nigdy nie zapomnę
gdy w mroku jej włosów
zamieszkały kruki
a jej kruchsze
i bielsze niż śnieg palce
ślizgały się po lśniącym grzbiecie pióra
niecierpliwie szukając otuchy
nie zapomnę jak wtedy
przędąc cicho marzenia
jej oczy
czarni posłańcy melancholii
powtarzały w kółko
dwa słowa
a jedno zaklęcie
— nie wierzę
jesteś
jak pień starego drzewa
wryty korzeniami w ziemię
koroną liści
niecierpliwie wierzgasz ku niebu
nam dałeś soki
i swój czas ograniczony
narodzeniem i śmiercią
póki życie w tobie
nam lżej i bezpieczniej
twoim dzieciom
ciągle zawieszonym
gdzieś pomiędzy niebem a ziemią
popatrz
z twoich ust
spadają kamienie
nie można ich zebrać
bo topią się w dłoniach
w rozbiegane krople
palczastych wędrowców
w mych rękach
co żebrzą o słowa
nie pozostaje nic
tylko pustka szumiących kamieni
i szelest słów
ubranych w ciężar
i bez znaczenia
roztaczasz wokół siebie zapach
niespiesznie
jak sieć pajęczą
wyplataną z przędzy
twego ciała
rozrzucasz swą obecność
jakby ciebie było mało
tam gdzie jesteś
lecz ty
istniejesz wszędzie
nawet tam gdzie byłaś
spowijasz sobą wszystko
znacząc dotykiem
każdą drobinę powietrza
jego płaszczyznę
i przestrzeń
jak kielich kropelkami
wypełniasz
aż po brzegi
© 2006 Sławomir Skibicki
verte.art.pl > Czytelnia > Wiersze > Portret
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski