Nigdy nie słuchałaś swojego głosu. Ciało śpiewało za ciebie. Dźwięki obracały się rytmem pracy. Czytałaś je skalą, barwą, odbierałaś czysto organicznie. Moja biedna. Nie było w tym radości, tylko profesjonalny związek na zimno. Uczono cię śpiewu od piątego roku życia. Zawsze na stojąco, w powadze, w skupieniu. Twój głos, boleśnie czysty i dokładny, rozstawiał muzykę po kątach. Wytykał każdą tkliwość, odrzucał zbędne ozdobniki, tępił emocjonalne niespójności. Każdą doskonale wykoncypowaną frazę echem powtarzał za tobą wierny pies głosu.
Tak byłaś nauczona. Od dziecka na baczność przed fortepianem. Cztery godziny doskonałości dziennie, potem zabawa, pocałunki, kochanie. Ciepli, cierpliwi rodzice odkrawali od swej pociechy uczucia, ale tylko na czas ćwiczeń. Pierwszy krok po wypastowanej na błysk podłodze zamieniał cię w kamień. Matka i ojciec przy fortepianie grają coraz bardziej skomplikowane utwory. Nuty drążą w drobnym ciałku szczeliny, którymi wydobywa się coraz gładszy, bardziej uporządkowany dźwięk. Lubiłaś to, dopóki lubienia nie uznałaś za nieodpowiednie. Po wyjściu z drewnianego gabinetu nie mówiliście już o muzyce. Otrząsaliście się z harmonii i, jak spiskowcy, zajadaliście ciastka na słonecznym tarasie. Któż by pomyślał, że tak ciepłe istoty potrafią chować w sobie zimno-sprawne muzyczne mechanizmy.
Świat pokornie rozbił się dla ciebie na dwie części. Obydwie w pełni tobie oddane, zgodne z potrzebami. Czas toczył się szczęśliwie i potulnie. Udane życie osobiste świetnie skomponowane z rozwijającą się karierą. Badałaś możliwości swojego głosu, jak bada się nieznane pokłady ziemi. Testowałaś swoje wewnętrzne machiny czyszcząc i pieszcząc zimnie piękny talent. Trenowałaś się, tresowałaś się. Nieugięta. Biedna, maleńka. A w domu zachowywałaś się jak każdy. Porządnie.
Zadbane, ułożone, niespójne połowy. Jedna z nich wciąż nienasycona, łaknąca nowych umiejętności. Opanowana choć żarłoczna. Pewna swojego kunsztu, możliwości, przyszłych odkryć. Druga ciepła, pokorna i miła. Cała z serca i bliskości. Mądra i czuła. Układała ci zgodne z normą, ale szczęśliwe życie. Ani jedna, ani druga nigdy nie odczuły samotności. Twoja zimna miała fanów, opiekunów, dźwięki. Twoja ciepła miała dzieci, przyjaciół, rodzinę. I w końcu miały siebie. Niewiele o sobie wiedziały, ale ceniły głęboko wzajemną obecność. Nie dochodziło między nimi do walk, nie starały się powiększać swoich terytoriów. Harmonia i niema zgoda pozwalały im bez naruszenia swoich osobności funkcjonować w jednym ciele jako spójna postać.
Nie mogły cię dosięgnąć wielkie namiętności. Gdy ktoś pokochał cię goręcej, odpowiadałaś wyrozumiałością. Gdy chciał rozszarpać ubranie, ty głaskałaś po głowie. Mąż kochał cię w rozmowie, dzieci w przytleniu na dobranoc.
Nie sposób było cię przekonać do szarżowania w śpiewie, do ryzykownych eksperymentów. Nigdy nie oddawałaś się muzyce, wolałaś raczej zadecydować, że czegoś się w niej nauczysz.
Prosto. W pełnym skupieniu. Nawet nie wiesz, jak ludzie bali się tej niezłomnej skorupy. Jedni z zazdrości, inni ze strachu przed tak nieludzką siłą. Przesadne zdrowie pachnie poważnymi chorobami, moja miła. Ale ty, najdroższa, na choroby reagowałaś beznamiętnie. Nawet wtedy, gdy przez długie tygodnie nie mogłaś ćwiczyć, bo gardło było za słabe, a głowę paliła gorączka. Choroba była poważna, ale ty nieugięta. Ze spokojem przyjmowałaś kolejne leki i diagnozy. Całe dnie spędzałaś w łóżku, jak nakazał lekarz. Przyjmowałaś gości raz dziennie, także według jego przykazań. Stęsknione dzieci przytulałaś z tą samą kochającą powściągliwością.
Najdroższa, byłaś zaiste niezwykłą kobietą. Nikt nie wierzył, że przyjdzie kiedyś czas, gdy się odmienisz. Byłaś cała, pełna i pewna. Pamiętasz jak reagowałaś na moje pierwsze wątpliwości? Jak z uśmiechem zagłuszałaś niestosowne podszepty, gdy po raz pierwszy pojawiłem się przez sen w twoim łóżku? Moja damo. Tyle czasu w samotności. Nie zmartwiło cię to, że za nikim nie tęskniłaś?
A potem przyszło lato. Pierwsze spacery, powrót do codziennych zajęć. Nieśmiałe próby śpiewu przy asyście lekarza i nauczyciela. Dobre rokowania przy pierwszych dźwiękach, lekka konsternacja przy większych całościach. Coś tam jeszcze jest, coś zalega. Odzywa się w gardle pod twym pięknym głosem. Ty bez lęku, oni zaniepokojeni, każdy podług swojej dziedziny. Lekarz zaleca kolejne badania, nauczyciel chce, byś spróbowała raz jeszcze, bo obawia się, że bezpowrotnie straciłaś czystość. Ćwiczysz, badasz się, nie widzisz powodu do obaw. Chętnie zgadzasz się na kolejne koncerty. Jesteś gotowa. Pamiętasz co ci mówiłem? Jesteś gotowa.
Publiczność kupiła wszystko! Są zachwyceni nowym brzmieniem. Wielobarwność! Wzruszenie. Do tej pory podziwiano twój głos, teraz zachwyt wzbudza również gra sceniczna i ten charakterystyczny, niepowtarzalny, niski podpróg, który towarzyszy ci w duecie. Za jasną stroną czystej barwy sopranu pełznie wspaniały, mroczny wróg. Czyha na niewinność. Warczy szykując się do ataku. Niespotykane. Nigdy jeszcze tak cię nie wielbili. Świat się zachwyca, podczas gdy ty, wciąż spokojna, zasiadasz w garderobie. Sama. Wcierasz krem w zaczerwienione policzki. Nasłuchujesz.
— Nie, nie! Mi trzeba masła. I to dobrej porcji, bo nie mogę się przecisnąć.
I kaszlesz zadziwiona tym, co się spod twoich warg wydarło. Poprosiła cię jeszcze, byś nikomu nie mówiła. Ostrzegła, że to się może wydać dziwne. Zaprosiła do dalszej rozmowy, gdy będziesz miała trochę czasu.
I cisza.
Podciągasz sukienkę i patrzysz na swój brzuch. Czułaś w nim mrowienie, gdy gardło samo zaczęło do ciebie mówić. Czułaś dobrze, że to tam wszystko się zbiera.
Tego dnia był jeszcze tylko jeden występ. Wychodzisz na scenę i jesteś czysta jak dawniej. Głos bez żadnych przeszkód, bez podziemnego prześladowcy, płynnie oddaje nuty pieśni. Publiczność, trochę zawiedziona, bije brawo. Kurtuazyjny bis i czas do domu. Chcieliśmy zostać sami. Pamiętasz?
Zamykasz się w łazience i czekasz. Zjadłaś obfitą, tłustą kolację, tak jak poprosiła. Kaszlesz, a ona zaczyna mówić przez na wpół przymknięte usta. Odpowiadasz jej. Rozmawiacie. Być może ktoś podsłuchuje pod drzwiami. To bardzo intymna rozmowa. Ona ma głos starszej kobiety. Jesteście spokojne. Moja miła! Nawet wtedy! Umawiacie się, że nie będziesz martwiła się jej obecnością. Ona nie zamierza się naprzykrzać. Niech nic się nie zmienia. Ona chce tylko przychodzić czasem na koncerty. Wejdzie na scenę tylko zaproszona.
Czy pamiętasz jeszcze, jak łatwo przyszło ci przygarnąć ją do siebie? Jak szybko przywykłaś do jej obecności? Tydzień później pytałaś ją już o sukienkę, którą wybrałaby dla was na występ. Doradzała czerwienie. Byłaś zadowolona. Ona też, bo coraz częściej prosiłaś, by śpiewała z tobą.
Mijały miesiące, popularność rosła, zaprzyjaźniłaś się ze swoją pomocniczką. Ja siedziałem cicho, a stara z dnia na dzień odwlekała moment, gdy mnie przedstawi. Chciałem, by wszystko było jak należy. Pyszna kobieta. Zasmakowała w twojej sławie, nawet polubiła twoje dzieci, noce z mężem. Musiałem przyspieszyć sprawę. Uciszyłem staruchę i czekałem, aż sama zawołasz.
— Niech ktoś mi pomoże, nie mogę jej znaleźć.
Nie chciałem, by mąż za bardzo zdziwił się twym zachowaniem.
— Już jej nie potrzebujesz. Jutro przyślę ci kogoś nowego.
Widownia jest już pełna. Publiczność zaczyna się niecierpliwić. Co się stało, moja droga? Boisz się iść tam sama. Spokojnym głosem oznajmiłaś, że dzisiaj występów nie będzie, że znowu poczułaś się gorzej. Że bez niej wolałabyś tam nie wychodzić. Nie trzeba było im tego mówić, najmilsza. Stara tłumaczyła przecież, że nie zrozumieją. Przytulasz dzieci trochę zbyt gorąco, a one się tego boją. Chcesz teraz zwierzyć się mężowi. Nie zaufałaś mi, głupiutka. Przestraszyłaś się niewinnego chłopca. A teraz musisz doświadczyć tego na swojej skórze, maleńka. Czujesz jak to boli? On, twój ukochany, ułożony mąż, siłą wypycha cię na scenę. Jest podenerwowany. Jak mogłaś mu to zrobić? Z zemsty od razu dzwoni po lekarza. Zabiorą cię jeszcze dziś wieczorem z garderoby. Wariatka.
Śpiewamy! Śpiewamy! Cóż nam pozostaje! Czemu płaczesz, głupiutka, przecież mamy siebie! Nigdy niczego podobnego nie słyszałaś? Ale to tylko ty, tylko my!
Melodia zaczęła się dziecięco. Śpiewałaś o miłości głosem małej dziewczynki, dojrzałym, gdy przyszło do rozstania. Wieść o śmierci ukochanego wybrzmiała z ciebie okrutnym, tubalnym głosem. Tęsknotę wyśpiewała z tobą na koniec twoja stara przyjaciółka. Płaczesz. Zamknięta w garderobie bronisz się przed bisem. Płaczesz, dziewczynko, a ja głaszczę cię po obolałej głowie. Taka cudowna, taka zakochana. Wiedziałem już na pewno, że cieszysz się ze mnie w sobie, że cieszysz się z wszystkich nas.
Pamiętasz tę bajkę? Rodzice często opowiadali ci ją do snu. Była piękna i smutna. Bardzo w nią wierzyłaś. Wracaliście do niej zawsze, gdy pytałaś skąd się biorą ludzie, co to jest śmierć, co to życie.
Kula ziemska, kochanie, mieszka w każdym brzuszku. Kulę ziemską ma w brzuszku każdy żywy człowiek, od samego urodzenia. A na tej kuli żyją tacy jak ty ludzie. Na każdej kuli, w każdym brzuszku. I oni też mają w brzuszkach kolejne kule ziemskie. Kolejnych ludzi, ich własne kule. Ty też, maleńka, mieszkasz w czyimś brzuszku, razem z tatusiem i z mamusią. Tak, tak, maleńka, w twoim ślicznym brzuszku również się toczy taka kula ziemska. Dlatego właśnie, przenajdroższy skarbie, tak bardzo każdy z nas musi dbać o siebie. Póki ty jesteś zdrowa i szczęśliwa, póty mieszkańcy twojego brzuszka mogą żyć radośnie i spokojnie.
Pamiętasz jak płakałaś po śmierci babci?
— Pamiętam.
Bałaś się zapytać, co się stało z jej ziemią, ale przecież się domyślałaś. Wiedziałaś, maleńka. Potem dorosłaś i bajka poszła w kąt. Teraz znajdziemy dla niej chwilę czasu.
Trzeba było przerwać koncerty. Agenci zażyczyli sobie dalszych badań. Wysłano cię na krótki urlop. Samą. Bali się zostawić cię z dziećmi. A mąż? Miał inne sprawy na głowie.
Wszystko się posypało, a w tobie zaczęło się wszystko układać. Wiedziałaś, że chcieli cię ukarać, a dali ci najwspanialszy prezent. Czas dla siebie. Czas dla nas. Chcieliśmy się lepiej poznać.
Pamiętasz?
— Pamiętam, pamiętam. Chodźmy już. Robi się późno.
Tak, chodźmy. Poruszamy cię teraz lekkim, tanecznym krokiem. Nosimy na twarzy harmonijny uśmiech. Dbamy o ciebie, jesteśmy punktualni. A teraz właśnie jest pora karmienia. Wychodzimy na spacer ciepłym brzegiem morza. Uchylamy twoje piękne, kształtne usta. Pozwalamy, by jedno z twoich tysięcy istnień wyszło na nowy piękny świat. Zarządziłem ewakuację. Zaczynasz nam się sypać, moja miła. Idziemy deptakiem, dziś będziemy śpiewać. Wszyscy razem: matki dzieci, starcy, młodzi chłopcy. Śpiewamy do zewnętrznego świata. Kłaniamy się, dziękując fanom. Tym wewnątrz i tym na zewnątrz. Moja miła wzruszona, szczęśliwa, pochylona w pół. W końcu cała, pełna, niepodzielna. Grzecznie kaszle dopuszczając do głosu kolejnych mieszkańców. Dławi się potem troszkę, pokrzykuje, jęczy. Wydalanie istnienia musi być bardzo bolesne. Po to tu jestem, kochana. Po to tu zostaję. Kapitan opuści statek jako ostatni. Oni uciekną, a ja wciąż będę głaskał cię po głowie. Opowiem ci, moja miła, zakończenie twojej bajki. Opowiem jak świat przewleka się na lewą stronę. Jak ludzie wychodzą z ludzi, by ci wyszli z kolejnych i kolejnych. Opowiem ci apokalipsę na dobranoc. Słodkie dźwięki na koniec naszego świata.
© 2008 Katarzyna Gondek
Zdjęcie wykonała autorka.
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Prywatne pieśni
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski