> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№59 maj 2009

Kto zabił…? Željko Obrenović

Zabić. Sprawić, by przestała istnieć. Położyć ręce na szyi i zaciskać dopóki nie zgaśnie blask w jej oczach. Podciąć jej gardło, aby udusiła się własną krwią. Tak właśnie należałoby zabić kogoś, kto jest nam drogi, kogo kochamy… i kto zasłużył na śmierć.

Tijanę poznałem pewnego wieczoru, gdy wybrałem się z kumplem do miasta. On znał z widzenia jej koleżankę, więc na początku prowadziliśmy niezobowiązującą rozmowę, by w końcu cały ten czas spędzić razem. Tajemniczy uśmiech Tijany upajał mnie szybciej niż Tuborg, który sączyliśmy po cenie promocyjnej. Bełkotaliśmy coś o filmach i muzyce, czas przesypywał nam się przez palce. Piersi Tijany sprawiały wrażenie jakby zaraz miały wypaść przez dekolt koszulki ze Spriengfieldem. Pociągały mnie te jej zręczne dialogi, przepełnione aluzjami do popkultury, wyzierającymi z jej każdej jej repliki; zdobyła mnie tym swoim niewinnym, ciekawskim spojrzeniem, o którym już myślałem, że nigdzie nie istnieje. I to po tych wszystkich dotychczasowych spojrzeniach wołu na malowane wrota, gdy już praktycznie nie miałem jakichkolwiek widoków na nagły wybuch namiętności.

Moje myśli odpłynęły daleko i nie słyszałem już ani jednego słowa z tego, co mówiła. Mój mózg walczył z dziwacznym uczuciem, które w jakiś sposób wydawało mi się znajome, ale, podobnie jak spojrzenie i uśmiech Tijany, było to coś, co już wcześniej odczuwałem, jednak byłem przekonany, że już nigdy nie powróci.

W klubie było za gorąco i duszno. Podpity kumpel zbierał kapsle od piwa i szukał hostessy, żeby je wymienić na czapeczki i koszulki Fruit the loom z odciśniętym obrazkiem piwa. Obściskiwał koleżankę Tijany, wciskał jej historyjki, które już znałem na pamięć, i strzelał do mnie wzrokiem jakby poszukując u mnie wsparcia. Mój mózg był zbyt przegrzany, abym mógł się odprężyć. Tijana się uśmiechała. Dzwoniło mi w uszach, mój mózg rozrywał się na strzępy.

Wypuściłem wypalonego Lucky, który wyślizgnął się z ręki i odbił od podłogi, gdzie przycisnąłem go nogą. Szepnąłem Tijanie do uszka, pomachałem kumplowi i wyszedłem na zewnątrz, a Tijana ze mną. Pocałowałem ją zanim jeszcze zdążyła zestawić obcas sandała Mango z ostatniego schodka na asfalt. Próbowałem odgrywać typ macho, na co ona tylko się roześmiała – nie wychodziło mi. Poczułem, że to nie był najlepszy pomysł. Było źle. Niechcący poparzyła mnie zapalniczką. Uśmiechając się potarłem poparzenie, pogłaskałem Tiranę po falowanych włosach i znowu pocałowałem, tym razem delikatniej. Wciąż się uśmiechała.

Otworzyłem samochód i usiadłem za kierownicą. Wcisnąłem play na odtwarzaczu Sony; muzyka wypełniła wnętrze Hondy. Wzmacniacz Tic powalał. Klimatyzacja. Po tej saunie poczułem się tu dużo lepiej. Tijana brzęczała pierścieniem Six’s przesuwając go po palcach. Zapaliłem papierosa. Tijana wyjęła mi go z ust bez zamiaru oddania i wciągnęła dym. Zapaliłem nowego.

Wplotłem palce we włosy Tijany – unosił się od nich zapach Pantene Pro-V – odwróciłem jej głowę w swoją stronę. Droga była prosta, więc nie musiałem się szczególnie skupiać na jeździe. Wysysaliśmy sobie nawzajem gardła, siekliśmy językami i zderzaliśmy się plombami, kiedy nasze zęby się spotykały.

W trakcie naszych pocałunków Tijana próbowała rozpiąć mi rozporek. Suwak Alfa trudno było rozsunąć, więc w końcu sam go rozpiąłem i zaraz w następnym momencie poczułem na swoim kutasie gorące wargi. Zjechałem na wolniejszy pas i dalej spoglądałem na drogę zaledwie na tyle, żebyśmy nie wpadli do jakiegoś rowu albo pod koła pędzącej ciężarówki. Wepchnęła go głęboko do ust i mocno ścisnęła. Ciągnęła mi laskę przez kilka chwil, a potem znowu zaczęła go oblizywać. Przyspieszyła, więc dłużej już nie mogłem wytrzymać i wytrysnąłem do jej ust. Gdy już nie było śladu spermy, Tijana podniosła się i pocałowała mnie.

Bez namysłu odwzajemniłem jej pocałunek: nie brzydziłem się własnej spermy, zresztą wiedziałem, że to jest test. Odsunęła się ode mnie, rozparła się w fotelu, wyjęła gumę Orbit z torby David Jones i włożyła ją do ust. Nie mogłem nie zauważyć jak zachichotała znacząco. Tak, to był test i do tego – zaliczyłem go.

Większość lasek jest bardzo wrażliwa na punkcie brania do buzi; chociaż często można usłyszeć, że branie do buzi to w ogóle nie jest seks i że w Ameryce dziewczyny biorą do buzi swoim kumplom tylko dla zabicia czasu. Ale do kurwy-nędzy, Serbia to nie Ameryka, i do tego ta cała ankieta nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem.

Są laski, które pozwoliłyby sobie wepchnąć do piczki butelkę coca-coli, a nie chcą wziąć do buzi. Czy jest to bardziej dziwaczne niż aktorka porno, która brzydzi się polizać loda, którego ktoś wcześniej lizał, albo ugryźć czyjegoś hamburgera? Tak czy inaczej, żadna dziewczyna, która już weźmie ci do buzi, nie przepuści okazji, by otaksować twoją reakcję, kiedy skończysz. Tak jak to, czy i w jaki sposób ją po tym pocałujesz.

Co by dokładnie miało oznaczać „zabójstwo z namiętności”? Jeśli spoglądasz na to jak na coś, co ciebie nie dotyczy, możesz ulegać różnym iluzjom. Weźmy, kroniki policyjne ze wszystkich popularnych gazet: muszą być wszystkie niezbędne elementy – miłość, namiętność, śmierć. Mąż wraca z pracy, zmęczony, bez sił, a tu: w łóżku zastaje rozwartą żonę z sąsiadem, bratem, najlepszym przyjacielem. Albo z całą trójką. Bierze pistolet, siekierę, pałkę…

Czy zabójstwo z namiętności zawsze jest impulsywne, w ułamku sekundy, nieprzewidywalne, nieplanowane? Tego nie dowiedziałem się z gazet. Środki, metody, akcja i jej rozwiązanie – tak; aż do ostatniej chwili byłem usprawiedliwiony swoimi motywami.

Po tym jak ukazała się moja pierwsza powieść, stałem się rozchwytywany ze wszystkich stron, często podróżowałem. Szczerzyłem się z pierwszych stron gazet, pobierałem zawrotne honoraria; ludzie postrzegali mnie jako papierowego, zakompleksionego cierpiętnika – albo mi zazdrościli – a mnie to wszystko gówno obchodziło. Piszę o tym, dlatego że tak to wtedy odczuwałem, grałem, gdy tylko włączali kamery, śmiałem się, gdy zaszła taka potrzeba, a jedynie ci, którzy mnie znali, wiedzieli, jaki jestem naprawdę. Tijana pojawiła się, gdy to wszystko zdążyło się już zacząć; i abstrahując od tego, że wiedziała, na co się decyduje – nie było jej łatwo unieść wszystkiego, co niosło ze sobą moje „tak udane życie bożyszcza tłumów”. Nie mógłbym sobie wybaczyć, gdyby z tego powodu cierpiała, ale sprawiała wrażenie jakby jej to wcale nie przeszkadzało. Właściwie to zdawała się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Nasz związek posuwał się zdecydowanie niczym seks z żelem nawilżającym. Nie popędzaliśmy się. Nie forsowaliśmy się zbytnio. Sprawy toczyły się swoim tokiem.

Tijana studiowała rzeźbę i tworzyła głównie nocami. Nie tyle skłaniała się ku gotykowi, ile cierpiała na bezsenność; zresztą taką miała naturę, słońce jej przeszkadzało, denerwowało ją; jej skóra była wrażliwa, chociaż wciąż smarowała ją rozmaitymi kremami z filtrami – Nivea, Avon, Dove, Vichy. Mimo że nie spała nocami, rzadko nadrabiała stracony sen za dnia. Gdy spędziliśmy kilka dni razem, zauważyłem, że jest ona w stanie przez cały ten czas nie odsypiać ani godziny; i ani trochę nie było tego po niej widać: żadnych cieni pod oczami, zmęczonego wyglądu, dezorientacji i tym podobnych.

Taka bezsenność byłaby dla mnie bardzo przydatna: przez część czasu żyłbym tak, jak wszyscy pozostali: wychodziłbym na miasto, oglądał TV (zawiązując przy tym akcję), a gdy wszyscy udaliby się na spoczynek – ja bym pisał. Wielu powieściopisarzy byłoby gotowych zabić za taki rytm doby.

Tijany nie interesowało pisanie. Uważała, że i tak jest zbyt wielu pisarzy, i chociaż mnie wychodziło to całkiem nieźle, a nawet lepiej niż nieźle, ona pragnęła się poświęcić temu, dla czego jedynie żyła – rzeźbiarstwu. Chciałaby, żeby tak, jak stało się to z filmem, a częściowo też z literaturą – sprawić, aby rzeźba stała się ludziom bliska, a tym samym też interesująca. Jeden z jej pomysłów: wyrzeźbić siebie w kilku egzemplarzach, jednego z nich – środkowego – by brakowało; w ramach performansu Tijana rozebrałaby się do naga i sama zajęłaby puste miejsce. Wcisnęłaby się pomiędzy siostry, które całowałyby ją ze wszystkich stron.

Na początku bezsenność Tijany była dla mnie czymś interesującym. (Każdy pragnie posiąść niezwykłą dziewczynę, mieć tylko dla siebie swojego własnego freaka, innego niż pozostałe). Śpiąca Królewna, którą ktoś zamiast na sen, skazał na wieczną jawę. Było sympatycznie, gdy mój Sony-Ericson zaskrzeczał SMS-em od Tijany o trzeciej, czwartej w nocy, albo o wczesnej godzinie porannej. Przeważnie czytałem te SMS-y dopiero, gdy wstawałem, i wtedy też odpowiadałem. Od razu wysyłała mi nową wiadomość, także orientowałem się, że w ogóle nie spała.

Jednakże obok tego, że wieczne czuwanie nie wpływało na jej nastrój ani koncentrację; ponieważ całymi latami żyła poza wszelkim rytmem i porządkiem, Tijana straciła też poczucie jakiegokolwiek rytmu dobowego. Często zamiast romantycznego SMS-a, o wczesnych godzinach porannych oblewał mnie zimny prysznic: dzwonił mój telefon albo po prostu – zjawiała się pod moimi drzwiami.

Zaś co się tyczy seksu: jebaliśmy się jak demony w piekle, skazane na wiekuisty orgazm. Prawdziwa Tijana: demon, przewrotna antyczna muza, istota podziemna – pożeraczka inspiracji. Odkąd byliśmy razem, prawie w ogóle nie pisałem. Nie żeby naprawdę wysysała moją inspirację – i tak zresztą miałem swój sprawdzony system pisania: wrzucałem ze dwa-trzy uniwersalne chwyty, sceny zrzynałem z filmów, a dialogi – z prawdziwego życia; nie było w tym żadnej filozofii – nie pisałem, bo nie nadążałem. Chociaż według statystyk wychodzi, że na początku związku ludzie pieprzą się raz-dwa razy dziennie, gdy to przeliczysz, wyjdzie ci, że ktoś, kto wykraczał ponad przeciętną, jebie się trzy-cztery razy każdego dnia, a jeśli to pomnożysz przez jakichś trzydzieści minut – odpada ci sporo czasu. W statystykach, na papierze to zwykłe lanie wody, jednakże ja i Tijana rzeczywiście tak żyliśmy. Ponieważ pozostały czas poświęcaliśmy na jedzenie i TV, z lekka popadałem w twórczą posuchę. Oczywiście musiałem też spać. A Tijana po prostu brała prysznic i wychodziła. Idealna sytuacja dla zrodzenia się zazdrości.

Zazdrość u mężczyzny zawsze bierze się z niepewności, ewentualnie z bezsilności: jako że wobec Tijany byłem bezsilny, innymi słowy, nie przewyższałem jej w umiejętności czuwania – ona zawsze wygrywała i tym samym czyniła ze mnie idealnego mężczyznę zazdrosnego.

Ale kiedy tak naprawdę stałem się… nie zazdrosnym… nawet nie podejrzliwym… zdradzonym, oszukanym mężczyzną? Tijana o bladym świcie zjawiła się pod moimi drzwiami. Poprzedniego dnia wróciłem z podróży, więc wcześniej się położyłem i akurat, gdy zadzwoniła do drzwi, zdążyłem już wstać. I właśnie ze względu na to, że byłem wypoczęty, myślę, że mogę się oprzeć na moim wrażeniu rozumowym, na moich zmysłach, i byłem pewien, że nie wymyśliłem sobie tego, co się wtedy wydarzyło.

Pocałowała mnie mimochodem i weszła do mieszkania. Sprawiała wrażenie świeżej, wyspanej. Wyjęła z torby śniadanie i nakryła do stołu dla dwojga. Stałem na środku pokoju pozwalając jej, by całkowicie wczuła się w rolę gospodyni. Spijając zaledwie cząstkę jej energii, usiadłem przy stole i zacząłem przebierać w pieczywie, które kupiła.

Z moim ostatnim kęsem Tijana zdążyła już dawno skończyć jeść i właśnie wracała z łazienki, gdzie umyła zęby. To była jej obsesja: mycie zębów po każdym posiłku, kawie, soku, wszystkim. Nigdy nie zasypiała bez mycia zębów. Jeśli by się jej przypadkiem zdarzyło zasnąć podczas oglądania jakiegoś filmu, albo czytając książkę – pamiętam, że ostatnio zdarzyło jej się to, gdy przez całą noc kartkowała powieść Serbski psycho, napisaną przez jakichś dwóch kolesi – gdy tylko przebudziła się w środku nocy, chwytała swój neseser, z którym nigdy się nie rozstawała, i uciekała do łazienki.

Podniosłem wzrok; oczy Tijany lśniły i w mgnieniu oka nasze ubrania – i porwana na strzępy bielizna Tijany Laura Biagiotti i Victoria’s Secret – znalazły się na podłodze, a my – na stole Forma ideale. A dokładniej – Tijana na stole, a ja na niej. Odrzuciła głowę, objęła mnie nogami i mocno przycisnęła do siebie; zakleszczyła mnie tak, że nie mogłem się nawet poruszyć. Poczekała kilka chwil, a potem szepnęła mi, żebym przeszedł na hardcore.

Lubiłem tak dźgnąć ją nagle, chwilę zaczekać, potem powoli zacząć wychodzić i znowu wchodzić, nagle przyspieszać, a potem jedno nagłe uderzenie aż do samego końca. Pozwalałem, by sama przesuwała się na boki, dyktowałem zmiany tempa… Tym razem jej posłuchałem. Napełniałem ją, dźgałem, rozrywałem, unicestwiałem. Wrzeszczała, dyszała, stękała, drapała mnie po plecach, trzymała moją głowę obiema rękami i wpychał mi swój język do ust.

Smak spermy w jej ustach!

Szybko mnie pocałowała, odsunęła się, dalej dyszała…, ale ja już nie mogłem się otrząsnąć po tym, co poczułem; kontynuować seksu i tak po prostu udawać, że nic się nie stało. I skończyć w jej ustach. Ktoś to już zrobił przede mną.

Jedyne, co mi wówczas nakazywał mój mózg, to pocałować ją znowu. Moje myśli płynęły jak szalone. Z jednej strony nie chciałem jej już nigdy więcej całować. Nie chciałem jej dotykać. Pragnąłem widzieć ją martwą, z poderżniętym gardłem, uduszoną. A jednak wciąż ją dźgałem unikając sytuacji, w której miałbym ją znowu pocałować, aby nie czuć już jej warg na swoich. Jej języka w swoich ustach.

Smaku czyjejś spermy.

Mój mózg pękał. Uderzałem dalej; nie chciałem, żeby coś zauważyła, żeby poczuła, jak bardzo jestem spanikowany, zdenerwowany.

Wcale nie jest tak łatwo pocałować Tijanę podczas seksu; chociaż przeważnie potrafiła się całować całymi godzinami. Lubiła wszystko, co miało związek z ustami. Uwielbiała ssać palce, ciągle coś przeżuwała… no i jeszcze to szorowanie zębów.

Musiałem czekać – nie miałem odwagi pocałować jej pierwszy, bo zaczęłaby coś podejrzewać – byłem gotów ją przydybać, tym razem ja chwycę jej głowę i nie wypuszczę, dopóki nie będę pewien. A zresztą, odkąd to ja jestem znawcą smaku spermy? Nie należę do tych maniaków, którzy sami sobie biorą do buzi. Jedyna okazja, gdy mogłem poczuć ten… smak, to wtedy, gdy jakaś dziewczyna całowała mnie po braniu do buzi, a przy tym nie udało jej się w jakiś magiczny sposób usunąć śladów ejakulacji. Tak jak wielu innym. Tak jak Tijanie.

I właśnie to rozrywało mój mózg na strzępy: jak to się stało, że brała mi do buzi, a potem całowała, a ja w ogóle nie poczułem przy tym żadnych fizycznych śladów. Wpychała go sobie całego do ust tak, jakby w ten sposób również sama się zaspokajała. Tak samo też przełykała: spragniona, łapczywa, z uśmiechem. Bez śladu. Jak to się stało, że teraz przyszła do mnie na chatę, z tymi kompromitującymi śladami w sobie. Czy ten ogier, który ją popychał, gdy ja spałem, miał spermę o tak intensywnym zapachu, że nie potrafiła tego ukryć? Może smak własnej spermy trudniej zauważyć; zresztą Tijana potrafiła się go pozbyć, więc dlaczego teraz był tutaj? Dziewczyna taka jak ona nie pozwalała sprawom biec swoim tokiem. Zmieniała kolej rzeczy wszędzie, gdzie tylko się dało.. Zmieniałaby pewnie nawet koleje historii, gdyby tylko potrafiła cofnąć się w przeszłość. Jak to się stało, że teraz była tutaj, pode mną, pełna jaskrawych dowodów? Dlaczego? Może robiła to specjalnie, bo chciała mnie zostawić: tylko czekała, aż to zauważę, zacznę coś podejrzewać, rozpocznę kłótnię; wtedy ona oskarżyłaby mnie o zazdrość tak, podobnie jak ja ją – o zdradę, i elegancko odeszłaby z naszego związku. I jeszcze ja wyszedłbym na winnego.

Gdy znowu ją pocałowałem: posiłek – który jeszcze dziesięć minut wcześniej wspólnie spożyliśmy – zmierzał już w górę poprzez moje gardło, aby wylądować w ustach Tijany. Wtedy wpadłem w furię i chwytając ją za szyję, zacząłem dusić. Pomyślała, że to jakaś zabawa. Zmrużyła oczy. Zatem nie mogła widzieć bolesnego skurczu, który wykrzywiał moją twarz, wówczas by wiedziała, że jestem całkiem poważny…

Poluzowałem uścisk, wyjąłem z niej kutasa i zacząłem wytryskać. Oczywiście Tijana natychmiast znalazła się na kolanach, wysiorbała całą spermę, oblizała się, wyjęła z torebki neseser i poszła do łazienki umyć zęby. Gdy wróciła, pocałowała mnie, a w jej ustach wciąż był ten sam smak.

Wówczas stało się dla mnie jasnym, jak wyglądają konkretne motywy dla potencjalnego zabójstwa. Narzędzi zbrodni było pełno na każdym kroku, a chwała Bogu, fantazji też nigdy mi nie brakowało, więc też nie miałem żadnych wątpliwości, co do metody.

Paranoja nie mogła być już większa nawet ze względu na fragmentaryczność wszystkiego, co wiedziałem o przeszłości Tijany, o jej rodzinie, o bliskich jej ludziach… Całą swoją historię udało jej się zamazać, ukazać ją na wpół ironicznie, z mnóstwem fantazjowania, albo wręcz przeciwnie: rozpoczynała opowieść tak, jakby chciała odkryć dokładnie to, co mnie najbardziej interesowało, aby potem przerwać ją jednym krótkim: „nieważne” i wyszczerzyć się tak, że aż mi się wątroba przewracała. Ten uśmiech udawało jej się nakładać na twarz przy każdej okazji: zawsze, gdy chciała mnie przekonać o swojej niewinności, tylko że on działał na mnie dokładnie odwrotnie. I nawet dołeczki na policzkach Tijany, które pojawiały się tam zawsze, gdy się tylko uśmiechała, nie mogły tu już w niczym pomóc.

Myślałem sobie: może była w jakiejś sekcie (co zresztą nieszczególnie by mi przeszkadzało, może nawet byłoby interesujące), albo może sprawa ta dotyczyła kogoś, kto był jej bliski, więc wciąż kołatało się to po jej głowie. Byłem prawie pewien, że kombinowała coś z buddyzmem (to mnie akurat wcale nie martwiło), może próbowała się zabić (może nawet kilkakrotnie).

Na ciele miała ślady, których pochodzenia nie chciała wyjaśnić, a obok tych jej wszystkich pokrętnych opowiastek, wśród których coraz trudniej było mi oddzielić ich żartobliwe i wyraźnie wymyślone elementy od tych, które takimi nie były – nie czułem się predestynowany, żeby zapytać, czy ma te ślady od urodzenia, czy też są one nabyte.

W każdym razie nie trzeba mi było wiele, żeby ją sobie wyobrazić na ołtarzu, otoczoną tłumem satanistów (wszyscy obowiązkowo w długich płaszczach z kapturami): okultyści podnoszą płaszcze, Tijana oblizuje ich wszystkich po kolei, oni mamroczą coś po łacinie, przecinają przeguby, mieszają swoją krew, spuszczają się Tijanie do ust, a potem wracają do swoich domów, do swoich żon i dzieci, a Tijana – do mnie.

Pomyślałem o tym, żeby ją śledzić. Żeby zabawić się w detektywa, szczać do butelki odgniatając plecy w samochodzie pod jej akademią, gdzie ona łupie jakiś kamień albo plotkuje z koleżankami przy kawie… E tam. Nawet gdybym próbował, w końcu i tak – wcześniej czy później – i tak bym zasnął. W każdym razie – zawsze przed Tijaną.

Ze wszystkich możliwych akcji nie podjąłem żadnej; ze wszystkich możliwych pytań nie zadałem żadnego. Przekonywałem sam siebie, że to wszystko, czego nie wiem, to tak jakby się w ogóle nie wydarzyło; a nawet jeśli się wydarzyło, jeśli mi to nie szkodzi – lepiej się tym nie przejmować.

Starałem się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, by dać drapaka na jakiś wieczór literacki do innego miasta, na inną planetę… Ale taka ucieczka na dłuższą metę i tak nie byłaby możliwa, bo jeśli kogoś kochasz – już ani przez chwilę w to nie wątpiłem, kochałem ją – zawsze nosisz w sobie jego cząstkę. Dlatego też ucieczka od Tijany nie była możliwa.

Chociaż nie zawsze byłem świadomy własnego rozdrażnienia, które może wcale nie było aż tak oczywiste – wszystkie poszlaki wrzeszczały, że powinienem strzelać. Przede wszystkim ta jej maniakalna fiksacja na punkcie mycia zębów. To już nie miało żadnego związku z tym, że Tijana mnie pocałowała, ani że jej pocałunek miał… dziwny smak, ani nawet z tym, czy w tych dniach w ogóle widziałem się z Tijaną – to raczej niczym zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, które każe ci przeliczać stopnie schodów albo notorycznie poprawiać książki na półce…

W dwudziestym pierwszym wieku nikt już nie zadaje sobie trudu, by pielęgnować związek, nie przejmuje się, nie chce niczym ryzykować dla czegoś, co i tak nie jest pewne (a czego w ogóle można być pewnym?). Jakkolwiek wcześniej wierzyłem w to, o czym nieliczni romantycy wyśpiewywali wszędzie, gdzie się tylko dało – że w końcu, po wielu próbach, wskutek wielu śmiertelnych ran, miłość wyzionęła ducha – to już w momencie, gdy Tijana po raz pierwszy się do mnie uśmiechnęła, od wieczoru, który teraz wydaje mi się odległy o całe wieki: zrozumiałem wtedy, że teza o śmierci miłości nie ma uzasadnienia. A teraz, miałem wrażenie jakby to właśnie ten koszmar, w którym ugrzęzłem odkąd odkryłem skontaminowanie Tijany, sprawiał, że nie mogłem się jej oprzeć.

W tych dniach pracowała nad projektem Sióstr kochanic; ja zaś opracowywałem plan jej zabójstwa. Jedno z nas musiało odejść. Istnieją urodzeni mordercy, osoby, które spełniają się poprzez zabijanie, ale prawie nikt nie mówi o tym, że tak jak istnieją idealni mordercy, istnieją też idealne ofiary. To ktoś, kto uczyniłby wszystko, co w jego mocy, żeby umrzeć w najlepszy możliwy sposób. Ktoś, kto do tego stopnia współpracuje przy własnym zabójstwie, że jakakolwiek akcja z twojej strony jest prawie że zbędna. Albo całkowicie zbędna.

Widywaliśmy się teraz znacznie rzadziej niż wcześniej, co oboje usprawiedliwialiśmy swoimi zajęciami. Nocami śniła mi się, jak bierze udział w orgii z satanistami, bogini Kali, która każdą ze swoich wielu rąk wciska w inny otwór w ciele Tijany. Buddystów, jak jebią ją w otwór na trzecie oko. Rzeźba Tijany Siostry kochanice, która nagle ożywa, siostry tańczą wokół niej, a potem nagle stają się hermafrodytami i wyciągają ogromniaste kutasy…

Z drugiej strony, tak jak zabójca, który wiąże się z ofiarą, nieustannie pragnąłem z nią być. To, że pragnąłem, żeby umarła, ani trochę nie umniejszało moich uczuć do niej, a gdy już się widywaliśmy, pieprzyliśmy się niszczycielsko i namiętnie, jakby od tego zależało nasze życie. Schodziłem z niej dopiero wtedy, gdy już nie mieliśmy siły oddychać, ona po jakimś czasie ubierała się i wychodziła, a ja stawałem przed lustrem i szorowałem zęby.

Gdy byłem młodszy, starałem się na siłę zatrzymywać osoby, na których mi zależało w swoim życiu. Niektórzy i tak – często niezauważenie – znikali z mojego życia. Czy tak by właśnie wyglądało idealne zabójstwo: gdy ona całkowicie wyparuje z twojego życia, gdy nie ma już komu ci o niej przypominać, ani o rzeczach, o których nie masz ochoty pamiętać? Zabójstwo w afekcie. Bez duszenia, zarzynania, dźgania. Zabić kurwę za to, że była niewierna, bo nie mogłem posiadać jej całej. Zabić, bo ją kocham. Z powodu wszystkich tych odpowiedzi, których nie chciałbym słyszeć, a nie mogę założyć, że ich nie znam.

Wtedy zrozumiałem, że teza o zabijaniu miłości jednak nie jest wcale aż tak głupia, z tym że nikt nie zabił miłości generalnie – każdy zabija ją indywidualnie. Dzisiaj, gdy związki nie są już tak forsowne, gdy już nikt nie wierzy w miłość, to właśnie dzisiaj jest najwięcej zabójstw w afekcie; pytanie jest tylko: kto jest tu ofiarą, a kto kolateralną szkodą.

Z czasem wizyty Tijany stawały się coraz rzadsze, aż w końcu całkowicie ustały. Sprawa pozostała otwarta, po podejrzanej ślad zaginął. Ale miłość i tak już od dawna była martwa. Teraz już sam nie wiem, ile czasu minęło od chwili, gdy wyszła z mojego mieszkania, by już nigdy do niego nie wrócić.

Odeszła. To, co pozostało mi po Tijanie, to jej obsesja mycia zębów. Mój Boże, straszna rzecz, ale cóż, skoro już trzeba, to trzeba – byle tylko wetrzeć pastę w zęby. A to znowu przypomina mi o niej. Po raz pierwszy, gdy zabrakło mi pasty – a było już zbyt późno, żebym mógł znaleźć jakiś otwarty sklep – poczułem się jak nigdy wcześniej: chłodny pot oblał moje ubranie… nieznośny ucisk w skroniach… hałas w mojej głowie, jakbym stąpał po dnie morza… duszność w piersiach… skurcze mózgu…

Przypomniałem sobie o neseserze Tijany, który kiedyś dawno temu postawiła w moje szafce łazienkowej i który po jej ostatniej wizycie pozostał tu na zawsze.

Popędziłem do łazienki… otworzyłem drzwiczki szafki i przeleciałem wzrokiem po półkach, naszprycowanych buteleczkami z różnorodnymi lekarstwami, żyletkami i szpatułkami, płynem do płukania jamy ustnej… Na jednej z półeczek znajdował się… neseser Tijany.

Ileż to razy – przez ten cały czas, gdy byliśmy razem – widziałem Tijanę, a nigdy u niej nie byłem. Często odwoziłem ją do domu, a jednak nawet nie wiedziałem, gdzie dokładnie mieszkała; zawsze było mi wygodniej zatrzymać auto kilka ulic wcześniej. Nie znałem nawet numeru jej telefonu domowego. Idealna Jane Doe – jakby nigdy nawet nie istniała.

Gdybym chciał ją odnaleźć, nie wiedziałbym nawet, gdzie mam jej szukać: nie mieliśmy wspólnych przyjaciół, ulubionych miejsc na wyjścia; nie wiedziałem, czy ma siostrę, rodzinę, skąd pochodzi, nic. Wątpię też, czy ktokolwiek w otoczeniu Tijany w ogóle wiedział o moim istnieniu, albo przynajmniej o tym, że istnieję w jej życiu…

Tijana była winna. Ale dlaczego w takim razie to mnie wyrzuty sumienia nie dawały spokoju? Jest winna! Czułem to w każdym jej pocałunku… Bez dwóch zdań. Ktoś może myśleć, że jego dziewczyna jest dobra w te klocki, a nie może sobie wyobrazić na niej całej drużyny piłkarskiej, albo jej jak zaspokaja całą jednostkę żołnierzy w koszarach. A co dopiero, gdy w pocałunku swojej dziewczyny poczujesz spermę innego mężczyzny.

Tijana była wariatką na punkcie higieny i zdrowych produktów; jeśli Marlboro to tylko light, jeśli coca-cola lub pepsi – jeśli w ogóle piła pepsi, to tylko light (bez względu na to, że wszystkie te „lekkie” produkty tak naprawdę były dużo bardziej szkodliwe). Tak samo też i pasta do zębów Tijany nie mogła być jedną z tych kolorowych i smacznych – jak na przykład Signal, Colgate, Blend-a-med, Sensitive, Azulen – lecz jakaś naturalna, zdrowa, wstrętna, o nieokreślonym kolorze. Gdy tylko widziała „agresywne pasty z abrazyjnym działaniem”, jakich ja używałem, nigdy nie przepuszczała okazji, by zrobić mi o tym wykład. Czy mam świadomość tego, że Colgate zawiera glikol dietelinu, który jest szkodliwy dla zdrowia… Kurwa mać, przecież jest go wystarczająco dużo również w lakierze do włosów. Potem by mi powiedziała, że najważniejsze jest to, żeby pasta zawierała fluor i że – jeśli nie palisz trzech paczek szlugów dziennie – nie musisz wcale używać pasty z działaniem abrazyjnym. Lepiej już zainwestować w porządną szczoteczkę do zębów, mówiła mi Tijana, i żeby przy tym zwrócić uwagę na wybór dobrego włókna w szczoteczce – bo zęby mają kontakt najpierw z włóknami szczoteczki, co sprawia, że to one są najważniejsze.
A najlepiej by było, chociaż wiem, że ty i tak tego nie zrobisz, mówiła Tijana, gdybyś sam zrobił sobie pastę; po pierwsze tak jest zdrowiej, po drugie, taniej… i do tego, bardzo prosto. I na poczekaniu recytowała sposób przygotowania i składniki: trzyprocentowy peroksyd wodoru, soda oczyszczona, jedna trzecia łyżeczki soli, piętnaście kropli olejku miętowego, wszystko to dobrze wymieszać, zamknąć i tyle…

„Na szczęście” chyba te ręcznie robione pasty były zbyt toporne do noszenia, więc z neseseru Tijany wyciągnąłem kupną pastę: głupkowatą i bez smaku, ale kupną. Wycisnąłem ją na szczotkę – wtedy poczułem jak zalewa mnie wyraźny spokój – teraz już tylko włożyć szczotkę do ust.

Pasta była ohydna, ale nie aż tak, żeby mnie mdliło. Coś w tym smaku było takie… znajome, ohydnie znajome. Niczym pies Pawłowa, błyskawicznie zareagowałem na alarm. Wrócił napad paniki. Ale to, co go wywołało, miało całkiem inną naturę: mieszanka zdziwienia, negacji, niezrozumienia… Kadr po kadrze oglądałem film, w którym ja i Tijana po raz ostatni naprawdę uprawialiśmy miłość: scenę, gdy przyniosła śniadanie, chwilę, gdy zacząłem ją podejrzewać… I wszystkie te piękne chwile spędzone z nią. Dlaczego – gdy ujrzałem ją po raz pierwszy – poczułem motyle w brzuchu jak nastolatek. Dziewczyna, która sprawiła, że nagle wszystko, co robiłem, zaczęło mieć sens. Przed nią zadowoliłbym się jakąkolwiek głupią gęsią z dużymi cyckami i wydawałoby mi się, że nic nie tracę. I gdzie teraz jestem?

Za każdym razem, gdy powraca do mnie myśl, że w napadzie zazdrości wymieszałem nową pastę Tijany z czyjąś spermą, znowu wywracają się we mnie trzewia. Jak w ogóle mogłem wziąć pod uwagę jakąkolwiek wersję oprócz tej, że to tylko mnie się wydawało, że Tijana mnie zdradza? A może sam podświadomie fabrykowałem iluzje, bo czułem się winny?

Chciałem sobie wydrapać oczy, samemu sobie przegryźć krtań, owinąć ręce wokół własnej szyi i zacisnąć tak mocno, aż zgaśnie blask w moich oczach, poderżnąć sobie gardło, żebym udusił się własną krwią… Dobrze znałem ten słony smak sody oczyszczonej i jeszcze czegoś, czegoś, co już nigdy nie zniknie.

Przełożyła: Agnieszka Żuchowska-Arent

© 2009 Željko Obrenović

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Kto zabił…?

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski