> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№72 czerwiec 2010

Nietoperz wenecki Ewelina Jarosz

Przyłożono mi ostrza do szyi i kazano opowiedzieć tę historię!
Rzecz zaczyna się w Chinach, skąd do Wenecji przybyło dwóch kucharzy o twarzach bladych jak u leciwych dam. Do miasta położonego na wodzie Chińczycy przywieźli w smakowych kubkach receptę na sukces i po roku skromnego życia wynajęli lokal pod restaurację w najciemniejszym zakątku miasta. Tam, gdzie charakterystyczne sploty uliczek znikają i nie pozostaje nawet nadzieja na powrót, wenecjanie i turyści pokochali Sos nietoperzowy wraz z nietoperzami podawany w restauracji „Pod Prawdziwymi Nietoperzami”!
Wszyscy narażają się na utratę reputacji, gdy w grę wchodzi konsumpcja. Jednak dla smaku tego dania mężczyźni płoszyli swe kochanki, a kobiety przestawały palcami wskazywać na koronkowe wykończenia pałaców! Fakt, że się tam chadzało, należało trzymać w ścisłej tajemnicy przed światem, ponieważ prawdziwe konsumowanie jest konkurencją dla światowej polityki i najważniejszych monoteistycznych religii.

Pracowałem dla Chińczyków jako naganiacz o pseudonimie „Czarny Zwiastun”. Obijałem się o mury kamienic, trafiałem na plac św. Marka. Uwodzenie potencjalnych degustatorów nie sprawiało mi najmniejszego kłopotu, a jako że wyróżniałem się na tle gołębi groźnym wyglądem i wprawiającym w oszołomienie sposobem lotu, podążano za mną jak w hipnozie. Stali bywalcy bawili się mną nawet – łapali w garść i podrzucali w górę, wykrzykując „Hej ho!”. O, przewrotny losie!
Tego lata Wenecja zorganizowała biennale sztuki, a ja oblatywałem Arsenał oraz Giardini. Gondolier doświadczony jest w możliwościach manewrowych czarnej gondoli, ja wyćwiczyłem się w eskortowaniu symultanicznym. I wszystko szło jak z płatka do momentu, gdy w cieniu elewacji wypatrzyłem dziewczynę o rozwichrzonych włosach i niebieskich oczach w kształcie migdała, jakże różnych od moich. Oparta o nagrzaną fasadę św. Fiony de Gusto, przypominała anioła chłonącego światło. Rysy jej twarzy ginęły w słońcu i tworzył się uderzający kontrast między nimi. Bowiem ta druga, szatynka o ciemnej, chłopięcej twarzy prowadziła poufałą rozmowę:
„Nie namawiaj mnie do picia alkoholu. Wiesz jak to się skończy?!”.
„Wiem”.
„Więc dlaczego to robisz?”.
„Czy ja wiem? Może dlatego, że przyjechałyśmy do Wenecji razem...”.
„Powinnam zwiedzać, a staczam się przy tobie”.
„To zwiedzaj!”.
„Kiedy nie mogę!”.
„A to dlaczego?”.
„Bo chce mi się wina!”.
Sfrunąłem, zataczając pętelkę między jedną a drugą panną. Czułem, że doprowadzenie obu na miejsce będzie moim osiągnięciem.
„O, ten nas poprowadzi”.
„Nie...”.
I poszły za mną. Załapałem wiatr dalmatyński, który odciążał lot styranych skrzydeł, a gdy oddaliliśmy się od gwarnego placu, już bez zakłóceń słyszałem każde ich słowo. Barwy głosów – melodyjnego i miękkiego oraz pełnego z trudem powściąganej ekspresji – splatały się ze sobą:
„Popatrz na niego. Ile musi się namachać rachitycznymi skrzydłami, biedaczek. Gdzież nas prowadzi?”.
„Jest taki ciemny, kosmaty. Wcale a wcale nie boję się tego miejsca, do którego zmierzamy”. „Słusznie, gdyż nic nam nie grodzi. Dobrze znam tę okolicę”.
„Doprawdy ciemne wody, jakie od kilku wieków płyną w tych kanałach, nie są mniej bezpieczne niż kuracyjne baseny, w których prowadzi się wodny aerobik dla pań”.
Pociągnęły po łyczku Brunello di Montalcino i oto miały przed sobą numer z szyldem. Zanim wstąpiły, padło jeszcze pytanie i odpowiedź.
„A czy pani karnet po Wenecji obejmuje wyprawy w nieznane?”.
„Smak wina często krzyżuje się ze smakiem dobrej potrawy...”.
Chińczycy przyjęli gości z Chinom właściwą elegancją, a ja z ulgą zawisłem głową w dół pod sufitem ciemnej obniżonej Sali. Stąd miałem wszystkich na oku.
„Czuję się trochę niepewnie w totalnym mroku. Można by zapalić świece?”.
„Drogie panie”, przemówił uroczyście pierwszy z Chińczyków. „Wkrótce ta skromna sala rozświetli się blaskiem specjalności kuchni, pod której próg przywiódł was czarny Zwiastun”. Na te słowa wydałem z siebie pisk, a futerko na mym brzuchu najeżyło się. Zza zasłony przepierzającej kuchnię i jadalnię drugi Chińczyk wniósł półmisek z Sosem nietoperzowym wraz z nietoperzami. Emanowało z niego światło o czerwono-rdzawym odcieniu, jakiego trudno by odszukać na obrazach Tycjana oraz Rembrandta.
Podwójne „ach!” to obawa zmieszana z obrzydzeniem i fascynacją, skoro ich oczom ukazało się wiele sprasowanych nietoperzych ciałek ułożonych płasko jedno na drugim, bądź nabitych na kilka drewnianych pałeczek. Mimo że zanurzone w sosie, wciąż wyglądały na chrupiące. Kładąc danie na stole, Chińczyk przemówił w macierzystym języku:
„Chociaż przy pierwszym odruchu mięso nietoperza wydać się może naszym gościom nie na miejscu, wierzcie mi, że w wielkim kraju obwiedzionym murem panuje właśnie taki obyczaj kulinarny. Uważa się tam nawet, że mięso nietopezie jest wzniosłym substytutem mięsa rybiego. Jego konsystencja delikatniejsza, bardziej elastyczna, sprawia, że doznania podczas konsumpcji okazują się niepomiernie względem Europejskich zniuansowane. A teraz kosztujecie i niech smak ten pozostanie w pamięci waszych podniebień. Od tego momentu tracić będziecie wyrozumiałość dla pospolitych rozkoszy tak popularnych tu pizzy i spaghetti”.
Mniej odważna z dziewczyn rozpłatała nietoperza nożem. Najsubtelniejsza wiązka kilku mięśni i ścięgien osadzonych na drobnych kostkach przypominających ości, jaką w życiu widziała! Widelcem odciągnęła dla siebie kęs, umoczyła go w sosie i po przełknięciu, jak już się pewnie domyślacie, twarz jej zmieniła się nie do poznania.
„Wspaniała robota! Chyba powinnaś spróbować...”, spojrzała wymownie na swą towarzyszkę.
Lecz zamiast chęci skosztowania potrawy, tamta wybranka tonem przytomnym wyraziła zdanie w innej, niespodzianej dla mnie sprawie. Zupełnie jakby była nadmiernie religijna, albo wręcz święta, oznajmiła:
„Coś tu poczyna dominować nad waszą salą, gospodarze, i mnie się chce udzielać. Co za dziwny triumf... O, woni przypalonego afrodyzjaku. W górę i w dół, chce brać mnie, lecz nie zjedzie mi po dupie! Co ja mówię? Dziwnie się czuję. Jakby przez szybkę, przez okienko. Jakbym się znalazła w jakieś gejowskiej dupie. Lecz zanim stąd wyjdę...”. Wtedy uniosła swój widelec, stanęła na krześle i zbliżyła go do mnie.
„A ty? Wisisz tu sobie jak dywan na trzepaku. Nie chciałbyś dołączyć do swoich kolegów i koleżanek na talerzu?”.

© 2010 Ewelina Jarosz

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Nietoperz wenecki

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Monika Mohylowska