Lubię spacerować sama. Najbardziej w godzinach, w których wszyscy ludzie wypełniają swoje obowiązki. Około dziesiątej, jedenastej przed południem. Z tymi godzinami nieodmiennie kojarzą mi się licealne wagary. Kojarzy mi się park, woda i lody o smaku whisky. Nie mam w zasadzie celu, nie idę w żadnym określonym, z góry wybranym, obranym, nagim przeto, pustym kierunku. Ale i nie włóczę się. Chodzę. Dość szybko. Albo idę. Raczej idę, bo w końcu siadam. I kiedy usiądę, zaczyna się właściwie prawdziwy mój spacer. Wówczas w sobie najdalej wybiegam. Po wielu wtedy spaceruję ścieżkach. Od pierwszego kroku. Dzień. Co dzień. Codzień. I z domu, przez przystanki autobusowe, tramwajowe, przez podziemne przejścia, korytarze, schody, przez piętra i sale. I pokoje. I przedpokoje. Klatki schodowe. I w dół. A z dołu już tylko wysoko. Wysoko i płasko. A coraz głębiej w siebie wstępując, coraz wyżej pnę się. Z Niżej widać tylko Wyżej. A takie z dołu widziane Wyżej jest płaskie. Nie zachęca. Odgradza. Wspinam się, cała mokra. Czołgam się pod górę. Płasko, płasko, ale coraz wyżej. I Niżej tą płaskością staje się Wyżej. Z płaskości Niżej do z dołu zdającego się płaskim Wyżej. I śmielej. Już co „bym” zrobiła. Już dokąd „bym” pojechała. Bym. Bym – byś – był. I wstecz. Choć tam ciemno. Tam już się żarówki przepaliły i mroku nic poza księżycem sennym nie rozprasza. Tam nietoperze mieszkają i myślą. I śnią z głowami w dół zwieszonymi, w nich dużo krwi. I myśli w tej krwi zatopionych. Kiedy tam zbłądzę, też zwieszam głowę. Chcę przyśnić jeszcze raz. Żeby wyśnić, a niewyśnione w tej krwi dobrowolnie zatopić. Oczyszczającej. Tam co czas jakiś powracam, bo wyśnić trzeba. Trzeba wyśnić do końca. I powracać tam jeszcze razy wiele będę. Będę. To w przód. To w przód i w tył, to w dwie strony rozszczepione. Powracać będę i być będę. A tam słońce. Polana słońcem zalana. Nie łąka zielona, nie poczekalnia. Ale polana. I ja w trawie po kolana. Niepokalana. W sukience. A w dłoniach kaczeńców naręcze.
I tak spaceruję. Od tego miejsca, do którego dojdę i w którym usiądę. Lubię. Lubię spacerować sama. Nigdy tylko w krzaki nie wchodzę, w chaszcze. Żeby później w podartych nie wracać rajstopach.
© 2010 Justyna Filomena Jagiełło
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Lubię spacerować sama
© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Monika Mohylowska