> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№13 lipiec 2005

Z cyklu „Dobrej nocy w Nous Caffe”:

On Karol Zamojski

Nous Caffe znajdowało się nieopodal czerwonej fontanny. Spotkać przy niej można, zależnie od pory dnia, roku i być może czegoś jeszcze, różnego sortu mieszkańców P***. To czasami były spotkania jakich mało, a nawet jakie jeszcze nigdy dotąd nie miały miejsca. A są tacy, którzy przechodząc zupełnie obok w dniu i czasie, o którym zaraz, powiedzieliby: Nikt się tu nie spotkał, a tym bardziej nie…; właśnie, co nie?

Pan F., stały bywalec Nous Caffe, przechodził naonczas w rzeczonym miejscu. Idąc ciężkim, chwiejnym, ale zupełnie własnym krokiem robił już trzecie kółko wokół fontanny. Jej czerwień, a trzeba wiedzieć, że fontanna była delikatnie w czerwonym odcieniu i nikt nie potrafił powiedzieć dlaczego; co prawda krążyły legendy o pięknej królewnie, smoku i jakimś rycerzu, ale kto by się tym przejął, a już na pewno nie my, którzyśmy wiedzieli, że to tylko ludzka, mała potrzeba jasności. Więc czerwień tejże fontanny przyprawiała F. o zawroty głowy. Obserwując to wszystko, można było dojść do wniosku, że czwarte okrążenie przyniesie zmianę. Kiedy je zaczął, dobiegła naszych uszu niezwykle senna muzyka, a zza rogu Akademii (Akademia była podobno jakąś głęboko filozoficzną, jedną z najstarszych uczelni w tym kraju. I stała sobie przez przypadek, ale ale, nie wyprzedzajmy…) Więc zza jej rogu, a stała ona po przeciwnej stronie do fontanny niż Nous Caffe, a sam jej róg był niezwykle malowniczy, gdyż niósł ze sobą nie tylko kunszt rąk ich twórcy, również kunszt rozumów wszelakich, które przez wieki wypełniały przestrzeń przez ten róg częściowo wyznaczaną, ale wreszcie przestrzenne wyrazy osobowości przechodzących obok niego artystów codzienności przez ostatnie 800 lat, więc zza tego rogu, o którym przecież wiemy już tyle, że moglibyśmy przestać go wspominać, ale przecież ów róg jest teraz główną sceną, bo właśnie zza niego wyłania się najbardziej tajemnicza postać dzisiejszego popołudnia. I ten fakt zatrzymał pochód F. Również tajemniczy przybysz wstrzymał krok. Fontanna zmieniała odcień. Stała szkarłatna, a z czasem aż fioletowa i przechodząc w granat dała wyraz napięciu sytuacji. F. i nieznajomy patrzyli na siebie w milczeniu. Nawet gołębie… zaraz, przecież tutaj nigdy nie było gołębi. Ich obecność świadczyła zatem o powadze czasu. Tym bardziej, że — skoro już były — zachowywały się nadzwyczajnie: zbite w gromadę, stały w jednym rogu placyku i wpatrywały się to w F. to w nieznajomego. A oni — stali nieruchomo.

Z okna Nous Caffe, ze swoich cowieczornych miejsc wpatrywało się w spotkanie kilkanaście par oczu. Były to spojrzenia rozumiejące. Oto przecież pojawił się On. I tylko jeden F. to przewidział. Mówił o Nim już od dłuższego czasu. Domysły, które snuł nie były prorocze, tak przynajmniej myśleliśmy. Jednak okazało się, że gdy już się pojawił, wszyscy poczuli nieswojość swego miejsca. Uczucie to było dziwne. Przecież wiedzieliśmy, że za oknem jest czas, że to co widzimy jest tylko obrazem tego czym żyjemy. Zaokienność interesowała nas nie jako czasowość, w każdym razie nie przede wszystkim. Tak, czy inaczej Nous Caffe było, a myśmy czuli się nieswojo.

To był znak, że kończy się już nasza epoka. Ostatecznie nie spotkaliśmy jeszcze naszych losów, a On już jest.

Chwilę jeszcze stał w milczeniu i już, już zamierzał się ruszyć, a ten przyszły ruch każdy z nas poczuł, gdy nagle z bocznych drzwi Akademii, bo na fontannę, obecnie w kulminacyjnym stadium granatu, wyglądały boczne drzwi, no i z nich wyszedłem ja. Bóg wie, jakby to się skończyło, gdybym zupełnie niespodziewanie nie podszedł do niego, złapawszy najpierw niezrozumiały gest oka F. i zapytał: No… a… która to godzina? On zaskoczony odpowiedział nieroztropnie: Nieee… wiem. Na to ja: A jeśli tak, to zapraszam na kawę.

W tym momencie gołębie rozpierzchły się w wariackim tempie, F. dokończył czwarte okrążenie, fontanna znów była czerwona, a On i ja wolnym krokiem szliśmy do Nous Caffe. Muzyka wciąż senniła i mdlała. Dopiero kiedy otworzymy drzwi, okaże się, że to muzyka nieistniejącej orkiestry Nous Caffe. Ale, zanim drzwi… Na placu uformował się przedziwny kondukt, nie całkiem pogrzebowy. F. poprzedzały dwa beznogie psy, potem szedłem ja, za mną On, coraz bardziej przestając być sobą. A za nami w wietrznym chaosie te, które widzieli tylko Nieliczni. My i może kilku spoza nas obserwowaliśmy je nieustannie. Choć wiedzieliśmy już, że nie zmienią nas; jeszcze nie teraz. Muzyka sennie wwiercała się w Jego świadomość. Ludzie, którzy nagle pojawili się na placu, odprowadzali nas swym bezrozumnym wzrokiem. Dla nich istniały tylko „biedne zwierzęta”. F. pchnął znienacka drzwi kawiarni, które ustąpiły, jak zwykle, bezgłośnie, a na ulicy zajaśniało. Nieliczni z zewnątrz założyli znalezione w fontannie okulary słoneczne. Wolnym, dumnym, sennym krokiem przekroczyliśmy próg. F. zniknął, jak miał to w zwyczaju, natychmiast. Ja usiadłem na miejscu naszego filozofa. I jak co dnia, ze zdumieniem odkryłem, że to moje miejsce. I jak co dnia zostałem na nim. A on, chwilę postawszy, sięgnął do kieszeni, wyjął kilkanaście srebrnych monet, rzucił je na bar i powiedział: Kawa, dla wszystkich, po czym zniknął. Zupełnie jak F. Tyle, że F. jutro przyjdzie, a On? Zostawił tu duszę, a ciało znaleziono dwa tysiące lat wcześniej, wiszące na drzewie.

Napięcie ustępowało. Znów zaczęliśmy rozmowę bezgłośną. Ustaliliśmy bez słów co dalej. Było nieustannie duszno, muzyka nie przestawała mdleć. Z radością piliśmy kawę, pierwszą od godziny. Jej smak, gorzki smak zdrady miał pozostać z nami na długo. Jak długo, odpowiedzą nasze losy.

Tymczasem czekaliśmy, bo dzięki wybiegowi nasz czas trwał nadal i znów nabierał rumieńców, bo nadchodziła chwila wcielenia kolejnej zostawionej w Nous Caffe duszy. Kolejnego błędnego wcielenia. Kolejne krzesło…

© 2005 Karol Zamojski

verte.art.pl > Czytelnia > Dobrej nocy w Nous Caffe > On

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski