Dwa rzędy zapuszczonych domków jednorodzinnych rzucają posępne spojrzenia na wąską ulicę Kazimierza Wielkiego, która opada lekko w dół aż do Wisły, gdzie bezdomni mają swoje meliny. Przed domami siedzą starcy o szarych twarzach, ze zmarszczkami wypełnionymi warstwą kurzu, wygrzewają się leniwie na słońcu i piją tanie wino. Ich puste, suche oczy obserwują każdy mój ruch.
Ciarki mnie przechodzą, kiedy słyszę skrzek wron i stłumione, odbijające się echem ujadanie psów. Gdyby nie brudne dzieci, kopiące między starcami piłkę, myślałbym, że to wymarła dzielnica, przedsionek piekła.
Kilku chudych, obszarpanych mężczyzn opróżnia pod sklepem spożywczym karton wina. Ci też patrzą na mnie, jak gdyby nigdy nie widzieli człowieka. Żółtozębny pijak pluje smarkami na ziemię i wyciera usta rękawem, nie spuszczając ze mnie oczu, bezrobotny pasożyt, myślę, przestępca, na którego utrzymanie muszę płacić podatki.
Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że tu może być aż tak niebezpiecznie i dopiero teraz dostrzegam dwunastoletniego smarkacza ze śmierdzącym, tanim papierosem w ustach, który obserwuje mój zegarek. Jak podleci, a ja mu go nie oddam, zwoła kilku z jego kilkunastu braci i wywiozą mnie stąd w plastikowym worku.
Żałuję, że tu przyszedłem, ale nie mogę zawrócić, bo puściliby się za mną jak żarłoczne psy, które wyczuwają strach. Ciągnę więc dalej moją walizkę, pewnie, ale ostrożnie do domu kuzyna. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Odkąd wyprowadził się od swoich rodziców, nie odwiedzałem go. Nie miałem takiej potrzeby i starałem się go unikać. Tylko obowiązkowe świąteczne kolacje u dziadków zmuszały mnie do widywania go od czasu do czasu.
Już tęsknie do mojego osiedla mieszkaniowego, porządnego i odgrodzonego od plebsu płotem. Wszędzie kamery i alarmy, i ochroniarze, którzy uniemożliwiają wtargnięciu na nasz teren komuś nieodpowiedniemu. Każdy jest sprawdzany; żadna hołota nie panoszy się po osiedlu, nie ma brudu i śmieci, nie ma meneli pod sklepami i dzieciaków hałasujących po dwudziestej. W ogóle dzieci są tam grzeczniejsze niż gdziekolwiek, zawsze czyste i schludnie ubrane, wiedzą, że nie należy taplać się w błocie, oblewać się wodą, biegać i wygłupiać.
Wreszcie docieram do zapadającego się domu kuzyna. Ściany pokrywa zżółkły tynk, śmierdzi nadgniłymi framugami okien i zgnilizną podłóg. Dach był wielokrotnie łatany, różnokolorowymi dachówkami i kawałkami blachy. Oni na pewno nie pożyczą mi pieniędzy…, a jednak przeciskam się przez zardzewiałą furtkę i ruszam po brudnym chodniku, wśród chaotycznych fal niestrzyżonej trawy.
Między domkiem a szopą siedzi małe, brudne dziecko z burzą kędzierzawych włosów Alberta. Kopie w błocie jakieś kanały i przelewa wiaderkiem brudną wodę z jednej kałuży do drugiej. Podrywa nagle głowę i wbija we mnie spojrzenie, parę ślicznych, prawie czarnych oczu Beaty. Mateusz, mój chrześniak. Patrzy ze zdziwieniem i pyta: Kto ty? i marszczy brwi, jakby mi się uważnie przyglądał, i zanim zastanowiłem się, co powiedzieć, słyszę swój głos: Jestem twoim wujkiem. Mały uśmiecha się, podnosi do góry wiaderko i mówi: Buduję rzekę, żeby statki na niej pływały, a masz dla mnie statek? Kręcę przecząco głową, nie, a są twoi rodzice?
— A czemu nie masz?
Uśmiecham się i każę chwilę poczekać, sam się sobie dziwię, i wyciągam z walizki kawałek papieru, mały przygląda mi się uważnie, składam kartkę kilka razy i podaję mu papierowy stateczek. Jego źrenice się rozszerzają, podrywa się, wyrywa mi zabawkę i biegnie do domu: Patrz, mamo, patrz, wujek zrobił mi statek!
Wchodzę za małym do ciemnego mieszkania, wycieram buty i czuję duszny zapach jakiejś zupy — nie znoszę smrodu jedzenia i dlatego nigdy nie gotowałem w domu.
Żałuję, że tu przyszedłem. Z głębi domu dobiega mnie głos Beaty, jaki wujek? i jej kroki. Czekam na nią, staram ją sobie wyobrazić, zmieniła się? Zarazem boję się jej wzroku, boję się powiedzieć, dlaczego tu jestem, boję się odmowy. A nie wiem, gdzie wtedy pójdę. Moi przyjaciele przestali nimi być, kiedy straciłem pieniądze.
Od kiedy nie było mnie stać na drinki, karty wejściowe do klubów, grę w golfa i pokera w kasynie, odwrócili się ode mnie. Nie mam i nie miałem im tego za złe — biedaka nie stać na przyjaźnie, kiedy miałem jeszcze pieniądze, tak samo postępowałem. Gdy ktoś z otoczenia plajtował, odsuwałem się od niego, wszyscy się odsuwaliśmy.
Nie zmieniła się wiele, pozostały jej jeszcze piękne rysy, lekko naruszone ledwo dostrzegalnymi zmarszczkami. Jednak włosy jej zmatowiały, widać, że nie ma tyle czasu na ich pielęgnację, i ubranie, nie to, co kiedyś. Identyczne rozwarcie źrenic jak u małego, uśmiech, jej białe zęby teraz już kremowe. Rafał! rzuca mi się na szyję, Rafał, co ty tu robisz? Mogłeś zadzwonić, uprzedzić nas, że przyjdzie, bym coś przygotowała specjalnego dla ciebie, a tak mam tylko bigos. Zjesz z nami obiad? No chodź, wchodź, przepraszam, że do kuchni, ale muszę skończyć obiad, no wchodź, nie zdejmuj butów, Mateusz, nie kręć mi się pod nogami, tak, ładny stateczek wujek ci dał. Siadaj tu, zaraz wytrę blat, no siadaj, nie krepuj się, zachowujesz się jak małe dziecko u dentysty. Boże, co cię do nas sprowadza, tak długo cię nie widzieliśmy…
Od śmierci babci. Dwa, trzy lata? Wchodzimy do kuchni, jest ciasna i ciemna, jak wszystko w tym domu, nawet stół się nie mieści, ale wisi duszny zapach kiszonej kapusty. Siadam na taborecie obok lodówki i czuję drżenie kolan, co mam powiedzieć? Z tą walizką czuję się głupio.
Beata podsuwa mi paczkę papierosów, nie znam marki, ale biorę, żeby zagłuszyć milczenie. Dym gryzie mnie w język i śmierdzi. Paliłem tylko Marlboro light, ten papieros jest mocny i robiony z najgorszej jakości tytoniu. Źle mi się robi, duszno, kręci mi się w głowie. Beata soi oparta o kuchenkę gazową, ręce ma założone i przygląda mi się spod kłębów dymu, i dopiero teraz uświadamiam sobie, że siedzę w garniturze za pięć tysięcy, że mam zegarek za cztery i palę najgorsze ścierwo, jakie kiedykolwiek miałem w ustach, i że przychodzę o pomoc do ludzi, których cały dobytek jest mniej wart niż to, co ja mam na sobie.
Czy ona widzi przed sobą nadzianego faceta, sztywnego burżuja, który szasta pieniędzmi na lewo i prawo, który ubiera się w drogie ciuchy i rozbija drogim autem, żeby się pokazać? Zawsze miałem takie wrażenie, spotykając się z nią czy z Albertem. Ludzie ich pokroju nie potrafią zrozumieć, że mój zegarek, garnitur czy buty to niezbędne w mojej prace atrybuty. Nie mógłbym chodzić ubrany jak oni, w ciuchach z rynku albo z lumpeksu. Nikt nie brałby mnie poważnie, gdybym nosił zegarek robiony fabrycznie. Biedni ludzie nie rozumieją bólu i trosk ludzi bogatych, nie rozumieją, że nie mógłbym mieć w mieszkaniu taniej reprodukcji czy obrazu, którego nie zarekomenduje jakiś znawca, że nie mogę kupić sobie nieporcelanowych filiżanek, że nie mogę przyjmować gości, nie kładąc na stole niesrebrnych lub niezłotych sztućców. Oni nie znają tych trosk, oni mogą pozwolić sobie na kicz i tandetę, na niedomyte paznokcie, na kapustę kiszoną zamiast homara, ja nie.
— Może jednak coś zjesz? — mówi wreszcie. — Robię ogórkową, naprawdę dobrą, ale mam jeszcze ciepły bigos i golonkę — Dziękuję, choć umieram z głodu.
— Żałuj, bo bardzo dobre — A mi przewraca się w żołądku. — Ale jak będziesz głodny, to się nie krępuj, wołaj, a ja zaraz ci podgrzeję — Odwraca się do mnie plecami, miesza zupę i smakuje ją. — Wiesz, że Mateuszek umie już liczyć? Ma dopiero cztery latka, ale nieźle sobie radzi. I angielskiego się uczy… — Nudzi mnie opowieściami o Mateuszu, a ja zaczynam czekać na moment, w którym będę mógł się pożegnać, bo zrezygnowałem z prośby o pożyczkę.
— Albert kiedy wraca?
— Niedługo powinien być. Ucieszy cię, jak cię zobaczy. Napijemy się, jak za starych dobrych czasów, co? Na ile przyjechałeś?
— Na chwilę, tak wpaść, zobaczyć, co u was słychać… — Spojrzała na walizkę.
— A co u twojej żony?
— Rozeszliśmy się … — Cholera, po co ja to mówię?
— O mój Boże! A co się stało?
Obawiałem się takiej reakcji, pełnej współczucia i chęci pocieszenia. Całkiem niepotrzebnie, bo tak naprawdę mam jej dość, mojej żony, i ucieszyłem się, że mnie zostawiła. Szkoda tylko, że odeszła z moim przyjacielem.
— Ale szczerze ci powiem, cieszy mnie to, że się rozstaliście, naprawdę. Przepraszam, jeśli brzmi to pretensjonalnie, ale nie pasowaliście do siebie.
— Nie ma sprawy — Beata jest pierwszą osobą, która powiedziała mi to, co myśli. Kumple, którzy obmacywali moją żonę na imprezach, kiedy myśleli, że ja nie widzę, a nawet ci, którzy sypiali z nią, myśląc, że o tym nie wiem, pocieszali mnie i żałowali. — Szczerze powiedziawszy też się cieszę — Poznaliśmy się, kiedy ja byłem na piątym roku studiów, studiowałem ekonomię, ona ochronę środowiska i była modelką. Kiedy dostałem pracę, zaczęła się wypytywać o ślub, a ja się zgodziłem, bo była piękną kobietą, najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek poznałem, świetnie prezentowała się przy moim boku, była moją wizytówką, choć głupią jak but.
Nasz ślub był całkiem inny, niż typowo polski ślub Alberta i Beaty w remizie strażackiej, gdzie podano najpierw rosół, potem dewolaje, przesolone kotlety schabowe, przypalone klopsy, suche ziemniaki, wyschłe surówki, ciasto i wreszcie litry spirytusu. Tańce, pijani wujkowie, podpite babcie, ciotki, śmiechy, tańce, muzykanci z remizy, tańce, spirytus, śmiech, tańce i wujkowie, którzy do poprawin nie zdążyli wytrzeźwieć i znów pili, i śmiali się i tańczyli, a małe dzieci biegały wokół, też tańczyły, z babciami i ciotkami, biegały wokół remizy, goniły się, bawiły w szukanego, śmiały się, i Beata, taka radosna, uśmiechnięta, szczęśliwa, i Albert dumny, z czerwonymi uszami i rozciągniętym między nimi uśmiechem, rozpiętą pod szyją koszulą, i podpita orkiestra strażacka, i taniec, i ja obejmujący Alberta i Beatę, kocham was, jak się cieszę, że jesteście ze sobą, jak dobrze, że was znam, jak dobrze się z wami czuje, i śmiechy, i tańce.
— — — dobrze się bawiłem na waszym weselu. Ale czy to możliwe, żeby na polskiej pijackiej imprezie, bez małż, kawioru i homarów, mogło się podobać?
Nasz ślub był wykwintny i elegancki, bez pijaństwa, bez szaleństw. Zaproszeni byli tylko najbliżsi, najbogatsi. Upierałem się, by Beata i Albert też mogli przyjść, choć żona tego nie chciała, kuzyn to za daleka rodzina, a bogaci to na pewno nie są, mówiła. Czy to wtedy stwierdziłem, że Albert jest z innej bajki? Czy to było wtedy, kiedy w najznakomitszej restauracji w mieście Albert nie wiedział, od której pary sztućców zacząć? kiedy zadał idiotyczne pytanie, dlaczego widelec do sałaty jest schłodzony? Widziałem jak się męczy i chyba wtedy zrozumiałem, że żyjemy w innych światach.
— Chodźmy do pokoju — mówi Beata i woła Mateusza. Mały przybiega, wskakuje mamie na kolana i patrzy w telewizor. Ona go karmi. Je, mówiąc coś od czasu do czasu, wskazując palcem na ekran, kręcąc głową, już nie chcę, jeszcze troszkę, no jeszcze dwie łyżeczki, za mamusię, za tatusia, za wujka. Wreszcie wciska mu ostatnią łyżkę, mały się podrywa i wybiega z pokoju. Patrzę za nim chwilę i słyszę Beatę — Rafał, znamy się od lat, prawda? — zaczyna tak, jak zaczyna się każdą trudną rozmowę. — Poznaliśmy się jak miałam piętnaście lat. Boże, to już chyba z tuzin lat…
— Czternaście…
— Czternaście… Prawie połowa naszego życia… Zmieniłeś się. Prawie wcale cię nie poznaję. A od kiedy się ożeniłeś, nie rozmawialiśmy nawet chwilę szczerzej. Tylko u babci na rodzinnych spotkaniach prowadziliśmy grzecznościowe, płytkie rozmowy, których równie dobrze nie musiałoby wcale być… Piszesz jeszcze?
Śmieję się. To było piękne, patetyczne i ckliwe. — Nie, nie piszę — Zarazem miłe, pełne zapału, jakby krótka podróż do przeszłości, kiedy pisałem opowiadania, powrót do czasu, kiedy marzyłem, aby zostać pisarzem. — Nie piszę, bo nie mam na to czasu. To był piękny okres, ile miałem lat? szesnaście, siedemnaście? Przecież po drzewach też już nie biegam…
I nagle otwierają się drzwi w przedpokoju i widzę dziada, w obdartych ciuchach, brudnego, starego pijaka, który się do mnie uśmiecha bezzębnie. A Beata też się do niego uśmiecha i woła: Cześć! Albert? Nie, to nie może być on! Bierze z szafki jakiś klucz i wychodzi na zewnątrz.
— Kto to?
— To Eugeniusz, bezdomny, który u nas mieszka. To znaczy w tamtej przybudówce.
— Przecież są przytułki dla takich jak on. Niech tam łazi i w ogóle…
— Rafał, przestań. Przecież to człowiek, jak ma okazję mieszkać u nas, to po co ma łazić po przytułkach?
— A jak was kiedyś okradnie, pozabija? — Idzie przez podwórko, macha do Mateuszka i wchodzi do przybudówki. Przez jej brudne okno widzę, jak się myje w misce.
— Za dużo telewizji, zdecydowanie za dużo…
— Z takimi, to nigdy nic nie wiadomo…
— Jasne… — Stanęła w drzwiach wejściowych i krzyczy: Panie Eugeniusz, może zupki ogórkowej?
— Bardzo chętnie, Bóg zapłać.
— Kuzyn! — wszedł Albert, zdawał się być uradowany moim widokiem i zaraz wziął mnie w ramiona. — Ale nam zrobiłeś niespodziankę! Przyjechał z wielkiego miasta na przedmieście, przyjechał nas odwiedzić!
— Ja tylko na chwilę…
— On twierdzi, że na chwilę. Spaceruje bez żony, za to z walizką po mieście i twierdzi, że na chwilę.
— Żona cię wywaliła z chałupy? A to ci dopiero… — Albert się śmieje i klepie mnie po ramieniu. — Idę się wykąpać, a ty pobiegnij do sklepu po jakieś piwka czy flaszkę — wyciąga z kieszeni dwa zgniecione banknoty dwudziestozłotowe i wciska mi w rękę.
— Ale Albert, ja naprawdę na chwilę…
— Lepiej piwa, nie mam ochoty na wódkę. Zimne piwa.
— Ale…
— Tak — mówi Beata — zimne piwka. Biegnij do sklepu, a ja zrobię Albertowi jedzenie.
— No dobra, pójdę, ale sam zapłacę.
— Płać, zabrania ci kto?
Idę z ostatnimi moimi pieniędzmi, dwieście złotych, może jeszcze jakieś grosze i uświadamiam sobie, że pierwszy raz od czasów młodości trzymam pieniądze, które mają konkretną wartość. Dla mnie stały się pojęciem, sumą — jedne brzmiały poważnie, inne śmiesznie: garnitur za pięć tysięcy złotych, ale równie dobrze mógłby być za siedem, za dziesięć. Garnitur za pięćset złotych był czymś niepoważnym, czymś, czego byłbym się wstydził. Samochód, taki a taki, bo mi się spodobał, bo ktoś mi polecił, oryginalne obrazy, żeby tandety nie mieć w domu, obrazy tylko znanych i docenianych, nawet, jeśli mi osobiście się nie podobały.
A teraz trzymam konkretne pieniądze, takie, jakie przynoszą zwykli zjadacze chleba, które po ciężkiej harówce kładzie się na stół, przed całą rodziną. Patrzy się na nie i nie widzi się banknotów, tylko rzeczy, które za to można kupić, chleb, mleko, masło, przybory szkolne, czasem przyjemności, telewizja, raz w miesiącu kino, jakąś zabawkę dla dziecka… I kilka groszy na czarną godzinę, nie daj Boże ktoś zachoruje, coś się zepsuje…
Usiedliśmy w ich dużym pokoju, Albert je, a Mateusz bawi się klockami na dywanie, potem coś rysuje i mi każe też rysować, wtula się w rodziców i ogląda telewizję, a my ze sobą rozmawiamy. Wychowanie fizyczne w gimnazjum, zawsze chciał to robić, tak mówi. Praca nie taka ciężka, pracuje do czternastej; we wtorki i czwartki popołudniami rehabilituje, a piątki wolne. Jasne, że mógłby brać nadgodziny, ale po co? Dobrze mu z tym, co ma. Zresztą Mateusza trzeba pilnować, a Beata też pracuje. Na policji. Archiwizacja, spisywanie zeznań, odbieranie telefonów, wysyłanie faksów. Dzielą obowiązki, zajmują się dziećmi.
Obserwuję ich pokój, papierowe tapety, zniszczone meble, wytarte fotele, pamiętam, kiedy z rodzicami mieszkaliśmy w podobnych warunkach. Też mieliśmy tanie, papierowe tapety na ścianach, meblościankę w pokoju, firany, wersalki, wykładziny na podłogach, a w kuchni linoleum. Ale tylko jak byłem malutki, kiedy ustrój nie pozwalał się wybić handlowcom, przedsiębiorcom, jakim był mój ojciec, dopiero po przewrocie rozkręcił interes i już przed zburzeniem muru w Berlinie, zarabiał prawdziwe pieniądze.
Przeprowadziliśmy się do większego, droższego mieszkania, z parkietem, boazerią, otynkowanymi ścianami. Kupiliśmy sobie drogie meble i łóżka, wykafelkowaliśmy kuchnię i urządziliśmy łazienkę — od tego czasu mam pewne wyobrażenie o łazience, a jeśli któryś z hoteli, w którym mieszkam, nie spełnia tego wyobrażenia, to wyprowadzam się od razu. Łazienka powinna być dość duża, jasna, nieskazitelnie czysta i wyłożona kafelkami, powinna mieć duże lustra, z takim oświetleniem, żebym dobrze mógł widzieć swoją twarz.
Stojąc nad kiblem, w małej, ciasnej łazience u Alberta, czuję niesmak. Żyją jak zwierzęta. W lustrze zmęczona twarz, kiepsko oświetlona, wory pod oczami, pojedyncze siwe włosy. Czy ja siebie nienawidzę?
Jestem pijany. Chyba dopiero teraz uświadamiam sobie swoje położenie. Ja naprawdę nie mam pieniędzy, oprócz niecałych stu pięćdziesięciu złotych. Nie mam gdzie mieszkać i nie mam nikogo, do kogo mógłbym się zwrócić o pomoc. A jednak czuję się dobrze, czuję się szczęśliwy.
Nie tęskniłem nigdy za żoną, a teraz nawet poczułem, że pozbyłem się natarczywego balastu, niestety, razem z pieniędzmi. Pierwszy tydzień było ciężko, bo dom był nieznośnie cichy i pusty, puszczałem na głos muzykę, telewizor i piłem, ale dla zasady, nie z żalu, dopiero teraz sobie to uświadamiam.
Każdy nasz dzień przypominał poprzedni i nadchodzący. Wstawaliśmy rano, około ósmej, jedliśmy wspólnie śniadanie, ja czytałem gazetę, ona jakieś kolorowe pismo. Jedliśmy płatki kukurydziane z mlekiem, pomarańczę, coś zielonego, chrupki chleb z masłem i filiżankę kawy. Odzywaliśmy się rzadko do siebie, znad gazety, nie patrząc sobie w oczy, półsłówkami: Jemy dziś wspólnie lunch? Jesteśmy umówieni z moim szefem na kolację.
Ja pracowałem w poważnym biurze, ona chodziła na zakupy. Wcześniej była modelką, teraz moją wizytówką. Miała uśmiechać się do moich klientów, wdzięczyć się…
Wracałem po dwudziestej, ona oglądała jakiś serial, jedliśmy kolację. Jedliśmy tylko i wyłącznie zdrowo, inne możliwości nie wchodziły w rachubę; żadnych przysmażanych ziemniaków na oleju, żadnych panierowanych kotletów, żadnej pizzy.
Kochaliśmy się mało namiętnie i też nie codziennie.
Potem oświadczyła nagle, że mnie opuszcza, że sprawa rozwodowa jest w toku. Zadzwoniłem więc do mojego przyjaciela, adwokata, chciałem zedrzeć się z niej ile się da, zresztą ja na wszystko zarabiałem, ale przyjaciel nie mógł mi pomóc. Reprezentował ją. Posuwał ją. Do niego odchodziła i ze mnie zdarli ile się dało.
— Tacy ludzie — mówił Eugeniusz kilka dni później, kiedy z nim rozmawiałem, kiedy zaakceptowałem go i zrozumiałem, że jest człowiekiem. I skończył podobnie jak ja. On zaczął od filozofii, ale po roku stwierdził, że to nie to, potem socjologię, którą też odrzucił, aż zaczął pracować i studiować zaocznie ekonomię. Przed zakończeniem studiów założył już własną firmę.
— To były czasy, kiedy w modę dopiero wchodziły okna plastikowe. Miałem zamówienia, zatrudniałem kilku pracowników, ale kiedy zaczęły się ostateczne walki o rynek, umarł mi ojciec, a matka tak za nim tęskniła, że popadała w paranoję. Budziła się w nocy i płakała, wołała go do siebie. Dniami zaczynała z nim rozmawiać, przestała zdawać sobie sprawę, który jest rok, powracała do przeszłości, pytała o wujków i ciotki, którzy dawno pomarli. W tym czasie klienci zaczęli zwlekać z płatnościami, przesuwali je, bo nie mieli gotówki, a bez gotówki nie mogłem kupić materiałów na inne zamówienia, i nie mogłem zapłacić pracownikom, ale oni trwali ze mną prawie do końca.
Matka wreszcie też umarła. Firma splajtowała. Żaden bank nie chciał dać kredytu. Zjawili się komornicy. I Eugeniusz przyszedł tutaj.
Zapytany kiedyś przez ojca, kim mam zamiar zostać, odpowiedziałem bez wahania, w ten naiwny, dziecinny sposób: pisarzem. Nie miałem wtedy pojęcia, że to zawód bez perspektyw, że pisarze umierają z głodu, nie mogą pozwolić sobie na takie niezbędne rzeczy, jak mercedes, stumetrowe mieszkanie na bezpiecznym osiedlu, bilety samolotowe pierwszej klasy, kilkugwiazdkowe hotele…
Rodzice jednak byli wtedy dla mnie bardzo wyrozumiali: Chcesz być pisarzem? Jeśli sobie tego życzysz, proszę bardzo. Pokaż nam tylko, że rzeczywiście potrafisz pisać, że zachwycisz swoimi dziełami wydawców i zarobisz na swoje utrzymanie. Pełen zapału postanowiłem udowodnić im, że pisanie mam we krwi, mało, że będę najlepszym pisarzem w kraju! Poszedłem więc z moimi opowiadaniami do nauczyciela języka polskiego, który mógłby umieścić moje opowiadania w literackiej gazecie.
Nie zrobił tego. Ich poziom był zbyt niski, kazał mi przysiąść do opowiadań, ćwiczyć, ciężko nad nimi pracować. Porównał mnie do nieoszlifowanego diamentu, a ja porzuciłem tę niepewną przyszłość pisarza i postanowiłem zostać ekonomem, zarządcą, przedsiębiorcą — człowiekiem, który zarabia pieniądze, obraca nimi i ma nad nimi władzę, a co za tym idzie: przyszłość pewną.
— A potem — mówię nagle, niby przebudzony ze snu. — Potem wyrzucili mnie z pracy i od prawie roku szukałem innej, ale nie znalazłem — Wyrzucili mnie, bo potrzebowali posady dla syna prezesa, a że nie chciałem przyjąć niższej, podziękowali mi. Gdy chciałem do nich wrócić, bo długo nie mogłem już nic znaleźć, wyśmiali mnie, dosłownie: Pan myśli, że jest taki wybitny i może sobie odchodzić, a potem wracać? Na pana miejsce jest wielu lepszych, do widzenia.
A przecież wcześniej to ja mówiłem te słowa z ironicznym uśmiechem. Wcześniej to ja miałem tam wielką władzę, a teraz potraktowali mnie jak człowieka z ulicy, jakbym nie pracował tam ponad pięć lat, jakbym nie załatwił im dobrych kontraktów, jakby mnie nie znali…
Szukałem pracy, ale nie znalazłem. Dlaczego, dowiedziałem się w ostatniej firmie, do której poszedłem, w której mogłem liczyć na godne mnie pieniądze. Kierownikiem do spraw rekrutacji i zatrudnienia była moja koleżanka z liceum.
— Rafał! Boże, Rafał, kopa lat — Wycałowała mnie z uśmiechem. — Jak dobrze cię znów widzieć! jak fajnie, że się spotkaliśmy! Może jakoś się umówimy… Może teraz, mam lunch, choć, zaprowadzę cię do mojej ulubionej restauracji. Zamówiliśmy coś do jedzenia, powspominaliśmy stare czasy, pijackie imprezy w liceum, wypady do kina, teatru, wieczory poetyckie, potem studia, aż nagle nie było czego wspominać — była pierwsza, która odłączyła od nas, która stała się dorosła i poszła w świat. Opowiadała więc, co robiła przez ostatnie lata, ma męża, dzieci, zarabia niezłe pieniądze… — A co tam u ciebie?
— Mam teraz gorszy okres… Poszukuję pracy…
— To się świetnie składa! Potrzebujemy kogoś z twoimi kwalifikacjami.
Wzięła do ręki moje papiery, z uśmiechem, przejrzała: niemiecki, angielski, ale hiszpański i rosyjski też? no, no… To ty jeszcze doktorat robiłeś? i szkoły podyplomowe? zaczęła szeptać pod nosem, marketing, zarządzanie, ekonomia, przedsiębiorczość, kurs informatyczny… Spojrzała na mnie, na papiery i znów na mnie, smutnym wzrokiem, jakby rozczarowanym: Przepraszam — powiedziała — myślałam, że się nadajesz, ale jednak nie…
— Nie nadaję się?
— Masz za wysokie kwalifikacje…
— Za wysokie?
— Za duże wynagrodzenie będziesz żądał. Z tytułem doktora… Nie, nic nie zrobię…
— Nie, nie będę żądał, starczy mi tyle ile wspominałaś. Potrzebuję pracy, naprawdę.
— Pomogłabym ci chętnie, ale nic nie zrobię.
— W takim razie ukryjmy to, że jestem doktorem, nie wspominajmy o tym, zatajmy to, kursy też odrzućmy, weźmy tylko to, co jest potrzebne…
Uśmiechnęła się, spojrzała na mnie litościwie. Nie mogę. To byłoby oszustwo, to nie zgodne z moim sumieniem, niezgodne z moimi zasadami…
Przebudziłem się w środku nocy, głowa mi pęka i nie wiem gdzie jestem. W ustach pustynia, ssanie w żołądku. Leżę na podłodze, na materacu, a ktoś na łóżku obok, Albert, Beata, może Mateuszek. Jest ciemno i cicho, a ja jestem głodny. Zaczynam sobie wszystko przypominać.
Wstaję i wychodzę po cichu z pokoju, przeciskam się pod schodami prowadzącymi na strych, przez pokój na palcach i wchodzę do kuchni. W lodówce stoją dwa słoiki dżemu domowej roboty, kawałek boczku, margaryna, mleko, bigos z golonką i zupa ogórkowa.
Zimny, kwaśny bigos w środku nocy, rozpuszczający się na języku, smakuje lepiej niż najdroższe dania w wykwintnych restauracjach. Niczym balsam spływa mi do żołądka, rozbudza uśpione kubki smakowe. Zrozumiałem, co to jedzenie, że nie jadłem od wielu lat. Na bankietach, na których musiałem być, podawano maleńkie porcyjki roślin lub zwierząt, najczęściej gotowane, czasem pieczone, prawie nigdy smażone. Żona zmuszała mnie do nabierania na mikroskopijne łyżeczki słonego kawioru, którego tak nie cierpię, musiałem dłubać talerz, na którym prawie nic nie było i zachwycać się kuchnią — wszystko tak, jak nas uczono na kursach psychologii społecznej. Żeby wypaść jak najlepiej, żeby nikogo nie urazić. Te grzeczne rozmowy, bez których i tak można by było się obejść…
Wracam do swojego pokoju i patrzę na łóżko. Czy to możliwe? Te same włosy, usta, ramiona… Jakby coś oplotło moją szyję, jakby jelita się skręcały, jakby kolana zamieniły się w galaretkę. Alicja. Czemu nic mi nie powiedzieli? Czemu jestem z nią w pokoju? Czy coś zrobiłem?
Uderza we mnie fala wspomnień. Jej dłonie, skóra, zapach, jakbym właśnie ją trzymał.
— Co widzisz? — zapytała Alicja.
— Rzekę.
— A poza nią?
— Drzewa, chmury, most.
— A kolory, a zwierzęta, a wiatr w liściach?
Kazała mi patrzeć na szczegóły, szczegóły, na które nie zwraca się uwagi, ale z nimi świat jest piękniejszy. Kiedy widzi się grę światła, wyjątkowość każdej rzeczy, wtedy przestaje się widzieć pojęciami ale obrazami.
Spojrzałem na Alicję i zobaczyłem nie pojęcie, tylko żywy obraz. Widziałem jej oczy, prawie mikroskopijne naczyńka włosowate, delikatne kurze łapki przy oku, meszek na skórze, pory, piegi, których z odległości w ogóle nie widać. I to jest dowód na to, że ona żyje, bo jaka figura woskowa ma te cechy? Tylko człowiek może być tak ludzki i tak żywy.
Ona nauczyła mnie wtedy patrzeć, otworzyła mi oczy, kazała na siebie patrzeć. Kiedy ja to wszystko porzuciłem? Kiedy skurwiłem się i znowu zamknąłem oczy?
Widząc ją teraz, śpiącą, jestem w każdym wspólnie przeżytym momencie, w każdej chwili, w każdym słowie i pocałunku. Chcę jej dotknąć, pocałować, objąć, chcę czuć ją tak, jak kiedyś, wszystkimi zmysłami.
— Rafał, ta dziewczyna nie nadaje się dla ciebie. Nawet ładna za bardzo nie jest, stać cię na kogoś lepszego — Stałem przed rodzicami i bezgłośnie przyjmowałem ich ciosy. Jak noże, przebijały moje serce, jelita, mózg. Wysłuchiwałem ich ze spokojem, z należytym rodzicom szacunkiem. — Co ona studiuje? Fizjoterapię? Przecież na tym się nie da zarobić, a takie jak ona oplatają faceta i wysysają każdy grosz. Bo ona nigdy nie zarobi, a wyciągać na pewno potrafi.
— Przestań być romantykiem i otwórz wreszcie oczy. Czas najwyższy.
— Nie chcę. Kocham ją.
— Dość! Albo będziesz nas słuchał, albo się wyprowadź. Całe życie na ciebie harujemy, gdzie wdzięczność?
— Alicjo, wydaje mi się, że nie pasujemy do siebie…
Jej szkliste oczy.
— Mamy różne zainteresowania…
Drżenie podbródka.
— Zresztą to chyba nie to…
Jestem głupi.
Nie spałem kilka nocy i płakałem jak dziewczynka. Nienawidziłem siebie za to. I chyba nadal nienawidzę.
— Czemu mi nie powiedzieliście, że Alicja u was mieszka?
— Myśleliśmy, że przyjedzie dopiero dzisiaj. Była na obozie rehabilitacyjnym ze swoimi wychowankami…
— I co ja mam teraz zrobić?
— To było dawno, dziesięć lat temu — Beata podaje mi jajecznicę. — Zjedz i nie zamartwiaj się.
Jajecznica na boczku z podsmażaną cebulą, ze szczypiorkiem, solą i pieprzem, a do tego trzy kromki chleba z masłem i kubek kawy z mlekiem i cukrem. Człowiek, który nie jadał przez kilka lat zdrowej żywności, nie ma pojęcia, jak wspaniałą ucztą jest jajecznica na boczku z cebulą. A człowiek, który zapomniał o jajecznicy na rzecz zdrowej żywności, nie ma pojęcia, co traci.
Beata siada obok i odpowiada na moje pytania; Alicja mieszka z nimi ze trzy lata, pracuje w hospicjum i z dziećmi niepełnosprawnymi, nie, nie spotyka się z nikim, Beata się śmieje, tak tylko pytałem.
Jem jajecznicę, jestem bez pracy i pieniędzy, ale szczęśliwy. Dlaczego? Może pierwszy raz od kilku lat zatrzymałem się na chwilę, przestałem się martwić, przestałem harować i siedzę z jajecznicą. To wariactwo zaczęło się na studiach, kiedy jeszcze chciałem pisać, myślałem o studiowaniu filologii polskiej, na co ojciec się nie zgodził. Nigdy, przecież to kierunek bez perspektyw, masz iść na ekonomię, marketing, zarządzanie… Więc ekonomia. A filologia polska po kryjomu. Wielka wojna w podziemiach, dzień spędzany w bibliotekach, na wydziałach, w tramwajach i autobusach, rachunki i powieści, plany rozwoju zawodowego i gramatyka opisowa, matematyka i literatura. I godziłem jedno i drugie, i myślałem, że ojciec jest zadowolony.
— Nie myślałeś o tym, żeby znaleźć sobie pracę? Ja w twoim wieku już zarabiałem, przynosiłem do domu pieniądze, nie byłem pasożytem.
Ulotki, kontroler biletów, barman i coraz mniej czasu na książki, żadnej ochoty na pisanie, zawalone egzaminy, aż wreszcie musiałem wybrać — ekonomia czy filologia.
— Zarabiasz, to bardzo ładnie, ale wiesz, że to nie są pieniądze. Za te marne pięćset złotych nie utrzymałbyś się, miej więc szacunek dla mnie i dla pieniędzy.
— Cześć, Rafał — mówi Alicja, wychodzi z łazienki i uśmiecha się do mnie. — Kopa lat…
Jej śmiejące się oczy, jej usta, jej głos i wiem, czego chcę. Serce wali jak młotem, ręce drżą, kolana się pode mną uginają i nie potrafię wydusić z siebie słowa. Żałuję moich ostatnich lat życia, żałuje każdej minuty z żoną i bez Alicji, żałuję każdego tysiąca, który zarobiłem w bezdusznym biurowcu
Kupowałem sobie szczęście, wmawiałem sobie, że nowy samochód, mieszkanie, wyjazd na Majorkę, kolacje z ważnymi osobistościami, że to wszystko mnie uszczęśliwia, a przecież tego nienawidziłem. Prowadziłem monotonne, spokojne życie pełne stresów, każdy nowy dzień był dniem poprzednim i dniem przyszłym, ciągła bieganina, niekończąca się walka o klienta, o pieniądze, o zera za cyfrą — to wszystko zagłuszało prawdziwe pragnienia, nie pozwalało na chwilę refleksji i zadanie sobie pytania: Czego ja chcę?
— Cześć, Alicjo… — milczę. Czuję ciepło jej ciała, bicie jej serca, i chcę cofnąć czas. Boję się, że zaraz wyjdzie i już nigdy jej nie zobaczę. Chcę, żeby stała w tych drzwiach i patrzyła na mnie, żeby nic nie mówiła, i żeby ta chwila nigdy się nie skończyła. Nie wiem, czy ją kiedykolwiek kochałem, czy byłem w niej zauroczony, nie wiem i nie nazywałem tego, ja chciałem tylko, żeby to trwało.
Budzę się następnego rana, wcześnie, kiedy księżyc wisi jeszcze na niebie, a słońce dopiero leniwie wschodzi, jeszcze niepewnie, jakby wstydliwie.
Patrzę na Alicję, na jej śpiące ciało, zamknięte powieki, lekko rozchylone wargi, całuję ją delikatnie w czoło i wychodzę. Siadam na werandzie i czuję zapach powietrza, pierwszy raz od lat młodzieńczych. Pachnie porankami wakacyjnymi, jest chłodne i wilgotne.
Otwieram laptopa, uruchamiam edytor tekstu: Dwa rzędy zapuszczonych domków jednorodzinnych rzucają posępne spojrzenia na wąską ulicę Kazimierza Wielkiego…
© 2006 Gautama de Mazan
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Jajecznica na boczku
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski