
Była blisko i wiedziałem o tym, rozpaczliwie szukając ludzi. Wiatr przetrząsał drzewa, pozbawiając je pierwszych liści, które spadały pod moje stopy i były zwinięte i skurczone, niczym pączki zielonej herbaty. W powietrzu nietrudno było wyczuć wilgoć. Mury domów na ulicy Ciepłej zrobiły się pastelowe i bure, niebo było jakby napuchnięte, nabrzmiałe niczym zastarzała, ropiejąca rana. W taką pogodę nawet Czarne Licho musiało się gdzieś zaszyć i czekać na lepszą okazję do płatania figlów. Pełen rezygnacji spojrzałem tylko w kierunku domu Dario Silvy, który wyglądał równie szaro i beznadziejnie jak inne. Całe Płodolany pogrążyły się w apatycznym oczekiwaniu na burzę. Na ulicach nie było nikogo, jeśli nie liczyć samotnych sylwetek przemykających wzdłuż murów, aby jak najszybciej ukryć się przed nadchodzącym deszczem. Tchórze.
Puściłem się w dół ulicy, nie patrząc nawet w górę i mając wciąż rozpiętą marynarkę, jakbym nie czuł żadnego chłodnego podmuchu. Co mnie to wszystko mogło obchodzić, skoro nie znalazłem nikogo? Czy ważne były rzeczy widzialne, gdy ja niewidzialnych szukałem i tęskniłem za nimi, albo raczej pragnąłem ludzi, miejsc i zdarzeń niby dostępnychdla oka, ale posiadających jakąś wewnętrzną słodką warstwę (niewidzialną przecież), która była otwarta tylko dla mnie? Podświadomie czułem jakiś punkt, którego nie byłem w stanie zlokalizować, a w którym, jak liczyłem i jak to sobie wyobrażałem – oni wszyscy znajdować się mieli. Wewnętrznie wyłem jednak jak zraniony zwierz, tym bardziej że skończyły mi się papierosy i taki jak stałem – po kilku godzinach bezpłodnych poszukiwań – na przemian – ludzi i inspiracji, po zderzeniu z wydawałoby się zwykłym życiem zwyczajnego miejsca, głodny i zmęczony – poczułem, że ten dzień oddala mnie od wszystkiego, co tak bardzo chciałem zdobyć i zachować. Straciłem już tyle czasu i chyba już nigdy nie będzie mi dane go odzyskać.
Ojej!
Nie uszedłem kilkudziesięciu metrów, gdy deszcz zaczął kropić, delikatnie, jakby niezdecydowanie i nerwowo, niczym artyleria robiąca krótką ogniową próbę przed prawdziwą kanonadą. Szarzało i zdziwiłem się patrząc na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Papierki i puszki po piwie zaczęły furkotać w powietrzu. W oddali odgłos przejeżdżającego pogotowia. Wszyscy uczepili się już owodni Płodolan, ukryli się w jej wnętrzu, dla mnie nie było ono jednak takie gościnne. Teraz już nie kropiło – w kapuśniaczku, który nagle przerodził się w deszcz, a w ciągu paru minut w ulewę, trudno już było rozpoznać kontury przedmiotów. Pamiętam, że deszcz miał słony, wyrazisty zapach, że znajdowałem się coraz bliżej Greckich Równin, w pobliżu synagogi, gdzie chasydzi właśnie przygotowywali się do szabatu i zapalali pierwszą świecę (której blask przebijał się poprzez tętniącą ulewę) oraz domu Oliwka i tarasu jego, gdzie nagle zabłysło światło, które miało oznaczać dla mnie błysk nadziei, smutkiem jednak pokrytej.
Z ciekawością zbliżyłem się do budynku, przed którym raz po raz błyskały ogniki papierosów. Deszcz lał jak z cebra, wydając chrzęszczący odgłos. Sylwetki, które przez załzawione ulewą oczy udało mi się dojrzeć, wydały mi się dziwnie znajome. Podszedłem bliżej i zobaczyłem Hauptmanna, Oliwka, Dżenera i jakąś zaskakująco brzydką dziewczynę, której nie znałem (później dopiero dowiedziałem się, że miała na imię Sella). Pomachałem im i już po chwili zobaczyłem zapraszające gesty. Dreszcz przeszedł mi po plecach – oto przypadkowo miałbym się znaleźć między nimi? Postąpiłem naprzód, dostałem się pod zbawienny dach, ktoś wetknął mi do ust papierosa, ktoś inny wcisnął mi do ręki szklankę z martini. Trudno mi było odnaleźć się pomiędzy nimi, szybko ochłonąłem, zaciągnąłem się dymem, obtarłem mokrą twarz, otworzyłem swój umysł i zacząłem zapisywać to wszystko w mózgu. Twarz Dżenera. Jego cera – niby świeża, ale przydymiona i lekko poszarzała. Malutka blizna pod lewym okiem. Zawadiackie spojrzenie. Charakterystyczna zmarszczka pomiędzy oczami, gdy zaciąga się dymem. Rozszerzone źrenice. Jego dłoń na oparciu krzesła. Lekko draśnięta. Granatowa koszula w czarne prążki, wytarta na łokciach, z białymi mankietami.
Tak wsysałem w siebie te wszystkie szczegóły, dopiero teraz czując, jaki byłem ich głodny! Wtem wyszedł do mnie Miodak, witając mnie pasterskim gestem, będącym być może parodią Rafała Ucieczki.
– No, kogo my tu mamy, Saudade! – zakrzyknął szczerze, aż uśmiechnąłem się i w milczeniu podałem mu rękę. Twarz świeciła mu się od wypoconego alkoholu, a jego wyłupiaste oczy o barwie rozmiękłej czekolady sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz wypłynąć mi pod nogi.
Na ulicy ciągle padało, chociaż może trochę mniej niż jeszcze kilka chwil temu. Tylko przelotnie spojrzałem za siebie, mając już twarz zwróconą w stronę drzwi wejściowych, skąd wypływało światło i – w ślad za nim – smakowite zapachy. Oliwek, który pełniąc honory gospodarza biegał na wszystkie strony z kieliszkami, tacami i talerzami, skinął na mnie z niezwykłą dla siebie błyskotliwością, a następnie zaprowadził na dół po krętych i trzeszczących schodach.
I oto moim zdumionym oczom ukazała się obszerna sala, gdzie przy kilku stolikach, w przytłumionym świetle sączącym się z jednej małej lampy siedzieli oni wszyscy: rozwalona na fotelu Joanna Reiksztejn, Ania Święta, Ania Przychodząca, Dario Silva, Zoza, siostra Kierasa i Dairel.
Było już za późno, żeby uciec. Trafiłem w sam środek jakiegoś poufnego spotkania grupy teatralnej MOB. Poczułem się niezręcznie, kiedy posadzono mnie na środku, a oni nadal rozmawiali w swoich frakcjach, parach, koteriach. Natrętne spojrzenie Joanny Reiksztejn wyzywało mnie na pojedynek.
I może ta chwila trwałaby dłużej (a chociaż niezręczna i poniżająca, dawała mi możliwość rejestrowania wszystkiego jakby okiem kamery), gdyby nie Hauptmann, który przyniósł wielką wazę z dymiącymi jeszcze szaszłykami i klopsami. Nagle w rękach wszystkich pojawiły się widelce, Dairel wreszcie mnie zobaczyła i zaczęła rozmowę, tak więc uzyskałem już swoistość i wyczułem grunt pod nogami.
– Ale przecież dzisiaj jest piątek! – głos Zozy, zwrócony przeciw Hauptmannowi, przebił się ponad gwar.
Chwila ciszy. Napięcie. Natrętne oczekiwanie.
Wszyscy niegdysiejsi, wszyscy byli, wszyscy minieni lektorzy zadumali się na chwilę nad dymiącym jeszcze mięsem, które wierciło w nosach zapachem tłuszczu i ostrych przypraw (Dario Silva od razu wyczuł oregano, bazylię, czubrycę i powszechnie używaną na Płodolanach czarnuszkę). Spoglądali po sobie, mrugali oczami. Najchętniej wypędziliby teraz Zozę, kazali jej się zamknąć i iść do stu dwunastu diabłów. Niezręczne milczenie jako pierwszy przerwał Miodak:
– Mi niedawno jeden dominikanin... dał dyspensę całoroczną – wybąkał, drapiąc się po głowie i niepewnie, szukając sprzymierzeńców, rozglądał się wokół swoimi wyłupiastymi oczyma. – Powiedział do mnie: „Słuchaj, jesteś fajny gość, całe życie możesz jeść mięso w piątki” I robię to! – dodał, nakładając sobie największy kawałek
– U mnie, tylko u mnie można wykupić abonament na dyspensę od niejedzenie mięsa w piątki!!! –teatralnie podchwycił Hauptmann, podnosząc rękę i spoglądając w stronę talerza. Pierwszy podszedł Dario Silva, ostrożnie nakłuwając widelcem klopsy, potem Ania Święta, potem Przychodząca. Zaraz potem rzucili się do białych i żółtych sosów, maczali w nich mięso i jedli ze smakiem.
Oliwek tylko pokiwał swoją wielką głową niosąc naczynia.
I siedzieli tam, w pomieszczeniu przypominającym piwnicę, zupełnie nie zauważając mojego istnienia i nie przypuszczając, że oto, niby przypadkiem, wpuścili pod swój dach jedno wielkie obolałe oko, taśmę filmową, samozapisującą się księgę. Jak lubiłem widzieć zakłopotanie na ich twarzach, kurtuazyjne pytania skierowane w moją stronę, które były zupełnie jak karteczki, które małe dzieciaki piszą sobie podczas lekcji i przesyłają pod ławką. Na każdej z nich było napisane; „Nie jesteś stąd”, „Spadaj”, „Nie psuj aury”. Nie miałem siły na nie odpowiadać. Deszcz ściekał ze mnie i przeżywałem głęboko dramat oddalenia, rozumiałem, że minęło zbyt wiele czasu, aby mieć z nimi jakikolwiek wspólny temat, choćby malutką nitkę, płaszczyznę, na której mogłem porównać ich życie z moim. Szkoda, że nie potrafiłem zamienić się w samo patrzenie, będąc niewidzialnym, podsłuchać ich rozmów, spojrzeć jak na ich twarzach i ubraniach rozkłada się światło. Dziwiły mnie te rachityczne dźwięki, wśród których dogadywali się oni – w różnym wieku, różnych zawodów i nauk – jednak potrafili rozmawiać o rzeczach śmiesznych, obojętnych, ale – interesujących wszystkich. Nauczyli się tego przez ostatnie parę lat, wchłonęli kilka nowych osób, grupa teatralna MOB – ten gigantyczny wampir – żył. Zatarły się granice jej początku i końca, siedząc tam wśród nich nie pamiętałem już, kto gra w ostatnim przedstawieniu, a kto nie, którędy znalazły ujście reżyserskie zapędy (podobne nieśmiałym pierdnięciom) Joanny Reiksztajn (nazywanej tutaj Re Gisseur). MOB był ostatnim, dziwnie pomniejszonym podrygiem tego, co kiedyś było płodolańską bohemą i dumą, kolorytem. Na chwilę zatrzymywałem wzrok na każdej z postaci tkwiących w półmroku. Ania Święta miała w swych czarnych włosach pasemka ni to blond, ni to siwe, siedząc metr ode mnie w ogóle nie zauważała mojego istnienia. Miałem diabelną ochotę wybuchnąć śmiechem, ponieważ teraz, tak, właśnie teraz czułem się lepszy od niej, od Dario Silvy i całej reszty, z której uszło powietrze i fantazja, męskość, kobiecość i seksapil, ich już nie było. Gadały do siebie kościotrupy i cienie. Dlaczego siedzieliśmy w podziemiach, a nie w ogrodzie, czemu przy tak lichym światełku, czemu tak wyciszeni i schowani? Baliśmy się czegoś? Może wcale nie chodziło tu o deszcz, może deszczu nie było, a może rozgrywał się on tylko w mojej ciężkiej od wspomnień głowie?
Gdzie się podziała dawna bezwstydność podobna płodolańskim roślinom, nasza jurność, nasza, jak to lubiliśmy podkreślać, „fizyczność”? Rozwaleni na zielonej trawie, podpierając się pod boki, z zadowoleniem gładząc się po swoich czystych twarzach pokrytych dopiero co pączkującym zarostem i śmiejąc się głośno opowiadalibyśmy dowcipy i żarciki, dziewczyny błyszczące bielą skóry, dziewiczością ciał, silni i pewni chłopacy, wszystko, do cholery, jeszcze w stanie potencjalnym, wszystko, do kurwy nędzy, jeszcze z nadzieją, z nadzieją i wiarą, bo wszystko dobre może się jeszcze wydarzyć.
Oliwek podszedł do kominka i niedbałym, powolnym gestem dołożył do ognia drewienka, bowiem poprzednie już zmieniły się w próchno!
Obok Anny Świętej, Anna Przychodząca, z psią twarzą i opaloną skórą, niska i szczupła, jak zwykle ożywiona i zajęta rozmową, na ścianie odbijają się cienie jej rąk. Dario Silva mruży oczy, Joanna Reiksztajn kurczowo zaciska dłonie na szklaneczce z drinkiem. Widzę jak jej palce stają się sine. Ona zaciska je jeszcze mocniej i wyraźnie spostrzegam, że patrzy na mnie. – Czego?! – odpowiadam w myślach. Trochę dalej Zoza, być może ona także jest tu na uboczu, nie u siebie, jest teraz moim jedynym sprzymierzeńcem? Siedzimy na dwóch krańcach sali, atakując ich z obydwu stron, wedle jakiegoś bezszelestnego porozumienia. Poczułem ulgę, bo palce Joanny Reiksztajn już się zachowały, złapałem je w locie, dopadłem ich, umieściłem w tej opowieści i stały się święte. Tyle jednak rzeczy mnie omija, na tylu spotkaniach mnie nie było, tylu twarzy albo nie widziałem, albo spojrzałem w nie zbyt pobieżnie, tylu z nich już nigdy, przenigdy nie zobaczę!
Na ulicy Karcianej, za oknami zaczynało coraz bardziej padać. Niebo uderzało wszystkimi odcieniami granatu i ultramaryny, rozświetlanymi niekiedy przez nagłe błyskawice. Gasiliśmy papierosy, patrząc w górę i słuchając złowrogiego szumu drzew. Schronienie pod tarasem zdawało się być bezpieczne, ale mimo to wściekły deszcz zacinał pod iście nieprawdopodobnym kątem, rozbijał się po Płodolanach. Biedna moja morwa na Truskawkowej i biedne śliwy przy kościele, biedny orzech na Szafrańskiej i jabłonie przy Morsztyńskiej! Deszcz wściekle huczy i roztrzaskuje się na strzechach, tnie wściekle szyby, tryska z rynien, trzyma wszystko w swojej mocy! Co za noc! Odblaski pioruna oświetlają twarze naszych upiorków, wydobywając oko, policzek, rękę, nogę, szklankę, kieliszek, papierosa. Orgia światła!
Teraz właśnie (może oświecony blaskiem piorunów?) zdałem sobie sprawę, że nie potrzebuję ich – ludzi, że są oni – wobec Płodolan – bytem przygodnym, przypadkowym, śmiertelnym i znikomym, jętkami jednodniówkami tańczącymi swój powolny i niczego nieświadomy menuet na suchej i twardej skorupie. Za to Płodolany! Odważnie wpychały się na miejsce Absolutu, były jak olbrzymia patelnia, na której płonęły żałośnie syczące i podrygujące skwarki – oni. Ta pyszna scena nie mogła być pusta, ta La Scala potrzebowała aktorów i to nie jej wina, że trafiła na wyrobników i patałachów.
Wyszedłem na taras.
U mego boku znów pojawił się Hauptmann. Jego grubo ciosana, ale świeża twarz rozświetlała się co chwila od blasku piorunów. Przygryzał dymiącego papierosa.
– Gdybym był rolnikiem i tam – pokazał grubą dłonią na skrawek ziemi tonącej w strugach deszczu – byłoby moje pole – to miałbym teraz na twarzy takiego banana – Hauptmann wykrzywił usta w scenicznym grymasie, a opaloną dłonią zakreślił łuk w powietrzu.
© 2009 Maurycy Witkowiak
verte.art.pl > Czytelnia > Opowiadania > Uczta cieni i mar wśród burzy stulecia, która uderzyła w Płodolany
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski