> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№15 wrzesień 2005

Pan od przyrody Kacper Podrygajło

Początkowo myślałam, że pan Gariasz to nudny człowiek, ale potem okazało się, że ma dwie pasje: muszle i telefony komórkowe — powiedziała Agnieszka Cielak i otworzyła drzwi do klasopracowni języka polskiego. Od dwóch tygodni przygotowywała tam gazetkę ścienną pt. „2006 — rok na sześć”, miejmy więc dla siebie trochę litości i zrezygnujmy z jej dalszego towarzystwa.

Dwie pasje! Uśmiechnąłem się do siebie i ruszyłem na drugi koniec szkoły. Zszedłem do piwnicy i zatrzymałem się przed łazienką. Kilka tygodni wcześniej przekonałem się tam, ze oprócz wspaniałych pasji nauczyciel biologii ma też pewien sekret. Trzymałem właśnie w dłoni spłuczkę, kiedy usłyszałem, że z sąsiedniej kabiny dochodzi pieszczotliwy głos. Zamiast moczu, ktoś wylewał z siebie potok czułości, z którego zdołałem wyłowić tylko dwa zdania: I co, moje śmierdzioszki? Pasi wam ten Orwellowski klimacik?

Po latach zależy mi już tylko na tym, żeby przełamać zmowę milczenia, żeby zostało to powiedziane wprost: Paweł Gariasz był facetem, który przeprowadzał stały monitoring swoich butów. Była to jego choroba i obsesja. Myśl o tym, że mógłby nie wiedzieć, co dzieje się w jego bucie, doprowadzała go do szaleństwa.

Zaczął od kilku kamer w najważniejszych miejscach, co po roku wspominał ze wstydem jako młodzieńczą nierozwagę. Po pewnym czasie przebił mięsistą skórę swoich adidasów w tak wielu miejscach, że przypominałaby pikowany materac, gdyby z wielką troską nie maskował każdego szpiega. Po powrocie do domu Gariasz rozkładał zwykle wersalkę i kino domowe, zakładał szlafrok i wyciągał z butów wyczerpane odorem przepoconych skarpet taśmy. Cierpliwie oglądał wszystkie nagrania, a na najlepsze sceny zapraszał swoją suczkę, na którą wołał Pusia lub Daisy. W weekendy zawzięcie ciął i kadrował, aż wyreżyserował kilka filmów fabularnych i setki dokumentów, do których tekst czytała mu w głowie Krystyna Czubówna. Do filmów akcji angażował sporadycznie łapy Daisy, by oglądać je potem w scenach kaskaderskich… Na potrzeby kostiumowego romansu zaniedbał paznokcie tak, że rzeczywiście wyglądały dość staroświecko, zrobił to jednak tylko po to, by napisy końcowe uwzględniły go jako charakteryzatora.

Perwersyjna rozrywka, jakiej dostarczały Gariaszowi nagrania (a dobór muzyki i to, że z czasem zabrał się za erotyki — udowodniły ponad wszelką wątpliwość, że był dewiantem), nie przesłoniła mu głównej funkcji kamer, tj. ochrony stóp i zapewnienia bezpieczeństwa chodu. Kiedy tamtego dnia usłyszałem w piwnicy jego odrażający szczebiot — kamery nie zaburzały już powierzchni butów, a tworzyły ją; stłoczone w nieruchomej ławicy do złudzenia przypominały zwyczajne obuwie. Buty biologa stały się złożonym z tysięcy małych oczek okiem owadzim. Same będąc tkanką, w dowolnej chwili mogły w tkankę wejrzeć, prześcigając się w mikroskopowych powiększeniach lub przeprowadzając z nudów USG śródstopia.

Uczestnicząc modlitwą i pieśnią w Gorzkich Żalach, wielokrotnie zastanawiałem się: jak to możliwe, że wykształcony człowiek żyje w takim grzechu? Przez długie lata chodził Gariasz w robalach na nogach, uczciwych ludzi w nich mijał… Na lekcje przychodził, na szkolną Wigilię. On tylko o muszlach i komórkach, a w nogach takie robactwo… Niech mu to morze, co w muszlach szumi, wleje się kiedyś do ucha i go od środka utopi, niech mu się we flakach Wenus narodzi, pełny cykl rozwojowy niech przejdzie i od środka go zeżre. Niech się sieć Idea na niego zarzuci i wystawi rachunek za oko w bucie.

Źródeł przykrej dewiacji Pawła Gariasz należy szukać w jego wczesnym dzieciństwie. Nikt nie powie tego głośno, ale rodzinę biologa tworzyły osoby wyłącznie bardzo wrażliwe. Matka przygarniała chore zwierzęta, ojciec dbał o bezdomne sieroty, a siostra celowała w niesieniu dobrego słowa skoszonej trawie. Jednym ze stałych mieszkańców łazienki była kaleka sroka. Sąsiedzi patrzyli na to kosym okiem i powtarzali, że stara ptaszka karmi, nie dziecko. Oskarżenia dotarły w końcu do łazienki, sroka zdecydowała się więc na wzruszające zadośćuczynienie: zakradła się do przedpokoju z dziobem pełnym gotowanych ziemniaków i wepchnęła je do butów głodującego dziecka. Wilgotne i obrzydliwie miękkie zaskoczenie przetrwało w pamięci Pawełka jako wyraz najwyższej ohydy. Widok żółtej papy na świeżo zmienionych skarpetkach był dla niego równoznaczny z przerażającym postanowieniem, że na walkę z podobnymi niespodziankami poświęci całe swe dorosłe życie.

© 2005 Kacper Podrygajło

verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Pan od przyrody

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski