> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№11 maj 2005

Z cyklu „Dobrej nocy w Nous Caffe”:

Podróżnik Karol Zamojski

Pewnego dnia do Nous Caffe wszedł szalenie obrośnięty mężczyzna. Drzwi za nim zamknęły się z trzaskiem, a on sam usiadł na jedynym wolnym przy barze krześle. Krzesło to stało przy ścianie, a siedząca obok wątpliwej urody dama, zajmowała nadzwyczaj dużo — o wiele więcej niż potrzebowała do wygodnego siedzenia — miejsca. Wszystko to powodowało, że nowy gość musiał spocząć w pozycji wyjątkowo niewygodnej. Dociekliwy obserwator zapewne poddałby w wątpliwość fakt spoczynkowości pozycji naszego, coraz powszechniej obserwowanego gościa. Bo, w istocie, czy można spocząć, kiedy jest niewygodnie? W każdym razie nasz przyścienny gość siedział i chyba najmniej ze wszystkich jemu właśnie ta niewygoda przeszkadzała; …a tak, zapomnieliśmy dodać, że stał się on już tematem wszystkich bezgłośnych szeptów duszy samej z sobą toczonych przy mdlejącym jazzie rodem z Nowego Orleanu.

Chwila ciszy, która zapadła po zajęciu przez niego miejsca, była czasem potrzebnym, aby najwolniej nawet pracujący szarymi komórkami gość, zdążył zobrazować sobie zupełnie nowy układ emocjonalno-towarzyski kawiarni. A muzyka nieustannie mdlała. W tę ciszę wkradł się, burząc względny spokój, chrapliwy głos, już bardzo popularnego jegomościa o dziwnej, niespoczynkowej przecież, pozycji. No… piwo proszę… duże… zimne. Wszyscy na chwilę zamarli, jak to, po prostu piwo. Przecież to kawiarnia. Nie można tak sobie piwa zamówić. Myśmy oczekiwali zupełnie innego rozwiązania. Piwo zamówić może sobie każdy. Ale on? Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego jak na zbawcę. Na moment był dla nas wybawieniem. W jego spokojnym ruchu, jaki przekładał się na spokojną pracę nóg i lekkie kołysanie tułowia, pochyloną głowę, który prowadził go w kierunku baru… nonszalancja, z jaką sięgał po oparcie krzesła, aby zdecydowanym ruchem umożliwić sobie spoczęcie na nim i wreszcie bardzo ciche dostrojenie się do przestrzeni, jaką zostawiła mu owa niezbyt piękna dama, która wszak była teraz jego sąsiadką i musiał się z tym liczyć… więc w tym ruchu kryła się tajemnica. I tę tajemnicę czuli wszyscy. Czekaliśmy aż usiądzie, czekaliśmy na jego słowa. Był czarodziejem, który myślał o zaklęciu. Jego nieruchoma postać przywodziła na myśl największych mocarzy ducha i myśli, którzy niepotrzebny ruch traktują jako hołdowanie ciału, co jest sprzeczne z ich poglądem, że hołd należy się temu co w przestrzeni nie ma szans aby zaistnieć. W milczeniu wpatrywaliśmy się w tę postać. Każdy z nas, a już na pewno ja, widzieliśmy siebie na rajskich polanach, które staną się naszym społecznym udziałem, za jego przecież sprawą. To on, jednym słowem miał nas tam przetransportować. I kiedy zobaczyliśmy, jak jego broda zaczyna się poruszać, poczuliśmy w sobie wyzwolenie jakie przyniosą słowa zbliżające się do owych ust znad postaci przekrzywionej. Gotowi na wszystko siedzieliśmy najwygodniej na tym najmniej wygodnym ze światów i usłyszeliśmy: No… piwo proszę… duże… zimne. To był cios. Cios poniżej pasa!

Muzyka znów zaczęła sączyć w nasze uszy swoje zwykłe, bezmyślne mdlenie. Kilka ciał poruszyło się w takt opróżnianych szklanek, z których już dawno zniknęła rosa różnicy termicznej. Tak, kończyło się wszystko i nie zmieniało się nic. Dzień zmierzał, już zwyczajnym biegiem, ku swemu skandalicznie powtarzalnemu zmierzchowi. Nastawała noc, która jest przecież przestrzenią tajemną.

Przychodziliśmy tutaj, by dotrwać nocy. Wtedy cienie za oknem niosły nadzieję na zmianę. Ale zmiana nie nadchodziła. Dzisiejszy incydent nie przyniósł zmiany, przyniósł rozczarowanie. Piwo w kawiarni, cóż to za pomysł. Przecież tylko my wiemy, że w Nous Caffe jest piwo.

Kiedy je dopił, odstawił szklankę i w swej pełnej pretensjonalności pozie, ale z wyczuwalną godnością ruchu wstał i wychodząc rzekł: Tak to już jest, że człowiek musi być sam. Wyciągnął papierosa, zapalił, wypuścił kilka kłębów dymu przed siebie, zrobił weń krok i… zniknął. Z głębi sali podniósł się, jak zwykle sceptyczny, głos miejscowego filozofa: …a miał wziąć na(u)s…

W Nous Caffe życie biegnie swoim rytmem. Od lat ci sami ludzie, te same problemy. Tylko czasem wejdzie ktoś nowy. Wychodzi szybko, bo na krześle przy ścianie nigdy nie jest wygodnie. Zawsze jednak coś zostawi. Ale nie wie, że zostawia. Tak… w Nous Caffe jest duszno od pozostawionych dusz.

© 2005 Karol Zamojski

verte.art.pl > Czytelnia > Dobrej nocy w Nous Caffe > Podróżnik

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski