Przyszedł kiedyś do niej bardzo podniecony. Był wręcz natarczywy. A ona nie miała ochoty.
– Zapomnij! – powiedziała. – I zabieraj stąd swoje orzeszki! Nie będę prała, to znaczy brała twoich pistacji! Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
– Bo ty jesteś taka seksowna maszynka!
To był jeden z mniej absurdalnych dialogów, jakie w ciągu krótkiego, acz ciekawego związku toczyli ze sobą.
Choć znali się już jakiś czas, ich prawdziwa znajomość zaczęła się, gdy zduszonym szeptem złożył jej nietypową propozycję:
– Chcesz pobawić się ze mną Tymonem?
Zaciekawiona, z miejsca się zgodziła. I choć zabawa polegała na opuszczaniu rolet antywłamaniowych w wielkiej sali wykładowej, byli usatysfakcjonowani spędzonym razem czasem.
Któregoś dnia zaproszenie go na herbatę o 22.30 wydało jej się czymś zupełnie naturalnym. Tak samo jak pierwszy pocałunek, tuż po tym jak powiedział, że ona nie może być kobietą. Właściwie to niewiele zapamiętała z tego pierwszego wieczoru, chyba tylko jego stwierdzenie, że na pewno nie wytrzyma z nim dłużej niż trzy miesiące. Potem spotykali się gdzie popadnie, ale zawsze nocą. Szybko zrozumiała, że on pamięta niemal wszystko, co się przy nim mówi, a potem bezlitośnie to wykorzystuje. Oboje bywali wredni i ironiczni, a on w dodatku celował w cynizmie. Ich spotkania zawsze przeradzały się w intelektualno-emocjonalną rozgrywkę.
Noc świętojańską spędzili na małym patio, otoczeni artystyczną ceramiką i rozpostarci w biało-błękitnych leżakach. Było ciepło, parnie i leniwie. Rozmawiali niewiele, tylko spoglądali na siebie przekornie, sącząc piwo. Nigdy nie pozwalali sobie na czułość w miejscach publicznych, choć każda sekunda spędzona wspólnie była brzemienna seksem.
– Ja nie wiem, po co właściwie tutaj przyszedłem – zagadnął po dłuższej chwili milczenia. – Bo chyba nie dla tej niezdarnej dziewuszyny, co przed chwilą się piwem oblała, a w dodatku stopy ma czarne niczym…
– Niczym, a może Nietschem? – spytała. Nie była zła, tylko jej mózg gorączkowo pracował nad znalezieniem jakiejś efektownej złośliwości, którą miała zamiar się zrewanżować.
– Niczym jedna Murzynka z bajki, którą miałem na płycie winylowej. Zapomniałem imienia. Dandai czy jakoś tak.
– Żartujesz?! Ja też miałam tę bajkę!
– W ogóle uwielbiałem te płyty. Miałem jedną ukochaną – wiersz Brzechwy w wykonaniu Kobuszewskiego. Umiałem tę interpretację w całości: „Leciała mucha z Łodzi do Zgierza, po drodze patrzy, strażacka wieża”.
– „Na wieży strażak zasnął i chrapie, w dole pod wieżą gapią się gapie” – dokończyła pierwszą strofkę ze śmiechem.
– Kurde, znasz to! Niemożliwe! – to było dla niego niepojęte, że ta dziewczyna zna jego ukochany utwór z dzieciństwa.
– Znam to z piosenki w wykonaniu Bajora. – Wstała i zaczęła śpiewać refren – „Dom cały w ogniu, zaraz zawali się…”
To był jeden z nielicznych momentów, kiedy widziała, jak jego ostre jak brzytwa spojrzenie topnieje niczym masło na słońcu.
Kilka dni później, gdy o 4 nad ranem zasypiali wśród zmiętej pościeli w jej wąskim łóżku, powiedziała zmęczonym głosem:
– Znów zastał nas świt. Żal, że nie będziemy się widzieć przez następne kilka dni.
– Żal… – odrzekł sennie. – Żalówka, żalopis, żalóżko…
– Żalmochód, żalbata, żalecznik… – dołączyła po chwili.
– Żalenka, żalążka… – on.
– Żalimaty… – ona.
Zielonkawe światło wpadało do pokoju. Obserwowali swoje nagie ciała zmienione w groteskowych barwach poranka. Przymknęła oczy, jej oddech uspokoił się. Był pewny, że zasnęła.
– Żaliżanka – zamruczała jeszcze w jego obojczyk.
Właściwie pokłócili się tylko raz, o jakieś jej niedokończone sprawy z przeszłości. Zawsze dawali sobie dużo wolności, tym bardziej zaskoczyło ją jego wzburzenie. Potem mężnie znosiła skomasowane natarcie cynizmu z jego strony. A gdy cała sprawa zniknęła z horyzontu, tak samo szybko jak się pojawiła, mogli spokojnie powrócić do swych nocy skrzących się od absurdu, ironii i seksu.
Kiedyś zrobiła mu niespodziankę czytając na głos jeden ze swoich ulubionych fragmentów z Cortázara. Nie zareagował na to zupełnie. Właściwie nie sprawił jej tym zawodu, tego się po nim spodziewała. W drodze do domu otrzymała jednak wiadomość: Do cholery jasnej, wzruszyłem się, gdy czytałaś! Odniosła zwycięstwo, złamała cynika! Czuła ogromną satysfakcję i nic poza tym.
Tak jak nigdy nie stwierdzili, że są parą, tak nigdy nie doszło do rozstania. Po prostu po którymś ze spotkań nikt nie zaproponował następnego. Ona wspominała wspólnie spędzone chwile z wielką czułością i niczego nigdy nie żałowała. Kontaktu nie utrzymywali, sama nie wiedziała, dlaczego. Może tak musiało być.
Dobry rok po tej całej przygodzie zobaczyła w mieście plakat zapraszający na otwarcie jego wystawy, zatytułowanej „Czynniki cynizmu”. Postanowiła się wybrać. Przyszła spóźniona, część oficjalna przeszła i goście już snuli się po galerii z lampkami wina. Chwyciła ostatni kieliszek z czerwonym trunkiem i ruszyła zwiedzać. Czuła się nieswojo, gdyż większość mijanych osób przypatrywała jej się z zainteresowaniem i szeptała coś zawzięcie. Uciekła do toalety, sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Sukienka czysta, makijaż na miejscu, a między zębami też nic się nie czaiło. Wróciła na salę podejrzewając się o paranoję. Zainteresowanie obcych jednak jej nie opuszczało. Postanowiła to ignorować.
Pierwszy raz oglądała jego prace, wcześniej tylko o nich słuchała. Eksponaty niezwykle ją ciekawiły, szczególnie że znała autora i próbowała zrekonstruować sobie ich genezę. Ucieszył ją więc bardzo projekt o nazwie „Mucha zgierska”. W szklanej gablocie stała naga męska figura w strażackim kasku, wokół której zawzięcie latała mechaniczna mucha. Co jakiś czas zwierzę siadało na woskowym penisie strażaka i rozlegał się rozdzierający śpiew Bajora: Pali się! Rozbawiona i przepełniona wspomnieniami ruszyła dalej. Łzy stanęły jej w oczach, gdy dostrzegła „Żaliżankę”. Była to ogromna filiżanka, na której ściankach wewnętrznych wyświetlano, w konwencji teledysku, najsmutniejsze sceny w historii kina. Przy „Musze” wahała się jeszcze, czy miała wpływ na jego twórczość, ale „żaliżanka” to przecież był jej neologizm. Szła dalej ciekawa, czy jeszcze coś ją zaskoczy.
Dowiedziała się, gdzie leżało źródło zainteresowania jej osobą, gdy na końcu sali zobaczyła wyciętą z tektury nagą kobiecą postać do złudzenia ją przypominającą. Miała ona wstawione w miejsce brzucha drzwi od pralki automatycznej, za którymi jak oszalałe wirowały pistacje. Była to „Seksowna maszyna do prania pistacji”. Poczuła tę samą, co dawniej, dziką satysfakcję i nic poza tym. On stał z boku z grupką znajomych i przyglądał się jej uważnie. Czuł wszystko, poza satysfakcją.
© 2009 Katarzyna Ignatowicz
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Satysfakcja i nic poza tym
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski