> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№6 grudzień 2004

Nogi Kacper Podrygajło

Zachorowałem na trąd. Któregoś dnia zobaczyłem na swoich nogach gnijące plamy, ale kiedy chciałem pokazać je siostrze — jedyne, co potrafiłem zrobić, to kartkować jej przed nosem książkę, przez którą przewijały się mniej lub bardziej rozmazane ślady po krwi. Nie chciała wierzyć, że pokazuję jej swoje nogi.

Poszedłem do apteki, w której przed kilkoma miesiącami regularnie wymieniałem zdobyte w pokrętny sposób drobne. Zobaczyłem twarz znajomej aptekarki, speszyłem się i wróciłem na ulicę, postanawiając iść tam, gdzie nikt mnie nie rozpozna. (Bóg potrząsnął przecząco głową, rozłożył ręce i zrobił wszystko, by być ekspedientką, która mówi: Niestety!). Wszędzie spotykałem te same, znajome kobiety z apteki na starym rynku. Zacząłem im zazdrościć myśląc o tym, jak wielką odbierają pensję pracując jednocześnie w tylu miejscach.

Kiedy wróciłem do punktu wyjścia, apteka wymieniała uprzejmości z przerażająco brzydkim ratuszem. Zawahałem się i wszedłem do środka. Zapytałem krótko obciętą, ciemnowłosą aptekarkę, czy mnie poznaje. Skinęła głową powstrzymując się od śmiechu. Powiedziałem jej, na co jestem chory i poprosiłem o lekarstwo. Zachichotała i bez słowa wyszła na zaplecze. Po chwili krzyknęła, że będę musiał trochę zaczekać. Kiedy zapytałem, jak długo, kazała mi przyjść następnego dnia.

Dzień później nie byłem już w stanie dotrzeć na rynek. Nie próbowałem też iść do szkoły, wiedząc że nieprawdopodobny smród, jaki się za mną ciągnie, skłoniłby kolegów do nazwania mnie „skisłym”, albo „śmierdzielem”. Choroba postępowała szybko. Z trudem poruszałem się na przegniłych, w połowie martwych nogach. Mimo wszystko udało mi się dojść do najbliższej apteki. Była mała i słabo zaopatrzona.

Ucieszyłem się, kiedy zobaczyłem aptekarkę, z którą rozmawiałem poprzedniego dnia. Ona jednak wyraźnie zdenerwowała się na mój widok, wykrzyknęła: Zupełnie zapomniałam! i pobiegła na zaplecze, ciągnąc mnie za sobą. Na ostatnim zakręcie odwróciłem się i zobaczyłem przez szybę mamę, która stała na zewnątrz i pukała się w czoło.

Znalazłem się w dużym pomieszczeniu pełnym znajomych aptekarek. Niektóre ignorowały moją obecność, inne uśmiechały się nieznacznie, żadna jednak ani na chwilę nie przestała pracować. Także ta, która mnie ze sobą przywlokła, energicznie mieszała ze sobą proszki i owoce, rozcierała na miazgę śmierdzące tabletki i zalewała wszystko wyjętym z lodówki płynem, co wystarczyło, żebym uznał ją za wiedźmę.

Byłem pewien, że aptekarki są zmuszone do ciągłego przyrządzania mikstury, która leczy je z obecności w jednym tylko miejscu w tym samym czasie. Zanim zrobiło mi się ich żal, czyjaś ręka zdążyła wyprowadzić mnie z zaplecza i wciągnąć do przestronnego wnętrza apteki na starym rynku. Zmartwiałem na myśl o odległości dzielącej mnie od domu. Czyjś palec pokazywał słoik z przygotowanym dla mnie lekarstwem, który przy odrobinie dobrej woli można było pomylić z dżemem. Ucieszyłem się i wyciągnąłem po niego rękę, ale wycelowany na słoik palec nagle zmienił kierunek. Wskazywał teraz leżący w rogu apteki pakunek. Przypominał on paczki ze słodyczami dla dzieci, które z okazji Bożego Narodzenia dostają z pracy niektórzy rodzice. Ze środka pudełka sterczała butelka czerwonego wina. Otaczały ją kolorowe mydła, czekolady i słoiki identyczne jak ten, który stał na ladzie. Chwyciłem paczkę i nieudolnie podążyłem do wyjścia, czując na sobie rozbawiony wzrok aptekarek.

Na zewnątrz było już ciemno. Po niebie snuły się rzadkie chmury. Kiedy odsłaniały księżyc, można było dostrzec małe jak ćmy, ogarnięte furią planety, które lecąc do światła tratowały tarczę księżyca i siebie nawzajem; szamotały się, stawały w płomieniach i w końcu spadały, skwiercząc złowrogo. Chodnik był pełen ich połamanych skrzydeł. Spojrzałem na nogawkę spodni, podniosłem ją i natychmiast odwróciłem wzrok. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest już za późno. Nogi w skupieniu oddawały się fermentacji, uginały się pod ciężarem reszty ciała i cudem doniosły mnie do domu.

Na schodach, między drugim a trzecim piętrem, przewróciłem się i rozpłakałem. Zostawiłem na posadzce cuchnącą kałużę zepsutego mięsa, którą natychmiast obsiadły muchy. Czepiając się poręczy, dowlokłem się do drzwi i po chwili płakałem dalej w swoim pokoju.

Minęło trochę czasu, zanim znalazła mnie siostra. Stanęła we drzwiach i przez dłuższą chwilę nie przyjmowała do wiadomości tego, co zobaczyła. Pomyślałem przez chwilę, że odejdzie. Podbiegła jednak i dotknęła mnie, a kiedy kawałek nogi został jej w dłoni, rozpłakała się i zaczęła krzyczeć.

Dlaczego dałeś mi jakąś książkę, zamiast pokazać to od razu? — pytała z obłędem w oczach i odgarniała płaty martwej skóry; kartkowała je i wyrywała te, które zdążyły zaschnąć. Wkładała kolorowe zakładki, jeśli zbyt mocno trzymały się kości, wertowała rozkładające się tkanki odczytując od czasu do czasu niezrozumiałe słowa w odrażających językach. Przerzucała rozpadające się kartki umazane w przekrwionej mazi, w której mieszały się ze sobą wystawione na pastwę choroby litery. Na moich oczach rosły grube tomy bez okładek i tytułów, a moja siostra dogrzebywała się do coraz głębiej położonych, pozbawionych akcji rozdziałów.

Kiedy dotarła do kości, wydała z siebie cichy okrzyk, powiedziała: W ten sposób nigdy się tego nie pozbędziemy i wyszła z pokoju, wracając po chwili z największym kuchennym nożem. Jego widok podniósł mnie na duchu; uśmiechnąłem się i przestałem wymiotować. W najwyższym skupieniu moja siostra odkroiła martwe nogi i zawlokła je na półkę z książkami, skąd prezentowały się znakomicie. Sięgnąłem po paczkę z apteki, otworzyłem wino i wzniosłem uroczysty toast. Po latach wspominaliśmy całe wydarzenie ze śmiechem.

© 2004 Kacper Podrygajło

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Nogi

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski