
Tajemnicza przemykała w ciszy, a jej pantofelki nie wydawały żadnego odgłosu. Podniecona i drżąca, przystawała na rogach ulic i pod drzewami, prawie zupełnie niewidoczna. Noc była spokojna i ciepła, przerywana tylko oddalonym szczekaniem psów. Światła latarń rozlewały się po ulicy, sącząc na nią cytrynowy blask.
Już niedaleko... już, on tam jest przecież, nikt mnie nie widzi... ach, jak ciasne te buty... czy on mnie nie oszuka, czy on jest tam, czy jego serce bije jak moje... gdzie jest ta szminka... nie ta – tamta... co się stanie... o, tam ktoś idzie... nie, to tylko cień... uff... – szeptała w duchu, nerwowym ruchem podciągając kremowe pończoszki.
Teraz stanęła w pobliżu ogrodów, za którymi wyraźnie widziała już bryłę Zamku, odcinającą się znacznie – bielą marmuru na tle brunatnego nieba i jasnozielonych drzew. Przystanęła na chwilę i spoglądała na wątłe światełko, które płonęło w jednym z okien.
Czeka – pomyślała.
Brama skrzypnęła cicho, Tajemnicza obejrzała się za siebie, jakby żegnała się z Płodolanami. I weszła.
Przechodząc wzdłuż szpaleru dracen, podeszła do drzwi i zapukała w nie lekko.
Otworzył jej Pan Zamku, ubrany na czarno, w zamszowej marynarce i drucikowych okularach. Jego znudzona mina zaskoczyła Tajemniczą, a twarz, która wyglądała jak flaga lekko wzdęta wiatrem, mogła świadczyć o nieprzespanej nocy.
Tajemnicza z impetem weszła do środka. Zdjęła apaszkę i pantofelki. Nie próbowała wyjaśniać, dlaczego się tu znalazła, ale wiedziała, że źródło tego tkwiło w niespodziewanej i pierwszej od trzydziestu lat wizycie Pana Zamku w kościele, wtedy, podczas Święta Kalend Majowych. Wokół siebie słyszała ożywione szepty i komentarze i z zaciekawieniem patrzyła na tego wysokiego, przystojnego mężczyznę w cytrynowej koszuli, mrużącego oczy od wiosennego słońca, które przebijało się przez okiennice. Czuła na sobie raz po raz rozpalone do białości spojrzenie Pana, które – zdaje się – przeniknęło ją, jakby dostało się przez usta do przełyku i stamtąd niżej, aż do podbrzusza. Wiedziała, że przyszedł do świątyni tylko po to, aby ją zobaczyć. Pan Zamku zaintrygował ją, był przecież taki inny niż wszyscy, jak znak protestu wobec dzisiejszego świata, z tymi swoimi staroświeckimi zwyczajami, dewizką i koszulą z postawionym kołnierzem. Kilka dni później postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Gdy brat zasnął znużony projektami architektonicznymi i sutą paellą przyrządzoną przez siostrę, wykąpała się, nasmarowała olejkiem migdałowym i włożyła jedwabną bieliznę, która była tak delikatna, że Tajemnicza nadal czuła się jakby naga. Odczekała jeszcze godzinę, szczęśliwa, że oto w swoim życiu pełnym papilotów, roślin, którymi się opiekowała, wymyślanych coraz to nowych potraw i długich rozmów z ukochanym bratem na tarasie domu znalazło się coś tak emocjonującego. I wyszła. A teraz siedziała na pięknie rzeźbionym hebanowym krześle i rozglądała się po pomieszczeniu.
– Czekałem na Ciebie – z pozorną niedbałością wykrztusił z siebie Pan Zamku, pocierając kciukiem oczy.
– Mówisz jak bohater kiepskiego melodramatu – ucięła Tajemnicza. – Daj mi lepiej coś mocnego do picia. Tobie też doradzam parę łyków, może będziesz wygłaszał sentencje nieco bardziej... oryginalne.
Po prostu nie przesadzaj.
Twarz Pana Zamku zastygła w ironicznym grymasie, ale po sekundzie jego brwi podniosły się, gdy zobaczył kiwającą się stópkę Tajemniczej, delikatnie skrytą za kremowym woalem pończoszki. Drgnął i machinalnie spytał:
– Wino różowe czy czerwone?
I w tym momencie – jak zdawało się Tajemniczej – był już pokonany.
Co za śmieszność w tym wszystkim – ta sala z ogromnym stołem, przy którym siedziała, lichtarze, filiżanki, portrety przodków na ścianach. Ciekawe, czy ma lokaja albo kamerdynera.
– Panie Baronie! – krzyknęła Tajemnicza przez rząd sal, gdy Pan Zamku poszedł po trunki. A ma pan piwnice, gdzie trzyma pan wina rumuńskie i szkielety z czasów rewolucji francuskiej? A pokaże mi pan srebra rodowe? A opowie mi pan mit założycielski?
Po chwili wrócił, niosąc butelkę o długiej szyjce, i milczący, drżącą ręką nalał do kieliszków jej zawartość. Siedzieli naprzeciwko siebie, stół był jednak wąski, tak że Tajemnicza postanowiła zrobić z tego użytek, a dodatkowo wykorzystać atut swych długich nóg. Prawą stopą namacała jedwabne spodnie Pana Zamku, po czym jej palce zaczęły prężyć się w okolicach jego lędźwi. Niedbale spojrzała w sufit, gdzie na plafonie wyobrażona była Diana, bogini łowów. Usłyszała tylko jęk Pana Zamku, jak spadają mu okulary i jak jego męskość pręży się, gotowa do skoku.
– Czy to Correggio malował ten plafon? – spytała się nagle, spoglądając w górę i cofając stópkę, śmiertelnie poważna, przerywając na chwilę rozkosz, zbliżającą się już do wstydliwego i przedwczesnego spełnienia.
– Co?... znaczy... słucham?... znaczy... tak... Correggio – odparł Pan Zamku, zbity z tropu i usiłujący zachować powagę.
– Jakim sposobem on tutaj się znalazł? Przecież tu dzicz wtedy była, a po lasach żubry z diabłami biegały – dopytywała się, żywo zainteresowana.
Westchnął.
– Mój praprapraprapraprapradziadek zabrał go ze sobą z Italii, gdy wracał z poselstwem od papieża Aleksandra VI Borgia di Puttanesca. Correggio miał wtedy szesnaście lat – dodał, dolewając sobie wina i nerwowo obcierając spoconą twarz chusteczką. Miał ochotę rzucić się na Tajemniczą, jednym ruchem zerwać z niej te ciuszki i arystokratycznie wbić się w nią, rozchyloną i wilgotną, ale czuł, że – na przemian – dystyngowana krew Czartoryskich i Raczyńskich powstrzymuje go od tego, a po drugie – bawi go ta cała sytuacja i niespodziewane szczęście Pięknej pod dachem, która na pewno zostanie tu na noc. – ... o czym to ja mówiłem – wrócił do rzeczywistości – aha... Correggio miał wtedy szesnaście lat, gościł u mojego pra...przodka przez pół roku, obsypywany honorami i przysmakami, zanim zatęsknił za Italią i wrócił do Mantui, namalował nie tylko ten plafon z Dianą na łowach, ale też alegorie miłości w sypialni na Górnym Zamku...
– ... a do sypialni to ja na razie nie chcę – żachnęła się Tajemnicza, rozpinając guzik u koszulki, przez co oczom Pana Zamku ukazał się zaczątek jej piersi.
Pan Zamku spuścił głowę, lecz po chwili wstał szybko, podszedł to portretu prababci z Raczyńskich Czartoryskiej i pradziadka z Czartoryskich Raczyńskiego, starannie zasłonił je zielonym kirem, po czym rozpiął spodnie i z trzaskiem rzucił na podłogę Tajemniczą razem z krzesłem, dysząc ciężko wziął ją na ręce (umierającą ze śmiechu) i po krętych, drewnianych schodach zaniósł do sypialni na Górnym Zamku. Pośpiesznie rozebrał ją do naga, lecz zamiast ją pieścić, najpierw patrzył i dotykał, on – miłośnik arcydzieł obserwował sfumato i chiaroscuro roztaczające się wokół Tajemniczej leżącej na udrapowanej starannie kremowej pościeli. Ich oczy po raz pierwszy spotkały się, a Tajemnicza przestała się już śmiać. Wszedł w nią powoli, prawie bezwiednie, naturalnie. Tajemnicza poczuła lekki, tępy ból, wydała jęk, a jej twarz była wtedy piękna jak nigdy wcześniej. Sama jednak, za pomocą swoich stóp i kolan przyciągnęła go bliżej i zamknęła w drżące biodra. Po chwili nie mogli się już od siebie oderwać. Tajemnicza zaczęła wydawać z siebie najpierw pomruki głaskanej kotki, potem jęki narowistej klaczy, wreszcie krzyki, które niosły się przez otwarte okno i odbijały się od murów kościoła, stojącego przecież po drugiej stronie ulicy.
Pani Pieprzycka, która podczas kolejnej bezsennej nocy obchodziła właśnie płodolańską świątynie, śpiewając „Wszystkie nasze dzienne sprawy...”, słysząc monumentalne krzyki Tajemniczej (która szczytowała właśnie po raz siedemnasty), bezwstydnie rozrywające ciszę nocy, zatrzymała się na słowach; „Odwracaj nocne przygody” i wymachując różańcem w zaciśniętej pięści wyszeptała najgorsze przekleństwa, jakie mogły jej wpaść do głowy:
– Mason, libertyn, Żyd, antylerykał!
Z kolei osiemnasty orgazm niezmordowanej Tajemniczej, która teraz ochoczo spełniała rolę ulubionej klaczy Pana Zamku, wyrwał ze snu wikarego Siekierkę, który przetarł oczy, wyskoczył z łóżka i zaskoczony podszedł do okna, a zobaczywszy światło w Zamku, zaczął mówić pośpiesznie:
– I niech z tego miłość ci przyjdzie, człowieku, w grzechu też jest chora dobroć, kochajcie się i łączcie, bierzcie, to co piękne i to co sam Pan wam dał, ludzie. Obdarowujcie siebie nawzajem i otwórzcie się przed sobą jak dwa kwiaty obsypane blaskiem słońca. Jaka urocza jest muzyka twych krzyków, niewiasto, a jaka ich gramatura bogata!
I błogosławił rozświetlony Zamek. I w tej samej chwili Pan Zamku zakochał się w Tajemniczej. A Siekierka położył się w łóżku i czytał Pieśń nad Pieśniami, aż licząc kolejne orgazmy Tajemniczej, zdziwił się, gdyż było ich jeszcze tyle, ile rozdziałów Księgi, to jest osiem.
Dziewiętnasty orgazm Tajemniczej usłyszał Markaz idący na nocną zmianę do pracy w fabryce, ale miał tę łaskę, że nie rozpoznał głosu, bowiem Tajemnicza nigdy nie odezwała się do niego ani słowem.
– Dziwkarz i burżuj sobie na noc panienki sprowadza i pozwala im jeszcze drzeć się na całą, kurwa, okolicę. W ten sposób... Ale jak ma Blacharkę zasponsorować, żeby dobudowali trybunę północną na jubileusz klubu – na to nie ma kasy! W ten sposób, z tych sposobów... – splunął i poszedł w dół ulicy.
Dwudziesty orgazm Tajemniczej usłyszał sum w jeziorze Owodnia. Wystawił swój wielki łeb, zrobił głupkowatą minę i – zawstydzony – zanurzył się z powrotem w głębinie.
Dwudziesty pierwszy orgazm Tajemniczej, która wypróbowywała właśnie walory ścisłego zjednoczenia za pomocą sanny, zawisł w powietrzu gdzieś między Karcianą a Dekadencką. W ciężkim i dusznym od kwiatów powietrzu tych ulic dźwięk zachował się jeszcze na kilka godzin w stanie jakby potencjalnym i niewytłumaczalnym naukowo, a miało go usłyszeć dopiero rano starsze małżeństwo, które wybrało się na spacer, i w ten sposób przypomnieć sobie zamierzchłe chwile swojej własnej miłości w okupowanym mieście.
Dwudziesty drugi orgazm Tajemniczej, która właśnie zajmowała się rodowymi klejnotami, dał się słyszeć w okolicach torów, ale nie przebił się na Greckie Równiny. Doszedł on natomiast uszu Kiszkego, który jak zwykle po nocach siedział w ciepłych bamboszach (mimo letniej pory) nad swoją Księgą Nieufności Wobec Świata, i przez pomyłkę zamiast „porządny” napisał „pożądany”, a zamiast „ekspresja” „sekspresja”.
Dwudziesty trzeci orgazm Tajemniczej, która właśnie doświadczała miękkiej rozkoszy na piedestale z poduszek, usłyszała jedna z nowicjuszek u sióstr dominikanek, co spowodowało, iż następnego dnia, zdeterminowana, z samego rana opuściła klasztor, zostawiając tylko matce przełożonej kartkę: Rozkosze niebieskie nie dla mnie – chcę zjednoczenia z ziemią, tą ziemią.
Dwudziesty czwarty orgazm Tajemniczej, która powoli ulegała znużeniu, sprawił, że pospadały śliwki ze słynnego drzewa Rafała Ucieczki. Ich odurzający zapach było czuć jeszcze przez kilka dni, a jako pierwsza poczuła go sama Tajemnicza, gdy około południa powróciła do domu otoczonego ogrodem i zastała w nim brata, zamyślonego nad dziełami Hegla.
Dwudziesty piąty orgazm Tajemniczej, która potraktowana niczym Królowa Nocy głośno zastanawiała się, czy czasem nie przypadła jej w spadku monarsza korona, sprawił, że jałowe dotąd pole na wschód od Zamku w ciągu kilku chwil zapełniło się kłosami zbóż i kwiatami polnymi.
Wreszcie, ostatni, dwudziesty szósty orgazm Tajemniczej, która zakończyła tę miłosną symfonię powolną karuzelą, usłyszałem ja. I spisałem to wszystko.
A Tajemnicza, przechodząc pod mym oknem następnego dnia, gdy biły dzwony kościelne, spytała:
– No, ile ich było, Saudade?
– Dwadzieścia sześć.
– A widzisz. Mówiłeś kiedyś, że byłabym dobrą śpiewaczką operową, ale nie sądziłeś chyba, że śpiewam takie piękne... hmm... arie... Proszę cię, zachowaj to głęboko i ujawnij dopiero, gdy przyjdzie czas.
I powoli, z wysiłkiem, gdyż na pewno była zmęczona, wymachując torebką, w sukience założonej na lewą stronę i z czerwonymi śladami na szyi, poszła w stronę domu, gdzie czekał na nią zaskoczony brat.
– Gdzie byłaś? – spytał, lustrując zaniepokojonym wzrokiem dziwny wygląd siostry.
– No cóż, to była jakby długa, wyczerpująca jazda nocnym autobusem, sankami, konno i na poduszce, i na latającym stole...
– ... i na latającym dywanie – dorzucił ze śmiechem brat. Na drugi raz, gdy idziesz do Miasta się upić, uprzedź mnie o swoich zamiarach, wiesz przecież, że nie powinnaś sama opuszczać Płodolan – dodał łagodnie, lecz z dezaprobatą. Zrobię ci gorzkiej herbaty z limetką, to najlepsze na kaca. A wiesz, właśnie czytam sobie Hegla i...
– Kegla? – spytała Tajemnicza.
– H-e-g-l-a, moja droga. Nie wiedziałem, że na kacu tak intensywnie myślisz o anatomii.
– No, może trochę... – Tajemnicza uśmiechnęła się nieznacznie i dopiero gdy brat wyszedł z pokoju, znużona, padła na łóżko.
A Pan Zamku parę godzin po wyjściu Tajemniczej w stanie najwyższego wyczerpania podniósł się z poduszek, zadzwonił do pizzerii Ascoli, zamówił dwie pizze toscana (roznosiciel pizzy był zachwycony napiwkiem), poczym zjadł je z niezwyczajnym dla siebie apetytem, wypił butelkę soku pomarańczowego i doprowadził się do ładu.
Potem wyszedł na dziedziniec Zamku, zapalił papierosa i patrząc na niedokończoną od trzystu czterdziestu siedmiu lat budowlę, pomyślał:
– Jeśli dobuduje się dwie komnaty od strony północnej i zaprojektuje nową sypialnię w Dolnym Zamku, to pomieszczeń będzie akurat dwadzieścia sześć. Interesujące... Trzeba jeszcze odnowić fasadę, wymienić okiennice, wyburzyć dwie wewnętrzne ściany i przemalować kuchnie. Mam dla kogo, Ona tu zamieszka i stanie się Panią na Zamku, moją Panią na Zamku. Zaraz, zaraz, o ile dobrze pamiętam, brat Tajemniczej jest architektem. Zacny człowieku, strażniku mojej kobiety, cherubinie, Kupidynie skrzydlaty, jej opiekunie i powierniku, niech diabli wezmą mnie i ten Zamek, jeśli to nie ty dostąpisz zaszczytu skończyć tę budowę, co nie udało się ani Janowi Baptista Quadro, ani Christopherowi Wrenowi, ani naszej poczciwej i niebrzydkiej Pecy. I niech licho mnie porwie natychmiast, jeśli ci nie zapłacę po królewsku, nie, po cesarsku.
Nasłuchujące tych słów Zielone Licho skryte wśród krzaków wzruszyło tylko ramionami, podrapało się racicą za uchem i westchnęło.
– Jego to nie ruszę, jest już naznaczony. I nie będę już mógł hasać po dachu i zrzucać z niego cegieł na ulicę, jak to robili od pokoleń moi przodkowie... Świat ostatecznie schodzi na psy. Od tylu lat skutecznie przeszkadzamy dokończyć ten Zamek, taka była z tym zabawa, jak upijaliśmy budowniczych miodem (to chyba było za Fryderyka Wilhelma), albo dodawaliśmy piasek do cementu. Jak tak dalej pójdzie, to, my Licha, pójdziemy z torbami. Świat ostatecznie schodzi na psy...
I ze złości poszło drażnić wielkiego suma w Owodni.
Pan Zamku tymczasem pobiegł przez korytarz, kłując się mięsistym liściem agawy, która jak zwykle mierzyła swoim kolcem w jego arystokratyczny tyłek. Dopadł do portretów prababci z Raczyńskich Czartoryskiej i pradziadka z Czartoryskich
Raczyńskiego i z impetem, równym temu, z jakim zdzierał letnią sukienkę z Tajemniczej, zerwał z nich zielony kir.
– Babciu, będziemy mieli nowy Zamek, najpiękniejszy na świecie! – wykrzyknął.
© 2009 Maurycy Witkowiak
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Noc na Zamku
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski