Kilka dni temu zwróciłem w sklepie uwagę na rower. Od tej pory zaglądałem do niego nieomal codziennie. Po kilku dniach przyzwyczaiłem się, postanowiłem go mieć. W sobotę wyprowadziłem „cruisera” na ulicę. Około 11-tej krążyłem już po ulicach Lipska jak szczęśliwy dojrzewający chłopak. Powtórka z czasów, kiedy byłem młody, pomyślałem.
Ni stąd, ni zowąd przyszło mi na myśl zaklęcie z tamtych lat: Woda Kolońska, Woda Kolońska! Pamiętam je dokładnie, ale dlaczego nagle teraz wróciło do mnie? Tak zaklinałem czas godzinami jako chłopak. Ładnych parę lat temu w Bydgoszczy. Wtedy krążyłem ulicami na ciemnobordowym rowerze, przed sobą miałem jeden cel. Przytulić do siebie dziewczęce ciało. Jeździłem ulicą Jagiellońską do ul. Uroczej, przy trumnach w prawo, ulicą Świętego Floriana przy zakaźnym i na powrót w prawo. Krążyłem, zaklinając dwa słowa: Woda Kolońska, Woda Kolońska. Szybkość była wtedy moją pasją. Po kilku dniach pojawiła się Ona! Mówiłem na nią Kolońska, nawet uwielbiała tę ksywę. Kolońska miała jędrne piersi, dziwny, przepasany płaszcz w jodełkę, torebkę z czarnej imitacji skóry i ciemnobordowe lakierki. Pasowaliśmy do siebie, Kolońska, ja i rower Huragan! Nieomal co wieczór przytuleni do siebie siedzieliśmy na ławce w parku przy fontannie, do samego świtu.
Ja, Kolońska, przyjaciel Romek i gruba Gabrysia, przyjaciółka Kolońskiej. To były erotyczne wieczory, nasze prawe ręce obejmowały po koleżeńsku ich szyje. Moja prawa dłoń zwisała spokojnie na jej piersiach, po chwili dłoń chowała się pod sweterkiem i namiętnie pieściła prawą, ciepłą, jędrną pierś Kolońskiej. Gabrysia była już wtedy kobietą, z większym biustem, jej ciało pachniało inaczej, jak słodka melasa z trzciny cukrowej. Melasa była wtedy substytutem miodu, dostępna powszechnie w sklepach spożywczych.
OK, pomyślałem. „Cruiser” prowadzi! Przywodzi na myśl tamte dni. Byłem jednak zaskoczony, dlaczego dni z tamtych odległych lat powróciły właśnie dzisiaj, w centrum Lipska?
Jeździłem dalej na moim wspaniałym rowerze, a do głowy cisnęły się obrazy z Bydgoszczy. Kolońska, jej Płaszcz i buty. Kiedyś przyszła na spotkanie w samym płaszczu, na nogach miała buty, pod płaszczem była naga i przemarznięta, prosiła, bym ją ogrzał. Pamiętam, że spytałem wtedy, dlaczego pod płaszczem jest naga. Odpowiedziała, że ojciec i brat są przeciwni, byśmy się spotykali. Schowali, odebrali jej rzeczy, by nie wychodziła po nocach z domu. To była najcudowniejsza wymówka, jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałem. Snułem w myślach dalej cały ten słodki film, w Lipsku na rowerze z przerzutką Shimano. Co ma wspólnego Leipzig z Bydgoszczą? Pomyślałem, że to czarny matowy „cruiser” prowadzi, więc jest OK.
Miasto jest piękne. Lekko wysztafirowane, miejscami obdarte z tynku. Puste ulice robią wrażenie. Brzdęk! Uderzyłem w myślach różdżką? I jest, „Stado udawali” napisałem w Lipsku? Moja intuicja mieszkała kiedyś w Lipsku?
Godzina osiemnasta. Za chwilę wpada do mnie człowiek, który spadł z nieba, dosłownie. Helikopter się roztrzaskał, a Peter przeżył. Fotograf, który spadł z nieba. Zaczynamy prace nad moim kolejnym projektem.
Typy tutaj przednie. Często ciągnę wzrokiem po ludziach. Widziałem wielu mężczyzn, bogaczy o ogorzałych twarzach. Artyści to nadąsana mniejszość, chodzą inaczej, piją inaczej, mówią z manierą. Jutro chcę przejść uliczkami, po których chadzał Bach. Zobaczę to, co w grudniu również widział Bach? Czemu pisał taką muzykę?
Evi jest piękna jak zawsze, nosi teraz kok, wygląda jak Winehouse z epoki Bacha. Szukam słów, by opisać różnicę pomiędzy Koszalinem, Gąskami a Lipskiem. Tutaj ludzie mkną i przenikają, w Koszalinie ponad wszystko kobiety wynoszą swe przesadnie wydepilowane ciała, a mężczyźni kochają swe auta. Dwa różne światy. Wybieram ulicę, po której chodził Bach.
O czternastej byliśmy na obiedzie u przyjaciół. Jedzenie bio, myśli i ambiente bio, pomyślałem, biosex w biobieliźnie. Jadłem biogęś, żona do męża była kwaśna jak biowino.
Pan domu, zapalony bio fan, przywołał mnie tajemniczo paluszkiem do obszernej kuchni, Robi! Chodź, pokażę tobie mój język. Podskakiwał ze szczęścia. Nagle wyciągnął z lodówki wielki wieprzowy ozór, ogromny szorstki jęzor bio. Zaświeciły mu się oczy pod wielkimi krzaczastymi brwiami... Spytał naiwnie szczerze łamaną polszczyzną: Robi, chcesz mój język? W pierwszym odruchu pomyślałem, jak można zjeść cudzy język?
Wieczorem kręciłem się po mieście w poszukiwaniu niczego. Przed knajpą zatytułowaną Lilo policjanci spisywali dziwnych urażonych tubylców, proletariat, panie na szeroko rozstawionych nogach, w szyfonach i szalach, panowie z łańcuchami złotymi wokół czerwonych szyi. Urażono niemiecką kobietę, pomyślałem. Język! Mówią innym językiem... Zadzwoniłem do Michela, odebrał telefon, powiedziałem: Michaś! Chcę twój cały język, tak dużo, ile tylko możesz mi dać. A on na to: Robert! Du Schwein!
20.12.2008
© 2009 Roberth Knuth
verte.art.pl > Czytelnia > Inne > Rower
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski