> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№20 luty 2006

Z cyklu „Dobrej nocy w Nous Caffe”:

Profesor Karol Zamojski

Kiedy lato zawitało na ulice P*** i wszyscy ludzie chodzili z minami znudzonymi ciepłem napływającym z południa kontynentu, kiedy z upału nawet rury wykręcały się i nie chciały już przepuszczać do kranów przegrzanej, jak same mówiły — ohydnej w swym przepływie — wody, na którą wszyscy, otrzymawszy ją, narzekali. Więc kiedy lato owo zawitało do domów, z najmłodszej części akademii wyszedł zupełnie przeciętny człowiek. Lekko przygarbiony przeszedł plac, by znaleźć się blisko Nous Caffe. Jak dotąd nikt tutaj nie zwrócił na niego uwagi. Lecz kiedy ten zatrzymał się blisko drzwi spojrzeli na niego wszyscy. Filozof lekko przechylił głowę i z niedowierzaniem (charakterystycznym jak dla sceptyka, lecz tym razem rzeczywistym, a nie metodycznym) powiedział: no, no… To był sygnał do dokładniejszego przyjrzenia się jegomościowi. Przez głowę filozofa przemknęła myśl przedziwna: jak chcesz go tu wprowadzić? i nikt tego nie zrozumiał. A ów jegomość stał i patrzył w drzwi. Oczywiście wiedzieliśmy co widzi, a raczej czego nie widzi. A mimo to stał i widać było jak z jego głowy ulatywały barykady codzienności, jak wypędza w specjalną przestrzeń za nawiasem wszelkie drobiazgowe ograniczenia, aby ujrzeć to co jest. Widać było, że nie jest kimś zwyczajnym, lecz nikt z nas nie wiedział kim był ów ktoś. W tej chwili filozof odezwał się ponownie: to… Profesor, filozof, stary przyjaciel o którym sądziłem, że odszedł i nie wróci. On widział już dawno więcej. Nauczył go tego stary Niemiec Filozof, twórca fenomenologii. Ten tu pisał po polsku. A miał u nas przyjaciela Jana. Pewnie go szuka. Jak widzę, od pewnego czasu był już w Akademii, a jeśli tak, to z pewnością widział już możliwość nas. I wie więcej niż niejeden z was. Myślę, że dziwi go obecnie oczywistość i pewność tego czego możliwość przewidział. Ten należy do grona wyjątkowych Nielicznych. Już teraz on mówi książkom czym mają być, choć jeszcze nie dołączył do nas. Filozof jeszcze nigdy poza wykładem tyle nie mówił. Musiało to więc być dla niego wyjątkowe spotkanie. Jeszcze chwilę siedzieliśmy spokojnie, po czym nagle Brat wstał i podszedł do drzwi. Ku własnemu zdziwieniu znalazł się nagle na zewnątrz. Osłupiały spojrzał na nietknięte drzwi z drugiej strony. Na sobie poczuł nie mniej osłupiały wzrok nowego filozofa. Brat jeszcze nigdy nie wychodził. Ten raz był pierwszy. I właśnie teraz zobaczył, że nie trzeba niczego robić, wystarczy intensywnie i żywo o czymś myśleć, albo chcieć. Zaczynało mu się to podobać i pomyślał o kimś.

Chwila myślenia była oczywiście chwilą dla Brata. Profesor wreszcie zapytał: czy kolejną godzinę będzie się pan wpatrywał w te drzwi, czy wpuści mnie pan na przykład teraz? Brat zdziwiony, dopiero rozpoznawał różnicę: więc… pan utrzymuje, że tu są drzwi? A to dobre! A… dokąd? Na co Profesor, wyraźnie zaintrygowany: tego jeszcze nie wiem, tuszę, że pan mi wiedzę tę umożliwi, czyż nie? Brat lekko zbity z tropu, po sekundzie (tym razem sekundzie dla wszystkich równej) rzekł z właściwą sobie pewnością: ależ Profesorze. Tu profesor zrobił dziwną minę: pan wie, że jestem Profesorem? Pan uczęszczał na moje wykłady? Brat ze śmiechem: ależ skąd Profesorze! Tymczasem… i pomyślał aby drzwi się otworzyły, a one się otworzyły i ze śmiechem tym większym krzyknął do Profesora: …Profesorze, zapraszamy do wiedzy, otóż i rzecz sama w sobie i dla siebie, a w każdym razie nie dla wszystkich. Filozof spojrzał na Brata ze zdumieniem, Profesor tym bardziej, a Brat dodał pośpiesznie: czyż nie zbudował Profesor już całych zasieków z nawiasów, przecież pozostało tam wszystko, czas zobaczyć resztę. I tu zdumienie filozofa sięgnęło granic a Profesora tym bardziej. Na słowa Brata drzwi zamknęły się, zapanował półmrok, a płomienie świec osiągnęły dawno nie spotykany spokój. Wszyscy siedzieli zauroczeni, Brat usiadł przy regale, a Profesor zwrócił wzrok w kierunku powoli podnoszącego się ze swego miejsca Filozofa. Więc jesteś? — rzekł wolno w kierunku Profesora. Tak — odpowiedział i spojrzał głęboko, był wszak mistrzem widzenia przez czas.

W tym momencie wybiła dwudziesta druga i czas było zacząć. A skoro Profesor był, choć nie powinno go tu być po dwudziestej drugiej, więc filozof poprosił właśnie jego aby mówił o swoim widzeniu.

© 2005 Karol Zamojski

verte.art.pl > Czytelnia > Dobrej nocy w Nous Caffe > Profesor

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski