Kiedy Czarnoksiężnik z krainy Oz, skądinąd cyrkowy sztukmistrz, brzuchomówca i specjalista od balonów, odbił się od Szmaragdowej Krainy i ruszył w drogę powrotną, targała nim wątpliwość co do tego, gdzie wyląduje i czym będzie, gdy wyląduje. Wiedział już, że nie mieści się cały w swych magicznych sztuczkach. Czuł, że ma głos podzielony, nadający się do wygłaszania zdań przewrotnych, niekoniecznie prawdziwych i niekoniecznie fałszywych. Pośród nich można było długo spacerować, gdyż głos z brzucha Oza nie miał ani echa, ani dna. Gdy tak rozważał powrót od strony doprowadzania siebie do wariactwa, wielki ptak przypominający papugę trącił zaostrzonym skrzydłem jego balon i gwałtownie, na chybił trafił, zaczął spadać na Ziemię.
Wylądował po uszy w zaspie śniegu. Jakże różniło się to miejsce od szmaragdowej barwy, nadanej przez niego za pomocą specjalnych okularów poprzedniemu miejscu. Nie były jednak całkiem od siebie odmienne. Gdy tylko obolały powstał, zobaczył stojące naprzeciw niego lustro w bogato zdobionej, srebrnej ramie. W nim ujrzał osobę w czarnym kostiumie, która od razu zaczęła pokazywać mu i mówić do niego, wciąż oszołomionego zlotem i marznącego. Ta w lustrze stroiła wesołkowate miny, wypowiadając słowa, które Oz zaledwie kojarzył z innej bajki. Lecz rozpoznał natychmiast, że oto ma przed sobą rzeczy dobrze mu znane – występy. A ty? Nie poznajesz znajomej gęby? – usłyszał i ocknął się, gdyż jakby już gdzieś widział.
Głupi Oz, dziwny Oz
Dwa i widzę Oza
W lustrze był, trochę pił,
Szmaragdowy owal.
Gdzie tu jest przystanek autobusowy? – zapytał mimo wszystko, lecz ta osoba odpowiadała jak przystało na odbicie z krzywego zwierciadła, na przekór, rozumnie i nierozumnie zarazem:
Całe życie występował
Gdy mu balon zabąblował
Gdy mu balon jego słodki
od Dorotki do Dorotki...
Oz odwrócił twarz od zwierciadła. Zaczął padać śnieg. Z ziemi podniósł swój kapelusz i nakrył nim głowę. Zabawnie to wyglądało, gdyż kapelusz był za mały i wystawała spod niego aureola jasnej, pożyłkowanej skóry. Zastanawiał się, gdzie w okolicy znajdują się przystanki autobusowe. Przydałby się również kiosk, gdyż nie miał przy sobie biletu. Gdy znalazł przystanek, odczekał swoje i wsiadł w autobus, który go wiózł, a on naiwnie pytał ludzi, dokąd. Różne były zdania w tej sprawie. Jedni, patrząc mu prosto w oczy, odpowiadali, że ta linia zawiezie go na miejsce, inni – raczej ignorując tego niepozornego człowieczka – że powinien się przesiąść tam a tam, no, no, tam. Byli też tacy, którzy poinformowali Oza, że o tej porze nie dostanie już nigdzie biletu, co prawie przyprawiło go o zawrót głowy. Gdyby dobrze poszukał, wygrzebałby pewnie jakiś z kieszeni.
Nade wszystko był przygnębiony. Powoli przypominał sobie tę okolicę i uzmysławiał, dokąd jedzie autobus. Tu nie mogło być pomyłki. Nie patrzył już na innych pasażerów, nie znał ich przecież. Spoglądał na swe dłonie. Na ich wewnętrznych stronach odcisnęły się ślady wiklinowego kosza balonu, na wierzchu były pomarszczone od chłodu. Czuł się w tym towarzystwie onieśmielony, gdyż przypominał sobie również, że jest przecież Głosem, Potworem, Ognistą Kulą, a nawet Kobietą. Tak, z pewnością był nimi wszystkimi i znacznie więcej; smutek jest przejściowy; w brzuchu tylko pobrzmiewa echo; wkrótce znów będzie mógł ich zabawiać przy naśladującym fortepian pudle, za nieco rozchyloną kurtyną i w przyciemnionym świetle, o!, chociażby wyczarowując na scenie wcześniej jedynie naszkicowany przystanek autobusowy i zaraz po nim autobus. Zawsze czuł awersję do podróżowania z biletem. Gdy on wyczaruje, gdy to z jego dłoni wjedzie, szabelką będą otwierać butelki szampana!
Pasażerów było coraz mniej, aż został sam. Wysiadł na pętli i udał się znajomą drogą. Płaty śniegu bębniły o rondo czerwonego kapelusza. Nie mógłby się go pozbyć. Ta część garderoby podkreślała jego cudaczny charakter i sposób igrania ze światem. Ledwie trzymający się głowy kapelusz był jego najintymniejszym atramentem podczas pokazów sztuczek w cyrku. Publiczność mogła dostrzec w spadającym i podnoszonym z dworską manierą fałdy, pętle i zawirowania własnego zdziwienia, niedowierzania, uszczęśliwienia! Lecz jej miejsce nie było w centrum sceny, a nieco z boku lub z tyłu. Najważniejszy był spektakl, który dział się za jego sprawą, gdy się uwijał, poprawiając kapelusz – spektakl ostatecznie już bez jego udziału. To podnosiło napięcie, poczucie spełniania jakiegoś olśniewającego zadania – nie mogło być inaczej!
O tej porze Oz zastał zaryglowaną bramę. Zmieszany zawiesił wzrok na grubym łańcuchu, jakim wielokrotnie zespolono obie jej części, niczym tors Zampano. Za bramą nie dostrzegł ani porozkładanych namiotów, ani niebieskich wozów, a po alejach nie przechadzały się słonie indyjskie. Słowem, śladu akrobacji zatrzaśniętego wewnątrz nastroju, krztyny zdumienia tego świata nad samym sobą w zamarłej, rodzinnej okolicy. Więc miał teraz zostać jej radczym? kuracjuszem? odrobiną krwi? upływem dnia? nadszarpniętym nerwem? ostatnim dźwiękiem harmonii? kronikarzem?
Pierś rozsadzała mu tęsknota, gdyż stalowa brama z długimi prętami wyglądała jak odarta z ciała kurtyna. Wówczas wzmógł się w sobie i usłyszał słowa w jakiś najszczególniejszy sposób zaprzeczające tej jego dotychczasowej poszczególności oraz wewnętrznej próżni, kojące go nutami styczniowego zmierzchu:
Cudny Oz, Dziwny Oz.
raz, dwa i pal sześć.
brama to, a to co?
wiatr zaczyna pleść.
© 2010 Ewelina Jarosz
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Oz wraca do domu (ze zbioru opowiadań „Przebieranki”)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Monika Mohylowska