
Lądowanie. Jak dobrze. Helenie huczało w głowie, czuła się jakby wypiła co najmniej dwa kieliszki wina. Powoli ogarnęła wzrokiem swoje ciało, poczynając od stóp, jej wzrok sunął po łydkach, udach, biodrach. Pierwsze co poczuła, to uderzenie letniego powietrza, krzyk i gwar, miała wrażenie, że ludzie, którzy ją otaczają, wcale nie zauważają jej istnienia, jak gdyby w ogóle nie było jej na świecie, ani tym bardziej tutaj – w Transgression City. Zajęci własnymi sprawami pozwalali jej poczuć się listkiem, cieniem, ziarnkiem piasku, okruszkiem.
Jak daleko teraz byli ci wszyscy tak niegdyś ważni dla Heleny. W jakże innej galaktyce znajdowali się oni. Jacy byli śmieszni, jak bardzo razili swoją niemożliwością dotarcia do niej, pokazania się! Kilka godzin później, siedząc w kawiarni w centrum miasta, Helena zrozumiała, że tamtego świata już nie ma i patrząc z dzisiejszej perspektywy, to (za cholerę) nie wiadomo, czy ona sama kiedykolwiek do niego wróci. To oddalenie podobało się jej, inspirowało ją. Nikt już nie będzie poniżał, śmiał się. Tutaj zaczyna od nowa. Jest piękna księga, w której tańczą małe koboldy z irlandzkich legend, trzeba to wszystko zapisać. To cudowne – móc wreszcie kierować pojazdem swojego życia. Sam decydujesz, dokąd idziesz, z kim się spotykasz, o czym myślisz. To jedna strona. Z drugiej obraz jest rozmyty, a niewiele rzeczy wygląda zachwycająco. Nie należy się jednak tym przejmować. Może nie jest w innym państwie, tylko w zupełnie innym świecie? Czym jest świat?
Tam, w Małdytach, wszystko było nieśmiałe i rozmyte. Helena mogła w tej chwili zamknąć oczy i przypomnieć sobie te barwy – szary, beżowy, brązowy, rudy. To wszystko. Jedzenie? Ziemniaki, kapusta, chleb, pomidory, tak wodniste i jałowe, że niemalże nienadające się do spożycia. A tutaj rodzajów groszku było tyle, że aż ćmiło się w głowie, desery z kremem orzechowym, z kawałkami czekolady truskawkowej, koktajl bananowy z liśćmi mięty, jagnięcina w szafranowym sosie! Jest tutaj, a chciałaby być w tylu miejscach naraz! Bombaj walczy o lepsze z Krasnojarskiem, Sewilla z Budapesztem, Colorado z Addis Abebą, Dubrownik z Auckland. Wszystko trzeba przejść, przeżyć i spróbować. Są smaki i zapachy, są przeżycia – ludzie, serca, głowy, myśli, idee, znaki na niebie i ziemi, zwierzęta, rośliny, są różne zapachy tego samego piasku, jest sowa przyczajona we wnętrzu kaktusa, syrop sezamowy (uwielbiała!), wódka cytrynowa i świątynia Bodh Gaja, obmywana zewsząd brudnymi, burymi wodami.
Z Morosą miała się spotkać wieczorem, w małej knajpie na obrzeżach miasta. Powoli wchłaniała w siebie charakterystyczny, śmietankowy zapach Transgression. Gdzieś z tyłu głowy odzywał się tępy ból spowodowany ostatnią nieprzespaną nocą. To nic. I tak jest odważna i wytrzymała, i tak z impetem zaczyna ten nowy rozdział książki zwanej życiem, którą dopiero teraz zaczęła pisać tak spazmatycznie, jakby niewiele już czasu jej pozostało. Mały czerwony autobus zatrzymał się i Helena niepewnym krokiem wysiadła z niego, ściskając w ręku bagaże. Nie było tego wiele – kilka sukienek, para spodni, bielizna, sweter, kosmetyki, dokumenty i trochę jedzenia. Od razu zobaczyła Morosę, która wyszła jej naprzeciw i powitała ją głosem tak zmienionym, że Helena stanęła jak wryta:
– Moja droga. Hello. Nareszcie. At least. Hopuję, że podróż upłynęła ci w przyjemnej atmosferze, akomodejszon jest już załatwione – mówiła pośpiesznie, lustrując ją.
Morosa chyba zmieniła się (tak, zmieniła) – nie była już tą dziewczyną, z którą Helena spacerowała nad jeziorem Sambród, z którą zbierała kasztany po okolicznych parkach. Cholera. Oto miała przed sobą kobietę pozbawioną złudzeń, o czym mogły świadczyć lekko rozchylone wargi Morosy, zastygłe w jakimś ironicznym grymasie. Teraz dopiero, w łagodnym świetle zmierzchu spostrzegła, że jej przyjaciółka zaczęła się malować. Na ustach błyszczyk, rzęsy, cień do powiek, na twarzy podkład. W ręce torebka, na palcach pierścionki. Zapach papierosów. Rozbiegane spojrzenie, w którym niewiele pozostało z tej ciepłej łagodności, w blasku której Helena ogrzewała się tyle razy.
Mijały małe domki w różnych kolorach, które stały po obu stronach ulicy. Wiele z nich sprawiało wrażenie jakby wymarłych. Uwagę Heleny zwróciła czystość i schludność, do której wciąż nie mogły przyzwyczaić się jej oczy, przyzwyczajone do nieporządku. Wtem stanęły przed budynkiem z czerwonej cegły.
– Oto i nasz mens zon – powiedziała Morosa, szukając kluczy w torebce.
Helena wahała się, czy ma przestąpić próg, przez moment wszystko zakotłowało jej się w głowie (– To ze zmęczenia – pomyślała). Podniosła już stopę, po czym cofnęła ją jakby znad skraju przepaści. Pobladła i wyciągnęła przed siebie ręce.
– Damn it. Co ty robisz?! – wykrzyknęła Morosa, odsunęła ją na bok i sama weszła do środka, krzątając się i zapalając światło. Helena obejrzała się za siebie. Na niebie pojawiły się chmury, a słońce pełzło coraz to niżej. Weszła do środka, odgarniając włosy z czoła.
– Do pracy idziemy jutro o siódmej pi em – powiedziała Morosa, zaparzając herbatę. – Ubierz coś casual, bo łatwo można się pobrudzić. Musimy wysprzątać to cholerne mieszkanie, wytrzepać dywany, umyć podłogi i okna. To dziesięć minut drogi stąd. Aha, gdy będziesz rozmawiać z właścicielką, nie patrz jej w oczy, ona tego nie lubi – dodawała, kładąc kubki na stół. – Wredna lady Decayer... Czy to moja wina, że jest starą panną? Babsko jest zdrowo jebnięte, a fucked scatter brain to keep...
Teraz dopiero Helena rozejrzała się po pomieszczeniu. Drewno łączyło się tutaj z oliwkowym kolorem roślin. Przez brudne szyby leniwie przeświecało słońce, załamując się na meblach, kotarach i krzesłach. Na wszystkim było mnóstwo kurzu, co potęgowało poczucie starości, antyczności tego domu. To wszystko spodobało się Helenie, tak iż na chwilę zapomniała, że przyjechała tutaj do pracy, a nie dla podglądania malarskich ujęć, jakkolwiek byłyby piękne.
Tej nocy nie mogła zasnąć, jako że księżyc był w pełni i świecił zuchwale, a ponadto nie mogła się przyzwyczaić do zapachu pościeli, który przypominał jej pień drzewa. Wyślizgnęła się z łóżka i wyjrzała za okno. Wśród porozrzucanych liści spacerowała samotna, przygarbiona postać. – To nie jest Polak – westchnęła w myślach.
Gdy wreszcie znużona zamknęła oczy, miała dziwny sen.
Szła przez las, wśród ciemnej nocy, trzymając w rękach małego szpaka. Była w białej, długiej sukni, a wzroku nie spuszczała z malutkiej kuleczki, którą ściskała w dłoniach, które zdawały się jakby nie jej, bardziej dziecięce, delikatniejsze i mniej rozwinięte. Ani przez moment (we śnie) nie schodziła z drogi, która wiodła między rzędami drobnych drzew, niby-brzóz. Miała wrażenie, że za nimi toczy się jakieś życie, do którego nie miała dostępu, nie wiedziała już, czy patrzeć ma na szpaka, czy też na to, co dzieje się za drzewami. Usłyszała jakoby odgłos tłuczonego szkła, dźwięk instrumentu (nie potrafiła rozpoznać, jakiego), obejrzała się i gdy miała spojrzeć na szpaka ponownie, zobaczyła, że jej ręce są puste. Jeszcze czuła na palcach ciepło ptaszyny i bicie jej małego serduszka, ale jej dłonie były już próżne i mniej dziecięce niż przedtem, większe, palce dłuższe i dziwnie napuchnięte.
Przebudzenie było dość smutne – wyjący budzik, ciemności za oknem, kwaśny posmak w ustach, zniecierpliwiony głos Morosy. Helena z trudem powracała w realny świat, wciąż będąc rozgrzaną od snu. Czuła o wiele wyraźniej zapach swojego ciała, woń pościeli, która pachniała jak świeżo zebrane grzyby, tak ochoczo wymiętoszona, uroczo porozrzucana. Nie, nie wolno (Helena uchwyciła karcące spojrzenie Morosy). Nie można poddawać się obrazom i tym iskierkom namiętności, które drgają pod skórą i rozchyloną koszulką nocną. Boże, już wpół do siódmej! Podkład kładło się trudniej niż zwykle, w sumie robiła to od niedawna, to znaczy niedawno zaczęła zwracać baczniejszą uwagę na makijaż. Lubiła ciemne szminki, w których jej usta były jeszcze pełniejsze. Do dziś pamięta smak tej szminki na swoich ustach, gdy całowała się z Arkiem, jego palce przebiegające po jej ciele niczym po klawiaturze fortepianu, bezkompromisowość jego męskiego ciała, trzymającego ją w uścisku nad samym brzegiem głębokiego jeziora. Nie stało się. I dobrze. Helena nie lubiła pogrążać się, tonąć do samego końca wśród swych gestów pełnych rezygnacji. Małdyty nie potrafiły jej dotknąć, wziąć jak kobiety, chwycić i rozkrzyżować na tafli dni, ogarnąć i posiąść, rozsypać jak talię kart na stole letnich nocy. Ci idioci w skórzanych kurtkach i wyżelowanych łbach nie zasługiwali na nią, nie rozumieli jej obrazów i rysunków, myśli i uczuć. Olsztyn był daleko – nie dwadzieścia kilometrów, ale całe lata świetlne. Zresztą nigdy jej tam nie ciągnęło. Teraz jest tu – w Transgression City – i tylko to się liczy.
Pani Decayer przywitała je zmrużonymi i zapuchłymi oczyma. Paliła i kaszlała na przemian, spacerując powoli i z godnością w rozdeptanych kapciach. Jej rude włosy wystawały spod dziwnego nakrycia głowy, a cienkie kosteczki prześwitywały pod jej skórą, stwarzając iście upiorne wrażenie.
Po uzyskaniu wszystkich niezbędnych informacji, Helena zabrała się do czyszczenia dywanu, tłumacząc sobie po cichu, że to przecież pierwszy krok jest najtrudniejszy, że z każdą kolejną chwilą będzie łatwiej. Spuściła oczy i odruchowo odgarnęła włosy z czoła.
– Brush the kitchen! – wykrzyknęła nagle postać, która stanęła za jej plecami.
Helena zgłupiała, pospiesznie przypominała sobie wszystkie angielskie słówka na literę „b” (bring, build, bin, boring, busy, bitch, barrell...), ale tego cholernego „brush” nie znalazła. Chwyciła za ścierkę.
– Brush the kitchen, stupid girl! – wykrzyknęła pani Decayer, zaciskając pięści i w ohydny sposób pochylając głowę, w czym przypominała sępa lub inne drapieżne ptaszysko.
– Nie, to nie był sen – pomyślała Helena, gdy obudziła się następnego dnia. Światło słońca powoli sączyło się przez przymknięte żaluzje. Chwilę później Helena parzyła się już herbatą, którą piła z małej pomarańczowej filiżanki. Herbata... Tutaj była zupełnie inna. Syczała mocnym i bezwstydnym aromatem, wyższością, siłą. Pachniała. Pełna królewskich, fantazyjnych herbów, chóralnych napisów w stylu „English superior tea” była nie tylko herbatą, ale jakimś eliksirem, napojem jeśli nie bogów, to herosów, smakiem jakoby jej zwycięstwa nad tamtym światem.
Za miastem rozciągał się parów nazywany tutaj dingle, w jego łożysku spokojnie spoczywało miasteczko z jeszcze bardziej kolorowymi domkami niż w Transgression i pomnikiem delfina na malutkim rynku. Helena patrzyła właśnie przez brudne okno, a widok zadziwiał ją coraz bardziej. Praca przewierciła ją na wylot, uszczypnęła i dała psztyczka w nos.
Pani Decayer wciąż była tak samo marudna, zazdrościła jej i Morosie młodości. Skutek był taki, iż Helena wreszcie ten stan doceniła, że patrzyła inaczej na swoje piegi, na policzek, na twarz, na głowę, ręce, uda i stopy ubrane w czarne japonki. Teraz czyści i sprząta, potem chce mieć i przeżyć, jest zwrócona do swojego wnętrza. Już niedługo zdarzy się pierwszy dzień wolny i będzie można triumfalnie wyruszyć i spojrzeć, co jest w łożysku, w parowie.
– Tęsknisz za Małdytami? – ni stąd ni zowąd spytała się Morosa, gdy pewnego dnia spacerowały przez uliczkę zanurzającą się w mroku, niczym w gęstej, śliskiej puszczy.
– Nie – odparła z uśmiechem Helena, mrużąc oczy. Gdzie one są? Nie ma ani ich, ani mamy, ani taty, ani twojej małej siostrzyczki. Jesteśmy my, ty i ja, tutaj i teraz – wyrzuciła z siebie pospiesznie i oblizała usta. – Bądźmy tu, tylko bardziej – schwyciła Morosę za ramię.
– Co to znaczy być bardziej? – spytała się Morosa, ale nie otrzymała od razu odpowiedzi, gdyż Helena dopadła do rosnącego przy ulicy krzaka jeżyn i zaczęła je pośpiesznie zrywać i jeść.
– To właśnie – odparła, pośpiesznie ocierając usta. Spróbuj, jakie soczyste i jaki delikatny na nich jest puszek. Jakie dobre bluberi... Mogą nam posłużyć za nadzienie do muffinów, które upieczemy (może w niedzielę, to znaczy... sandej, co?). Polejemy je potem śmietanką i zjemy sobie.
Zanim doszły do domu, zaczął siąpić lekki deszczyk, sprawiając, że jaskrawe domki zrobiły się bure i przybladły, niczym twarze ludzi dotkniętych chorobą. Powiał wiatr, a po ulicach zaczęły fruwać papierki i kawałki starych gazet.
(– A przecież to miasto wydawało mi się takie czyste... – myślała).
W ciągu następnych dni Helena zrozumiała, że pani Decayer nie zamierza respektować ich, szumnie mówiąc, praw pracowniczych. Może wcale coś takiego nie istniało. Podczas pracy nie było mowy o przerwach, chociaż akurat nie to było najgorsze. Wredne babsko potrafiło specjalnie wejść w ubłoconych butach do salonu, a potem kazać jej i Morosie czyścić zostawione ślady. Paliła – a skarżyła się, że w domu śmierdzi. Nie można powiedzieć, że Helena nienawidziła jej. Chyba nie była skłonna do tak gwałtownego uczucia. Wszystko w niej było wyciszone i jakby obłożone watą, do każdej sprawy można było podejść lekko i z nonszalancją.
Ponadto zdawała sobie sprawę ze swojej wyższości. Decayer mogła je upodlić, zabronić im chodzić do kibla, kazać czyścić go szczoteczką do zębów, ale i tak nie mogła odebrać im młodości, nie mogła wydrzeć z nich tego co miały przeżyć, tego co miało się stać i co trwało przed nimi niczym tajemnicza góra, nie była w stanie zamienić się w kobietę młodą, mogła tylko uprzykrzyć im życie, a nawet tego nie potrafiła zrobić konsekwentnie i z klasą, stąd wywoływała raczej pogardę, uśmiech politowania, grymas zniechęconych ust.
Helena poczuła się już nieco pewniej, coraz rzadziej zapominała słów, coraz częściej używała odpowiednich. Była z siebie zupełnie zadowolona. Zastanawiała się tylko, skąd nagle pojawiła się w niej chęć zajrzenia do wnętrza swojego ciała. Helena pragnęła bowiem sama stać się tylko patrzeniem, tylko okiem, czy może jakimś rodzajem sondy, zamierzała jako na wpół fizyczny, na wpół duchowy byt wedrzeć się do własnego przełyku, powoli spadać w tę przepaść będącą cudem, wcisnąć się między gałęzie własnych płuc, rozglądać się dalej i dalej, mówić – to jest wątroba, to śledziona, to nerki, a to przewód pokarmowy. Skąd ta pieprzona ciekawość?
Już ochłonęła, uspokoiła się – oto nikt jej nie woła, nikogo nie ma za drzwiami, nikt o niej nie mówi wściekłym głosem, skończyło się już to rozedrganie, które dotąd było jej nieodłącznym towarzyszem. Wyprostowała się! Patrzy teraz na księżyc, ukryty za podświetloną kotarą chmur, patrzy i nie myśli o niczym; no, może o parowie, łożysku, które wzywa ją jakąś dziwną pieśnią, hymnem, który może kiedyś słyszała... nie... sama już nie wie.
Zauważyła, że odkąd w swoim wnętrzu nabrała pewności, zaczęli na nią zwracać uwagę mężczyźni. Wystarczyło, że zawiesiła na którymś wzrok na dłużej niż na kilka sekund, a już osobnik podnosił się, wypychając biodra w charakterystyczny sposób i patrzył na nią wyzywająco, niepostrzeżenie zbliżając się do jej stolika. Wywoływało to w Helenie dreszczyk emocji, miała ochotę kusić, naprężyć bosą stópkę i machać nią w powietrzu, w zalotny sposób wkładać do ust własne włosy, przymrużyć swoje oczy i ciskać nimi tajemnicze spojrzenia, a wszystko tylko po, aby zobaczyć, cóż takiego się stanie.
– Czy kochałaś się już kiedyś z facetem? – spytała Morosa, obierając ziemniaki
– Po co chcesz o tym wiedzieć? – zapytała Helena podnosząc lękliwie oczy
– Chcę. Simpli. Abyś wyszła z tego zaułka, kąta, w który sama się zagoniłaś. Widzę, jak faceci patrzą na ciebie, jak cię taksują, widzę to w ich oczach, ten dizajer – ciągnęła, żując gumę i przymrużając oczy ciężkie od tuszu. A ty ani nóg nie rozłożysz, aby mogli zobaczyć twoje majtki, ani włosów nie rozpuścisz... Elen... (Lubiła tak do niej mówić, oznaczało to największą poufałość).
Ostatni obrany ziemniak chlupnął do garnka i Morosa wyszła do drugiego pokoju. Helena usłyszała tylko trzask zapalniczki i po chwili poczuła tytoniowy dym. Zacisnęła palce na filiżance z kawą, tak mocno, aż zrobiły się sine. Milczała. Ale czuła, że teraz to Morosa zastępuje jej matkę, że chciałaby, aby ten głupi trzpiot w tandetnym makijażu, który właśnie zaciąga się marlboro, przytulił ją i pocałował, może pochwalił.
Tydzień później wieczorem, po pracy, razem z Morosą poszły na imprezę do pobliskiego miasteczka, leżącego po drugiej stronie łożyska. W ciemnej sali, przypominającej raczej długą grotę z wieloma wejściami, siedziało mnóstwo ludzi, a może raczej jakichś podziemnych istot, gdyż Helena widziała tylko twarze, dłonie, buty. Duszno. A Morosa już płynęła w tym brudzie, tym kanałem, już ciągnęła Helenę za sobą, przeciskając się między facetami, spuszczała wzrok i oceniała zawartość ich rozporków. Znalazła dla nich jakiś kącik w cieniu tej pieczary.
Po dwóch piwach Helena rozmarzyła się. Wszystko przepływało jakby dwa razy szybciej przed jej ciężkimi, zmrużonymi oczami. Poczuła mrowienie w dłoniach, przyjemną pustkę w głowie. I nagle w jej sercu zapłonęła tak ogromna potrzeba miłości, że myślała, iż rzuci się na ziemię z powodu głodu dotyku, uścisku. Rozejrzała się. Oto natrafiła się okazja do pierwszego przekroczenia granicy. Helena przechyliła się na krześle i w ciemności poszukała ust nieznajomego. On spojrzał na nią, wziął głęboki oddech i odpowiedział łapczywie, zaciskając umięśnioną dłoń wokół jej białej szyi i przyciągając ją do swoich warg. I trwali tak przez kilka chwil, pochyleni jak drzewo, podczas gdy Helenie szumiało w głowie z zaskoczenia i niedowierzania, bowiem ów nieznajomy był naprawdę przystojny. Nie myślała, że w ogóle zwróci na nią uwagę, podczas gdy on teraz pieścił jej wilgotne usta i język, trwając w jakimś zachwyceniu i dysząc po cichutku. Gdy już nasyciła się i zmęczone usta poczęły jej drętwieć, wymknęła się po cichutku z groty, zostawiając owego nieznajomego w samym centrum zdziwienia. Na zegarze było wpół do drugiej. Morosa patrzyła na nią z zadowoleniem, pokrytym może leciutką mgiełką znudzenia. Czy w głębi duszy liczyła na to, że jej Elen jest inna niż wszyscy i nie ulegnie presji? A Helena zasmakowała ust nieznajomego (nie pamiętała nawet jego imienia) i zrobiła pierwszy krok w kierunku od ciasnej furtki do przestronnej bramy i szerokiej drogi. Zabłysły pierwsze czerwone światła, zaśmiały się oczy, usta zacisnęły się w złowieszczym uśmiechu. A co mógł robić wtedy Tiferet, jak daleko był od niej, dlaczego bał się i nie mógł jej dostrzec? Ilu zwierciadeł potrzebował, ilu luster?
Tydzień minął niespodziewanie szybko. Helena była gotowa podążać jeszcze głębiej. Jednak w oczach Morosy nie znajdowała ciepła ani zrozumienia. Sama wyczytała w nich tylko nieme, zimne potwierdzenie.
Na ulicy było co najmniej kilka pubów, jednak Helena i Morosa weszły do najmniejszego z nich, ukrytego w rogu ulicy, w cieniu drzew kasztanowych.
Nazywał się Samael.
Biorę oddech, właśnie w tym miejscu, chociaż mogłem zrobić to wcześniej lub później. Pocieram oczy i boję się tych słów, które mają się ze mnie wydobyć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, nie wiem kim jest Helena, nie wiem jeszcze co się stanie dalej, ale wszystko widzę wyraźnie – jak chwyta za klamkę, tak, widzę wyraźnie, jak jej dłoń kurczowo zaciska się na klamce, złotej, z ciemniejszym pobłyskiem. Helena jest ubrana w białą, lekko przeźroczystą sukienkę mini, ma gołe nogi i na stopach baletki, błękitną koszulkę w białe poprzeczne paski, paznokcie ma pomalowane na kolor srebrny. Teraz widzę ją, więc może jednak jest? Potrafię przecież podać szczegóły jej ubioru, opisać jej twarz, widzę przymrużone oczy i lekki uśmiech, za nią Morosę, dla której to wyjście nie jest niczym specjalnym, co widzę po wyrazie twarzy.
Zamówiły piwo i usiadły przy stoliku, naprzeciwko kilku Hindusów, którzy coś głośno opowiadali i objadali się ciastkami. Ostre aromaty kadzidła i kolor ciemnego drewna odprężyły Helenę. Wypluła gumę do żucia, na chwilę zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.
Wtem z głośnika zabrzmiała piosenka:
„I’m going slightly mad, I’m going slightly mad
It’ s finally happened, happened
I’m slightly mad
I’m knitting with only one needle
Unraveling fast it’s true
I’m driving only three wheels these days
But my dear, how about you?
Helena zauważyła, że kelnerki rozdają wszystkim karteczki z napisami. Jedna z nich podeszła do niej i podała jej mały kawałek tektury, na którym było nabazgrane pisakiem: S z e c h i n a.
– O co chodzi? – spytała Morosę.
– To taki zwyczaj. Na czas imprezy każdy dostaje nowe imię. Na mojej karteczce jest „Hara’a”. Cute, prawda? Jak jakiś arabski pseudonim – zaśmiała się, pokazując zęby. No to – wypijmy kolejny bruderszaft – Szechinko ty moja.
Brzdęknęły kufle irlandzkiego piwa. Morosa pocałowała Helenę w usta, pogładziła ją po twarzy i szepnęła jej do ucha.
– Szybko się uczysz...
Piły. Grupa Hindusów przysiadła się do nich. Jeden z nich, o imieniu Jafals, upatrzył sobie Elen, prawił jej komplementy łamaną angielszczyzną. Patrząc na jego twarz Helena czuła się obco, tak beznadziejnie obco.
Jafals drżącą dłonią schwycił Helenę za nadgarstek i zmrużył oczy. Odeszli od stołu. Łagodnym ruchem wysunął się przed nią, pociągnął za sobą i tak weszli po drewnianych, obitych skórą schodach. Teraz jego ruchy były szybsze, już prawie ją popchnął, wydając stłumiony okrzyk chwycił za klamkę i oto oboje znaleźli się w pokoju. Helena patrzyła na niego wielkimi, niezdrowo lśniącymi oczami, na jego rozpaloną twarz i zmierzwione, czarne, kędzierzawe włosy. Jafals odetchnął, zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, zamknął drzwi. Podszedł do niej powolutku, przeciągnął ręką po jej białej sukience, po czym przywarł do jej ust. Poczuła zapach alkoholu, który przywołał w niej jakieś delikatne, nieokreślone wspomnienie. „Boże, to takie nienaturalne, że oto on trzyma mnie w ramionach” – pomyślała. „Dlaczego tak jest, że traktuję to jako coś dziwnego, niezwykłego?” – myślała. Jasfal przymrużył oczy raz jeszcze i miażdząc wargami jej usta, zaczął rozpinać koszulkę i powoli zabierać się za stanik. Helena poczuła motylki w brzuchu oraz wilgoć zaczynającą się gdzieś w okolicach lędźwi.
Wyglądała teraz jak spokojna, płacząca wierzba, gdy stała bosymi stopami na podłodze (a marzyła w tej chwili, żeby czuć zjednoczenie z ziemią, żeby stać na niej całym ciężarem ciała), w tym oto pokoju, metr od łóżka, obitego wiśniowym materiałem. Czy wiedziała już, co się na nim za chwilę stanie? Co teraz dzieje się z tym łóżkiem i kto na nim śpi, kto będzie mógł zapłacić za jej krzywdę i głupotę? Jakże radowałbym się, gdybym mógł sam jeden pociąć to łóżko na kawałki, spalić i tańczyć w blasku tych płomieni, wśród nocy, śmiać się im wszystkim w twarz, wiedząc, że zabrałem ją stamtąd, kiedy mnie potrzebowała! Co robisz? Uciekaj, wyrwij się! Wymyśl coś, wiesz dobrze, że tak naprawdę to jeszcze mnie nie ma, ja sam, piszący te słowa, wcale nie istnieję i nie mogę ci pomóc. Nie pozwól jego rękom czynić tego, co teraz czynią, wiesz dobrze, że on bierze coś, co nie należy do niego. Dlatego niech będzie przeklęty. Wiem, że nadejdzie czas, kiedy zagoją się rany i nie będzie już tego wszystkiego; że tam, po drugiej stronie może ja sam, piszący te słowa, położę się na tym łóżku i my wszyscy razem pojednamy się.
Na razie jednak zionie otchłań nocy, nad parowem zawisł brunatny, martwy księżyc. Wiem także, że tej samej nocy było wiele takich Helen, winnych bardziej czy mniej, wyrwanych ze swoich Małdyt, wiem, że takich Małdyt było więcej, gdzie rodzice myśleli o swojej córeczce, a gdyby wiedzieli, co się z nią dzieje, pobiegliby wszyscy przez pola, prosząc tylko ziemię, by ich pochłonęła. Chociaż może ich przeceniam... Wyglądała jak spokojna, płacząca wierzba, gdy pół godziny potem spokojnym, niedbałym gestem wycierała się od ciemnopomarańczowej krwi i lustrowała wzrokiem podłogę, aby odnaleźć na niej własne rzeczy. Obejrzała się i nie zobaczyła już Jafalsa. Uznała zatem, że był to sen, a biały ręcznik brudny od krwi wrzuciła pod łóżko, gdzie miał już leżeć do końca świata. Stanęła w samym środku mitycznie udekorowanej nicości. Dusza Heleny dryfowała gdzieś, może szukając legendarnego delfina, może niby lekka mgła wpełzła do lasu, by nacieszyć się zapachem drzew i kwiatów?
Poznań, marzec-czerwiec 2008
© 2009 Maurycy Witkowiak
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Tenebrarum
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski