— To może powiedz mi coś o sobie. Wiem już, że masz piękne oczy i kolorowy tatuaż, którego nie lubisz i na szczęście nie musisz oglądać — słodziłem znad szklanki piwa, czego tak naprawdę wcale nie lubiłem, a już praktyki nie miałem za grosz. Ale sam chciałem przecież: wyjść z domu, wydobyć z mojej pieczary samotności na światło dnia zmurszałe, bulimioidalne członki. Poczuć się młody. Może sprawdzić się, czy jeszcze potrafię „wyrwać” jakąś młodą laskę, czy jeszcze potrafię coś jej zaoferować. Może wystarczyłby błysk seksapilu w oku, taki glejt na to, że nie jest jeszcze tak źle ze mną, a trudno oczekiwać tego w pracy, gdy oczy płoną wielogodzinnym wpatrywaniem się w monitor komputera.
Należało stworzyć ku temu specjalne, potencjalnie dużo korzystniejsze, warunki.
I oto siedliśmy niewinnie przy piwku. Takie niby nic. Ale gdyby ona mogła czytać w moich myślach… No tak, wyczytałaby zapewne z nich to, co przeciętny, statystyczny kolo myśli o świeżo wyrwanej lasce: czy ma faceta, czy są szanse na coś więcej, na seks może? Może nie od razu, ale… I — czy będzie następny raz? Czy się uda odprężyć, wyluzować, nie być sobą na chwilę? Czysty podryw. Chuć kipi w żyłach. Czy i w jej też? Chyba nie… Traktuje to jako rozrywkę, zabawę, mile spędzoną chwilę. Ale może? Przecież ostatecznie zgodziła się, chciała… Więcej wiary w siebie, człowieku, nie jesteś jeszcze przed pięćdziesiątką (bez obrazy dla półwiecznych).
Spytać, czy słucha Morcheeby, Smashing Pumpkins? No, bo rozmowa o Mozarcie nie miałaby sensu. A, z drugiej strony, nie ma co się oszukiwać — nie jestem na bieżąco w popkulturze. Oj, stop! Złe myśli. Wjeżdżam w tunel zdinozaurnienia. Za chwilę zdam sobie sprawę z tego, iż jest tyle a tyle ode mnie młodsza, że moje koleżanki z roku to już wszystkie dzieciate i nawet te najbardziej odlotowe i kipiące seksualnością — spacerują po parkowych alejkach (być może właśnie teraz) z wózkami nabitymi po brzegi dziatwą. A ja — wieczne dziecko — nie mogę wyzbyć się dekadenckiej poezji, zachwytu dla Beksińskiego i… paru świerszczyków pod łóżkiem.
A może bazować na „mądrości trzydziestolatka”, doświadczeniu i dojrzałości? Zaimponować erudycją humanisty, rozłożyć na łopatki znajomością licznych dziedzin naukowych, całkowicie znokautować stosem informacji o moim bogatym życiu wewnętrznym i strzelistych, niczym sosny w lesie, artystycznych pasjach? Chyba nie, albo co najwyżej delikatnie tylko, bo fascynacje bohemą à la France już się dawno przejadły, przetrawiły i wysrały… Choć z drugiej strony — ona młoda, nieskalana, nawet nie miała sposobności powąchać takiego ciacha. Więc nie ma złych skojarzeń, co najwyżej obcy grunt. No właśnie — obcy. Niepewnie się będzie czuła, zmęczy się, znudzi i… pójdzie sobie w cholerę, a jej tatuaż na lędźwiach będę tylko oglądał, jak się jeszcze kiedyś schyli w markecie przy układaniu towaru.
A może więcej wiary w młodych? A poza tym — to może jej imponować — grafik, specjalista od artystycznego wizerunku firmy i ona — zwykła „wrotka” sklepowa, czy coś w tym stylu…, która jeszcze rano mówiła do mnie per „pan”. Ale przecież także ambitna studentka pedagogiki, która kilka dni temu zmagała się z egzaminem z historii filozofii. Studentka, dla której Tatarkiewicz to jedynie autor jakiegoś beznadziejnego podręcznika, którego fragmenty trzeba wkuć, a i tak wiadomo, że niezawodny sukces na egzaminie zapewni świeżo zakupiony lakier do paznokci i podkreślone cieniami i konturówką wielkie, rozmarzone oczy. Bo tak się zdaje teraz egzaminy, i to już nie tylko na prywatnych uczelniach. Ale z drugiej strony — co się dziwić takiemu profesorowi. Sam nie oblałbym takich oczu, nie zaćmił ich kuszącego blasku perspektywą lacza. Tak jak teraz nie chciałem zgasić ich ognia nieudaną konwersacją albo beznadziejnymi dłużyznami. Podumać, pomilczeć sobie to ja mogę w mojej toalecie — rankiem, gdy zmagam się z zatwardzeniem, ale nie teraz…
— Wiesz co — wydusiłem, bo piwo się dopijało, a samo spicie się niekoniecznie mnie interesowało — a może byśmy poszli do jakiegoś klubu, co? Gdzie najczęściej lubisz chodzić? Sprytny tekst — natychmiast sobie pogratulowałem, bo przecież nie znam, nie uczęszczam do tutejszych jaskiń rozpustnego tańca.
— Spoko — wyraźnie się ucieszyła — to może do „Pasendżera”? Tam w każdą sobotę jest megaczadparty.
— No to klawo. To zwijamy się, nie?
— Widzisz — ciągnąłem już w drodze — bo ja właśnie piszę powieść. Dzieło swego życia, i szukam nieustannie inspiracji, ludzi, których problemy, życiorysy, chciałbym wpleść do mojej książki…
— A o czym jest ta książka?
— No, o miłości zasadniczo. Romantykiem jestem — wypaliłem z uśmiechem, który miał ją znokautować i możliwie najszybciej oddać bezwolną w moje męskie ramiona.
Rosnące w oczach grupki małolatów, zmierzające w tym samym kierunku, co my, były zdaje się forpocztą „Pasendżera”. I rzeczywiście — tuż za rogiem objawił się naszym oczom tłumek tychże, spragnionych wjazdu, czy może czekających na skompletowanie wycieczki dzieci. „Pasendżer” zapraszał wzruszająco wylewną otwartością małych, ciasnawych drzwi, obwarowanych dodatkowo po obu stronach napakowanymi buldogami bramkarzy. Niegdyś bywałem w takich miejscach, ale odkąd ujawniły się we mnie alienofobie, bałem się ich, niczym staruszek mający właśnie przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy. Gdzie były pasy, które miały mnie bezpiecznie przeprowadzić w czeluści tej diabelnej imprezy? Gdzie moja pastereczka i czy także, gdy nie ma mnie przy niej, szlaja się po szczecińskich pubach i technoimprezach? Zdawało mi się, że moje włosy zbieleją od tych czarnych myśli niczym zaspy przy nasypach kolejowych. Ale byliśmy już na dole, a „dół” okazał się swojski jak mało który. Oto byłem u siebie — w kolejowym wagonie — i w dodatku składu pośpiesznego, co czyniło go, zwłaszcza tutaj, dużo atrakcyjniejszym, a to z przyczyny obecności drzwi, oddzielających od siebie każdy boks siedzisk. Tylko ludzi było sto razy więcej, jakby cała armia Wojska Polskiego otrzymała naraz wolne i z jednostek przeniosła się do pociągu. Nie miałem świadomości, że w tym mieście są knajpy, w których spokojnie, niemal anonimowo, można wytracić nagromadzone złośliwie pokłady (w gruncie rzeczy zbytecznej) energii, chuci, ale też zrzucić z ramion wory frustracji i autoagresji.
To był ów podziemny świat nocnej nadaktywności. Dotąd jakoś, spacerując wieczorem opustoszałymi ulicami Starego Miasta, nie zastanawiałem się nad tym, że może właśnie pod moimi stopami roztacza się podziemne księstwo technotermitów. Przez całą Starówkę rozciągała się przecież (zbudowana jeszcze w latach ostatniej wojny) misterna sieć tuneli i sekretnych korytarzy. Wprawdzie słyszałem, że od czasu do czasu znajdują się inwestorzy, którzy próbują adaptować fragmenty podziemi na jakieś lokale, lecz nigdy nie sądziłem, że na takie i na taką skalę.
— Świetna praca. Zazdroszczę takiemu nakłuwaczowi — kontynuowałem podryw, gdy już siedliśmy z zimnym piwkiem w „przedziale dla palących”. — Przychodzą do niego ekstralaski (bo inne przecież rzadko się tatuują), obnażają lędźwie albo i inne, nie mniej seksowne fragmenty swego ciała, a on ryje, rzeźbi na tych boskich kształtach tajemnicze ryciny Erosa. Bo przecież o seksapil tu chodzi, no nie? Żeby się podobać, żeby boska laska była jeszcze bardziej egzotyczna, powabna, niczym kapłanka w tajemniczej świątyni Izydy — rozpędziłem się w swojej wyobraźni. — A ja co? Studiowałem grafikę, a teraz pracuję w komercji, handlu, syfie jakimś… Ale pax, nie gadajmy o pracy. Powiedz lepiej coś o sobie… Zainspiruj mnie, piękna kapłanko — bredziłem, a piwko przyjemnie szumiało mi w głowie i dodając odwagi, czyniło bardziej lotnymi moje wypowiedzi, skojarzenia i zaloty głuszca. Był to przecież rodzaj godowej pieśni, tkanej misternie polifonią nowych dla mnie doznań. Raz kładłem przycisk, fermatę na łyk piwa długą. To znów synkopą spojrzeń ścinałem jej usta opite wilgocią, oczy, bastion piersi pod bluzką tańczący.
— A może zatańczymy?
Wybiliśmy się z pociągowych foteli i popłynęliśmy na wielki parkiet, pełen mistycznie poskręcanych ciał. Jej młodość czuła się tutaj jak w siódmym spełnieniu. Nie mogłem nie widzieć: piersi malin w oko na żyłach mi niosła. Biodro jej w biodrze moim, jak torebka stawowa, dobrze osadzona. Mechanizmem byliśmy — i to jakim! Uwielbiałem taniec. Był on dla mnie rytuałem, językiem mojej duszy. Przymykałem oczy, oddając się emocjom energetyzującym skórę na głowie, czując przyjemne ciepło z otwierających się we mnie czakramów. Wszystkie tamy puszczały. Światła wkręcone w jej włosy, zerwane rytmem, celnie trafiały w nerwy mego ciała. Prawdziwa erupcja jej dla mnie, w kolorze smug, ud, rzęs, krytego fosforyzującym światłem tatuażu, oddechu przywierającym do mnie nieustannie, nieustawalnie…
— Nie przerywajmy! — krzyknąłem, gdy rytm stężał jak w narkotycznym transie. Miałem ochotę zdjąć buty, aby przez stopy poczuć pełnię wibrującej przestrzeni. Byłem w tej chwili dla niej, ale i dla siebie, uczestnicząc jakby w idealnym sakramencie komunii. Ale ciało mdłe już nie potrafiło sprostać (tak ochoczo jak niegdyś) przedstawianym mu bezlitośnie oczekiwaniom. Wyznaczało granice, stawiało warunki swojego współuczestnictwa. Drżącą dłonią podawałem sobie do ust zimne piwo.
— Dziękuję ci, już dawno tak się nie bawiłem. Wspaniale się ruszasz. Cudowna jesteś, wiesz? — sypałem jak nigdy wcześniej. Jak nie ja zupełnie. Może jak mój bohater literacki, albo każdy gość na tej sali. Ale dla mnie to było nowe i zbyt piękne. Co teraz? — myślałem, gdy wyskoczyła do toalety — poprawić włosy, czy też wyrównać nadmiar płynów w organizmie. Co teraz? — zadumałem się katastroficznie. Przecież nie umiem jej pocałować. Pokonać granicę pomiędzy dobrą zabawą a zbliżeniem seksualnym. Choćby tak małym jak miąższ jej warg na moich — skulonych właśnie w sobie nieporadnością.
Późno musiało być już bardzo, gdy stanęliśmy przed jej mieszkaniem, z którego dobiegało tylko miarowe tykanie wiszącego na ścianie, ruskiego zegara z kukułką.
— Chodź — szepnęła i chwyciwszy mnie za rękę, wciągnęła w noc korytarza.
Nie wierzyłem! Jak mogłem najciszej i najszybciej znalazłem się na jakimś obcym, szerokim materacu. Jej materacu.
Za chwilę jej koptyjski tatuaż falował miarowo przed moimi oczyma, niczym sinusoidalna sekwencja cyfr tajemnej liczby Boga. Tej liczby, której tak bezskutecznie poszukiwali osiemnastowieczni uczniowie kabały…
© 2008 Maciej Dęboróg-Bylczyński
Fragment przygotowywanej do druku powieści „Kolej na los”
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Tatuaż
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski