Z cyklu „Dobrej nocy w Nous Caffe”:
Zdyszany i przemoknięty wpadł do Nous Caffe krótko przed zamknięciem. Na zewnątrz była zima, więc nikogo nie zdziwił jego wygląd. Okulary okryły się mgłą, a nos czerwieniał coraz bardziej. Jego brzuch przypominał jedną z wysp na Pacyfiku. Nie tylko wielkością. Kształt i falowanie pod wpływem przyspieszonego oddechu przywodziły na myśl wzgórza wulkaniczne będące zwieńczeniem niejednej oceanicznej fali i przekleństwem niejednego marynarza. Nie mówiąc o mieszkańcach nadbrzeżnych miejscowości. Więc ów brzuch, którego właściciel wbiegł szaleńczo do Nous Caffe, był przejawem przerażenia. A właściwie mieliśmy do czynienia z mieszanką, wcale udaną, przerażenia i zmęczenia. Nos czerwienił się coraz bardziej, usta nabrzmiewały nie mogąc wypowiedzieć słowa. Oczy jak w amoku próbowały wyjść poza naturalnie przeznaczone im miejsce. Całe jego ciało przyjęło postawę gotową do oddania duszy.
Stał tak lekko pochylony, drżący, opierał się rękoma o kolana i ciężko dyszał. Kto widział psa po szaleńczym biegu, ten wie o czym mówię. Jego usta otwierały się i zamykały na przemian, a gardło usiłowało wyrzucić słowa. To zaczynało być intrygujące. Dziennikarz zaproponował mu miejsce przy barze, na jedynym wolnym w lokalu krześle. On jednak spojrzawszy (przy swoim stanie zadziwiająco szybko ocenił przyjemność bycia sąsiadem naszej wątpliwej urody damy) na kobietę wątpliwej urody zajmującej wiele więcej miejsca niż trzeba i kiwnął głową, że nie. Być może ocenił ilość pozostawionego przez nią miejsca sąsiadowi i, zupełnie słusznie, zrezygnował z przyjemności, naprawdę wątpliwej, ocierania się o tę damę. Choć mały błysk oczu zdradził, że byłaby to dla niego przyjemność.
Więc stojąc tak, dyszał. Coraz wolniejszy oddech wprowadzał w nastrój spokoju siedzących wokół. Ale zarazem, jak już mówiliśmy, intrygował coraz, coraz…
Wreszcie wydobył z siebie krótki okrzyk i wybiegł. Informacja jaką zostawił zebranym zelektryzowała wszystkie umysły. Wszyscy spojrzawszy w okno ujrzeli jak przejechał go samochód.
Zdanie owo, które było zarazem przywitaniem, jak i pożegnaniem, wprawiło w stan rozgoryczenia wszystkich tu przebywających. Nawet miejscowy filozof, jak zwykle sceptycznie z nutą pogardy powiedział tylko: No faktycznie, ale…, ale dopiero kiedy okazało się, że naszego bohatera przejechał samochód. Z kolei dziennikarz z otwartymi ustami, choć nigdy ich nie zamykał, teraz milczał i pytał sam swej duszy co ona na to. A ona mówiła to co dusze wszystkie, no tak, to jest możliwe, tylko dlaczego to robi takie wrażenie, czy rzeczywiście trzeba wtedy odejść, a może to chwyt, jednak przecież wyraźnie się rzucił pod to coś, a jeśli jednak nie mógł inaczej… te i inne myśli zdominowały dzisiejszą bezgłośną rozmowę. I nie ulegało wątpliwości, że trzask drzwi przerywający milczący spór był wywołany powrotem do Nous Caffe duszy PANA TOMASZA, ona przecież najlepiej wie, gdzie jest jej miejsce.
Gdy weszła zabrzmiały echem wieczności słowa pozostawionego ciała, zwierciadła jego duszy, jej czysta tożsamość, widziałem Boga, więc nic tu już po mnie.
Z oddali dało się słyszeć zawodzenia anielskiego smutku, ta dusza już nie stanie w JEGO obliczu.
Następnego dnia gazety doniosły, że jeden z gości Nous Caffe bezpośrednio po wyjściu z lokalu wpadł pod samochód. Nie odrzuca się prawdopodobieństwa samobójstwa. Niestety brak świadków…
Zadziwiające, kiedy na człowieka przychodzi olśnienie, wtedy kończą się jego możliwości. W Nous Caffe znów byliśmy my i one i to jest constans tej teorii.
© 2005 Karol Zamojski
verte.art.pl > Czytelnia > Dobrej nocy w Nous Caffe > Pan Tomasz
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski