> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№63 wrzesień 2009

Judasz Robert Knuth

Jak co dzień, w środę rano około jedenastej pomiędzy słowem a wolą, Lary przysunął barowy zydel do drzwi. Usiadł.

Telefon dzwonił nieustannie, Lary trzymał go oburącz. Maniakalnie podnosił i odkładał słuchawkę.

Patrzył przez judasza godzinami, wypatrywał w pustą klatkę schodową. Niechlujnie otynkowane ściany, brudna była, chora przestrzeń jak zlasowany mózg, mawiał Lary.

W promieniach, które wpadały przez zbrojone szyby, stał kurz, spokojnie. Telefon dzwonił, Lary podnosił i odkładał słuchawkę. Poza promieniami porannego słońca na klatce schodowej stał tylko kurz.

Promienie należały do zjawisk, które robiły na nim największe wrażenie.

Ten telefon sprawia mi ból, to upiorne siedzenie. Moje lędźwie bolą, narzekał.

Patrzył przez judasza, podnosił i odkładał słuchawkę. Myślał wtedy o swoich ideałach. Posiadanie domu jest moim ideałem, mówił z namaszczeniem.

Lary brzydził się kwietnikami z łysych opon. Wokół szarych bloków, tam gdzie mieszkał Lary przybywało ich codziennie. A te płoty, plisowane ozdoby z betonu.
Mówił o nich z pogardą, podniesionym głosem. Okalają domy jak śmietniki, wzdragał się.

Lary mocniej wtulił oko w judasza. We wnętrzu swojej tożsamości, we frywolnej rozpaczy podnosił i odkładał słuchawkę. Telefon dzwonił natarczywie. Po to by zmienić wyobrażenie o tym co naprawdę istotne, potrzebował doznań magicznych. Judasz, mawiał Lary, określa ilość moich codziennych wrażeń.

Jego ojciec, w rodzinie wołano na niego Bary, zatruł się grzybami. Kiedy jeszcze żył, często powtarzał, syn jest następcą ojca! On, Lary, pamiętał z dzieciństwa ojca przesiadującego na wysokim zydlu godzinami. Nasłuchującego przy drzwiach z wytrzeszczonym okiem.

Ojciec zydel zespawał sam, z budowlanej stali. Róża, Larego matka, Barego żona, na pogrzebach zawsze wybuchała śmiechem. Lary jak nawiedzony, podnosił i odkładał słuchawkę. Mówił półgłosem do niego, ty judasz, mały punkt jesteś w moim życiu. W moim życiu roztaczasz wypukłe obrazy, przesłaniasz resztę mojego świata.

Nagle poruszenie kurzu. Córka stolarza mieszkająca ponad Larym zbiegła schodami. Jej codzienny rytuał. Wiedziała o  Larym, że siedzi za drzwiami, że patrzy, że śledzi, że wodzi za nią. Stanęła jak co dzień przed drzwiami, by ją dobrze widział. Lary z rozkoszą patrzył na nią. Ona splunęła na brudny beton, jej pies który zbiegł za nią zlizał plwocinę pani. Pani psa, Vera miała na imię. Wygładziła obcisłą taftową suknię. Tryumfalnie nozdrzami wciągnęła zapach zsypu. Uniosła ręce za głowę. Vera jak codziennie, jak szalona, nie opuszczając rąk stanęła bliżej, tak by Lary mógł czuć, lepiej widzieć. Usta miała czerwone.

Telefon dzwonił, on podnosił i odkładał słuchawkę.

Judasz, wykrztusiła. Chcę zobaczyć, chcę dotknąć. Judasz!
Stała przed drzwiami, rozpalona z rękoma uniesionymi ku górze w prawej dłoni trzymała swoją komórkę. Długimi  palcami wprawnie ponawiała numer Larego.
On za drzwiami siedział, patrzył przez judasza na mokre usta, na delikatnie porośnięte włosami pachy Very, namiętnie podnosił i odkładał słuchawkę.

© 2000 Robert Knuth

verte.art.pl > Czytelnia > Inne > Judasz

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski