Na chodniku po prawej stronie ulicy siedzą przekupki
i próbują przeciągnąć miasto na swoją stronę — na wieś,
a jeśli chodzi o czas, to w przeszłość. Jest lipiec
i temperatura osiągnęła 36 stopni. Ulica, przy której siedzą
kobiety, prowadzi do licznych romańskich i gotyckich
świątyń. Kiedy nie jedzie nią tramwaj — widać bloki.
Wszyscy mierzą miastu temperaturę, ale 36 stopni to nawet
nie gorączka. Ktoś mówi, że trzeba potrzeć termometrem
o słońce. Termometr pęka i przez resztę dnia jest letnie
zrównanie ciała z powietrzem.
Co jakiś czas kobiety rozkładają na ziemi świeże gazety
i odpłatnie zrywają z nich owoce. Sprzedają jabłka
i maliny. Dwa owoce na jednym ogniu sprawnie usmaży
zagraniczna patelnia — zapewnia jedna z nich i przesuwa
towar na środek gazety, jak na kuchence.
Obok owoców stoją wiaderka z kwiatami. Kwiaty opalają
się w słońcu na brązowy kolor, więc o szesnastej jest już
jesień. Kiedy robi się ciemno, kwiaty zapalają się i kobiety
wracają do bloków — każda ze świeczką.
© 2006 Kacper Podrygajło
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Miejscowe owoce
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski