
Gdy Saudade patrzył na Płodolany z przestrzennego punktu widzenia, zawsze zauważał w nich trzy główne linie, żyły z błękitnym asfaltem: pierwsza – najlepiej przez niego poznana i najbliższa sercu, na czele z ulicą Karcianą, którą tak lubił spacerować, pełną lip i krzaków malin, oraz jej przyległościami, ulicami Toposką, Iwońską i Szafrańską – jeszcze niedawno najbardziej zarośniętą ulicą świata, gdzie dzika szałwia kłębiła się w sąsiedztwie zwykłych chwastów i pokrzyw.
Druga linia miała wyraźną granicę – najpopularniejszą i najbardziej reprezentacyjną arterię Płodolan – ulicę Zakochańską, gdzie stały domki z pięknymi ogrodami, sklepy, pizzerie, warsztaty blacharskie, synagoga chasydzka, galeria malarstwa. Saudade znał te rejony więcej niż dobrze, znał wszystkie tutejsze ulice, których było więcej niż w granicach pierwszego limesu. Płodolany okazywały się tutaj żywym i skomplikowanym mechanizmem, tętniącym stworzeniem, aktywną tkanką, wobec której nie można było pozostać obojętnym, trzeba było wejść z nią w interakcję. Drzewa same wpychały się do domów albo uderzały zapachem, trawa błagała, by się na niej położyć, róże wychylały ciekawe główki i zaglądały do okien, kaczeńce plątały i wiły się pod pijanymi nogami przechodniów. Jeżyniaki w bezczelny sposób wtaczały się na środek ulicy i kusiły czarnymi jak psie oczy owocami. Ptaki ukrywały się gdzieś w głębi i śpiewały powoli i donośnie. Raz do roku, pod koniec czerwca, na drzewach przy ulicy Morsztyńskiej zamieszkiwały ukraińskie sowy stepowe, którymi już od wieków tutejsze matki straszyły dzieci: Jak nie będziesz jeść brukselki, to przyleci wielka sowa, zabierze cię daleko i nigdy już nie zobaczysz Płodolan. To była druga linia poznania Płodolan – rozciągająca się na przestrzeni dobrych kilku kilometrów, od granicy Legna di Secco aż do Greckich Równin. Gdybyśmy przecięli ulicę Zakochańską (w miejscu, gdzie rośnie biały bez) i poszli przedłużeniem Karcianej (tam gdzie mieszkają krewni chorwackiego trenera Blazevicia) to mijając drewnianą budkę z powybijanymi szybami i Starą Aptekę, doszlibyśmy do ulicy dwa razy szerszej od pozostałych, ruchliwej i czteropasmowej. O dziwo ulica ta nie miała nazwy, od dawna nazywana była po prostu Drogą. Stała się jedynym połączeniem z Miastem, to nią jeździł autobus 68, który (co przerażało niektórych) jak ostry sztylet wbijał się w samo jego serce, kończąc swoją szaleńczą trasę obok dworca kolejowego. Tutaj należy się wyjaśnienie. Płodolany były częścią Miasta, ale – częścią bardziej niż odłączoną. Gdy ktoś jechał ze sprawunkami do centrum, nie mówił Jadę do centrum, tylko Jadę do miasta, podkreślając tym samym nasze cholerne i błogosławione odosobnienie i separację. Do dzisiaj pozostał zwyczaj, że po powrocie z takiej podróży należy umyć ręce, lejąc na nie letnią, przegotowaną wodę ze specjalnego, blaszanego dzbana. W południowej części Płodolan (tej najbliżej Saudade) obmywano najpierw lewą rękę, potem prawą, w północnej najpierw prawą, potem lewą, w środkowej, najbardziej kosmopolitycznej, zwyczaj ten porzucono, uznając go za niepotrzebny relikt przeszłości. Na produkcji tych dzbanów swego czasu bardzo wzbogacił się warsztat Tomaszewskiego przy Zakochańskiej. Naczynia tam wytwarzane zaczęto nazywać pieszczotliwie „tomaszkami”.
Tak więc ulica ta nazywana była Drogą. Za nią, w głębi, leżały jakby drugie Płodolany, najobszerniejsze i najbardziej tajemnicze, mimo iż nie było tu już obfitych ogrodów-labiryntów we wszystkich odcieniach zieleni, ani tak wielkiej ilości drzew. W tej części Płodolan żadna z ulic nie była wyłożona asfaltem, a każdy przejeżdżający samochodów wzbijał przed sobą tuman piachu i pyłu. Był to też jedyny fragment Płodolan, gdzie zbudowano bloki. (W jednym z nich mieszkał Pakunek ze swoją siostrą Pakunką, a także Ania Przychodząca, córka nieśmiertelnej pamięci Jana Przychodzącego). Tu wreszcie mieściła się Brovaria – mekka pijaków, równie domorosłych, co niezrozumiałych filozofów i natchnionych palaczy, przez długie, naprawdę długie stulecia jedyny sklep w promieniu kilku kilometrów otwarty do godziny dwudziestej drugiej. Naprzeciwko Brovarii dumnie stała Kwiaciarnia Wierzbickich, zapełniająca się zawsze w okresie komunii, bierzmowań i zakończenia roku szkolnego. Oprócz różnobarwnych i naprawdę obfitych kompozycji kwiatowych były tu też mechaniczne śpiewające ptaszki w złotych i srebrnych klatkach, doniczki, kadzidła, figurki, wstążki, bibułki i tiule, tkaniny, zasłonki i firanki. Codziennie o wpół do dziesiątej stary, ale czerstwy Wierzbicki otwierał sklep, i rzeźbioną laską uderzał w klatkę wiszącą u sufitu. Słowik zachrypiał wtedy raz, potem drugi, po czym odzywał się nagle melodyjnym głosem.
© 2010 Maurycy Witkowiak
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Rozpaczliwa próba opisu
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski