się, ze mogą tu przebywać, tak blisko Boga, wyczuwało się prawie Jego oddech, bicie serca, Jego obecność.

Usiadłem i spojrzałem na ołtarz. Piękny, bogaty, z wielkim krzyżem. A pod ołtarzem ludzi na kolanach. Klęczeli w obdartych ubraniach, pokaleczeni na ciele, siwi, zmęczeni, spracowani. Ich twarze były wyczerpane, zniszczone, tak wychudzone, że przy małym świetle zdawać by się mogło, że to same czaszki, pełne zmarszczek, blizn, żalu… Wychudzeni i zmarnowani, niczym więźniowie obozów koncentracyjnych, cienie ludzi, wraki, martwe dusze…

Pomyślałem, że mogą to być męczennicy, którzy po śmierci nadal umartwiają się dla Boga, bo tak to pokochali, ale jeden odwrócił w tym momencie twarz do mnie. Przejrzałem się w jego oczach, zakrwawionych, nienawidzących. Był już siwy, łysawy i zniszczony, ale poznałem go; ten sam wąsik po nosem, choć już biały, szpakowata grzywka opadająca na lewą część twarzy, te brwi dowódcy, wodza, führera, duche… Potem drugi, również wąs, bardziej bujny, duży nos, bolszewicki…

— To grzesznicy — powiedział Marian — których Szatan przysłał na resocjalizację do Nieba; sataniści, pedofile, mordercy, gwałciciele… Od rana do wieczora klęczą w tych kajdanach przed obrazem i muszą się modlić, ale i tak nigdy z tego nie wyjdą…

Na ołtarz wyszedł ksiądz Borowyk. Ja nie mogłem jednak patrzeć na te biedne, wymęczone osoby; wiedziałem, że to mordercy, że tyle zła, ile oni wyrządzili, nie wyrządził nikt inny, ale nie mogłem… żal był silniejszy, nie mogłem na nich patrzeć. Więc tak wygląda życie, jeżeli się grzeszyło — myślałem. Ksiądz odmawiał mszę, zdawało się, że nikt, poza mną, nie zdaje sobie sprawy z obecności tych ludzi. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Staruszki szły do komunii, potykały się prawie o więźniów i nic… Pewnie się już przyzwyczaiły. Ja nadal nie mogłem patrzeć przed siebie… Płakałem, oczy, jeżeli je posiadam, miałem szczelnie zamknięte.

— Podnieś wzrok! — powiedział do mnie Waldemar — Co ty sobie myślisz, że gdzie ty jesteś, na krzyż patrz, na ołtarz, tam jest żywy Bóg, w hostii…

Z wielkimi oporami spojrzałem na ołtarz, po więźniach przeleciałem najszybciej jak mogłem, żeby nie patrzeć na nich… Wiedzą teraz, jak czuje się człowiek pogardzany, zakuty, poniżany. — — —

…Czemu nie ma ich w piekle?! — — —

Po mszy zapytałem się Mariana.

— Dokładnie to sam nie wiem… To było jakoś tak, że Święty Piotr nam powiedział, że oni tu za karę, dla resocjalizacji, żeby wiedzieli jak to jest. W takim razie ja nie rozumiem czemu inni grzesznicy z piekła nie zostali tu przysłani, bo rozumiesz, grzech to grzech, i czy się jest Hitlerem, czy się czytało Umberto Eco, to kara jednakowa się należy, prawda?

— Nie wiem…

— Ależ tak. Nie ważne zresztą. Jak już wspomniałem są tu za karę, chociaż nie wiem jaka to kara, bo na początku, to Święty Piotr nam kazał ich w klatce trzymać, ale to była wielka klatka, więc co to za kara? Że na mszy siedzą? To przywilej przecie… My chcieliśmy, żeby nie mogli siedzieć na mszy, ale Święty Piotr powiedział: „Tak ma być!”, to myśmy musieli tak zrobić, jak powiedział. No, a potem to ich w łańcuchy zakuliśmy, bo trzy petycje napisaliśmy aż nam pozwolili… I tak oto siedzą sobie.

— Ciekawe… — bałem się ich, nie tych przed ołtarzem, w kajdanach, ale Waldemara, Marina, Jerzego, księdza Borowyka, staruszek… — Ależ przyjaciele, ja muszę się położyć, bo już późno, jestem zmęczony… — powiedziałem szybko i pożegnałem się z nimi.

Do jutra, tak, do jutra.

Bałem się. Kiedy znalazłem się w domu, zamknąłem dokładnie drzwi, okna i położyłem się w łóżku zaciągając kołdrę na głowę. Oni są nienormalni, myślałem, fanatycy jacyś, niebezpieczni ludzie, zboczeńcy religijny… Słyszałem moje serce, puk-puk, puk-puk, puk-puk, jeszcze nigdy nie waliło tak głośno, jeszcze nigdy się tak nie bałem. Do koncertu dołączyły zęby, które zgrzytały, uderzając jedne o drugie, kości mi drżały wywołując jeszcze inne dźwięki; to jak koncert jazzowy, szatańska muzyka — próbowałem się roześmiać, ale mój dowcip wprowadził mnie w jeszcze głębsze otchłanie strachu…

I wtedy stwierdziłem, że uciekać trzeba…

Święty Antoni siedział przy biurku zakopany stertą papierów. Wypisywał na klawiaturze laptopa jakieś dane, weryfikował, przeglądał kartki, sprawdzał coś na mapie. Był już zmęczony. Przeciągnął się i sięgnął do szuflady po papierosa. Zapalił i spojrzał gdzieś w dal widząc siebie na plaży, opalającego się na słońcu, z kuflem zimnego piwa, z delikatną pianką, złocistego, które przepuszcza jasne promienie słońca, gorzkiego i orzeźwiającego, a pod nim ciepły piasek, w oddali szum morza, głosy bawiących się dzieci…

— I kobiety pod twoim spoconym ciałem — przerwał mu przenikliwy głos.

Święty Antoni wyprostował się i wyjrzał znad sterty kartek; przed nim stał Szatan i uśmiechał się podejrzliwie.

— Ach, to tylko ty — powiedział Antoni — Co cię do mnie sprowadza?

— Nic specjalnego… Tomasz z Akwinu mówił, że tu jesteś i pracujesz, więc postanowiłem wpaść, zapytać, co słychać.

— Jak widzisz, całe ręce roboty i ani chwili wytchnienia…

— Powinieneś zrobić sobie przerwę, to nie jest tylko moje zdanie, bo Bóg uważa podobnie. Ty całymi dniami pracujesz, nikt chyba tyle nie robi, co ty.

— Mam dużo pracy. Wszystkie staruszki z Ziemi modlą się do mnie o pomoc, te dewoty z Nieba też nie dają mi ani chwili wytchnienia…

— Poradzą sobie, a jak nie to nie! Chodź, idziemy poszaleć! Nic się nie stanie, jeżeli Święty Antoni zrobi sobie raz przerwę. No nie daj się prosić… No?

— Na Ziemi mają rację: jesteś strasznym kusicielem, nie dziwię się, czemu ciebie tam obarczają za swoją głupotę.

I roześmiali się serdecznie dwaj starzy przyjaciele, a Święty Antoni wstał i poszedł za Szatanem.

Do drzwi Świętego Mateusza ktoś zapukał. Tamten odłożył książkę; „O powstaniu gatunków” Darwina; i poszedł otworzyć.

— Święty Mateuszu — zaczął bez żadnych wstępów, bez podania ręki czy ukłonu, ksiądz Borowyk — to niedorzeczne, musiało nastąpić jakieś nieporozumienie, dlaczego tamten człowiek trafił do Nieba, proszę mi to wyjaśnić, bo nie wierzę w jego naprawę i może on skończyć jak ci inni z Piekła, czyli zakuty w kajdanach, jak ci inni kryminaliści, przecież takie osoby w Niebie, nie, to jest nie do wiary, żądam jakichś wyjaśnień!

— Dzień dobry — odpowiedział Święty Mateusz tonem spokojnym i zrównoważonym — Nie chciałby ksiądz usiąść? Może herbatki? Właśnie szedłem sobie zaparzyć. Proszę, niech ksiądz spocznie, porozmawiamy spokojnie, bez nerwów.

— Dobrze, dziękuje, przepraszam, ale wie święty, to przecież…

— Tak, tak, za chwilę porozmawiamy.

Ksiądz zauważył książkę na stole, podniósł ją, ale za moment z obrzydzeniem rzucił na podłogę. Mateusz podbiegł szybko, zabrał ją i wrzucił do szafki. Hm, odchrząknął w lekkim zaniepokojeniu, ale błyskawicznie odpowiedział: Miałem ją właśnie spalić i uśmiechnął się. A ja już myślałem, że tu takie herezje, odpowiedział nie mniej zmieszany ksiądz Borowyk i też próbował się uśmiechnąć.

Święty Mateusz zaparzył herbatę i usiadł naprzeciwko księdza, na swojej starej, lekko startej kanapie. W pokoju panował półmrok, żaluzje były pozasłaniane, a jedyna lampka, która się paliła, była już na wyczerpaniu. Ksiądz siadał z odrobiną obrzydzenia, ręce trzymał przy sobie. Jak można żyć w czymś takim? — zapytał sam siebie, ale Święty i tak słyszał, zawsze czytał w myślach i też dlatego wiedział, co się dzieje w Niebie. Wiedział także jak rozmawiać z księdzem i innymi mieszkańcami, nigdy nie byli dla niego tajemnicą. O Zygfrydzie również wiedział.

— Co ja mam zrobić z tym człowiekiem, Święty Mateuszu?

— Księże, chętnie bym pomógł, ale w tej chwili nie mam najmniejszego pomysłu.

— Może jednak go do tych pod ołtarzem, w kajdany i po sprawie…

— Nie, nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł. Proponuję, aby ksiądz poczekał cierpliwie, a ja coś wykombinuję, tak, żeby każdy był zadowolony.

— No, niech będzie, ale żeby najmniej był zadowolony Zygfryd.

— Tak, postaram się.

Odprowadził księdza do drzwi i wrócił do swojej lektury.

Epilog

Zdjąłem kołdrę z głowy… naokoło panowała cisza, głucha i przeraźliwa… Nasłuchiwałem, ale chyba nikogo pod mymi drzwiami nie było… powoli zbliżałem się do drzwi, nie zapaliłem światła… Wzrok wolno przyzwyczajał się do nieskończonych ciemności, jakie panowały w moim mieszkaniu, bo już zapadła noc, a noc jest najlepszym czasem na ucieczki… byłem już przy drzwiach… odetchnąłem głęboko i złapałem za klamkę… i wtedy jak grom z jasnego nieba uderzyło we mnie siłą tysiąca słoni światło!

Bo, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem, w Niebie światłość nigdy nie ustępuje.

Kiedy przyzwyczaiłem wzrok do jasności, ujrzałem setki dewotów i dewotek, z pochodniami i widłami, i usłyszałem: To nie nasz, to grzesznik, zakuć go, spalić, niech cierpi!

Patrzyli na mnie jak wygłodniałe wilki na samotną gęś, potem wydały głośny krzyk, prawie bojowy, podjudzający do walki. Zaczęły krzyczeć i tupać. Nad nimi wyrosła ambona, i stanął na niej ksiądz Borowyk skąpany w promieniach słonecznych, wyprostowany, z wyciągniętą prawą ręką i palcem wskazującym skierowanym na mnie. Jego oblicze w słońcu, prawdziwy dowódca, pasterz swoich owiec. Krzyknął. Jakieś hasło, głoskę, a wtedy rzuciły się staruszki z głośnym rykiem. Setki staruszek z wyszczerzonymi zębami, ostrymi paznokciami, już starymi, żółtymi, porośniętymi grzybem, z oczami, które zaszły krwią, nienawiścią, a za nimi Waldemar, Marian, Jerzy, wielkie posągi z rękoma, które wyglądają jak młoty kowalskie, wszyscy toczący pianę z ust, biegnący na mnie, biegnący coraz szybciej. I ksiądz Borowyk na ambonie.

Zamknąłem szybko drzwi, zaryglowałem, ale wiedziałem, że nie wytrzymają długo, oni napierali, a z nimi była nienawiść i pragnienie krwi, przed tym nie da się uchronić. Chciałem się schować, uciec, a jedynym miejscem, które wydawało mi się bezpieczne, była piwnica. Piwnice są ciemne, wilgotne i przyjemne, nie są skąpane rażącym światłem. Pobiegłem więc do piwnicy, zaryglowałem także te drzwi, ale nie wiedziałem co dalej, jak długo tu wytrzymam i dostrzegłem szafkę z konfiturami, która była odsunięta od ściany i ukazywała ziejący ciemnością otwór, z którego dochodził zapach pieczeni.

© 2006 Gautama de Mazan

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > I stworzył Bóg człowieka…

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski