> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№39 wrzesień 2007

9 piosenek o niczym („9 Songs” Michaela Winterbottoma) Adam Kruk

Michaela Winterbottoma, reżysera chorobliwie wręcz pracowitego, płodzącego film za filmem, uważam za twórcę arcyciekawego, może i wybitnego. Przede wszystkim zaś — bardzo na miarę swoich czasów. Nawet kiedy używa maski historycznej („Więzy miłości”, 1996) czy science-fiction („Kodeks 46”, 2003), zawsze opowiada o swoim pokoleniu i doświadczeniu ludzi „w próżni”. W „9 Songs” skupił się głównie na owej pustce, nie demonizując jej ani nie gloryfikując. Opowieść o pewnym życiu, pewnej miłości. Tylko tyle i aż tyle.

Kiedy opowiadam znajomym o czym jest „9 Songs”, mówię, że o pieprzeniu i chodzeniu na koncerty. Zaznaczam też, że nie ironizuję, ani że nie jest to złośliwe. Bo właśnie to widzimy i słyszymy przez cały, niedługi zresztą, seans. Nie mógłbym polecić tego filmu nikomu, kto nie godzi się na te warunki. Przestrzeń filmowa jest zdegradowana w stosunku do tego, do czego przyzwyczaili nas mistrzowie kina, ale także i kino głównego nurtu. To może irytować, ale może i zastanawiać. Ta redukcja jest bowiem znacząca. Każde przedstawienie ma swoje ramy, to, co znajdzie się wewnątrz, jest autorskim wyborem. Reżyser po raz pierwszy i jedyny, jak na razie, sam był scenarzystą filmu. To znak, że mówi tym bardziej w swoim imieniu. Nie znamy przeszłości bohaterów, ich rodzin, pracy. Ktoś powie, że życie ludzkie jest dużo bardziej bogate i skomplikowane i będzie miał rację. Tyle, że to banał, a Winterbottom banalny nie jest. W tym pieprzeniu i chodzeniu na koncerty kryje się jakaś piekielnie smutna prawda o współczesnym człowieku i jego „zbyt głośnej samotności”.

Lider tzw. angielskiego nowego brutalizmu Mike Ravenhill napisał w latach 90. głośną, wystawianą i w Polsce sztukę „Shopping & fucking” — manifest nurtu stanowi już sam jej tytuł, określający pokolenie głodne uczuć, które jednocześnie na nie stać. Nowy film Winterbottoma wyrasta z tego gruntu. Mało mamy tu „shopping” (choć jest scena, w której bohaterka, niczym turystka, zakupuje mnóstwo souvenirów z Londynu dla rodziny), za to dużo „fucking”. Konsumeryzm ogranicza się głównie do konsumpcji muzyki. Bohaterowie chcą być trochę w kontrze, więc ubierają się na czarno i pieniądze wydają na koncerty muzyki alternatywnej. Jednak muzyka rockowa dawno już przestała nieść w sobie potencjał rewolucyjny. Dziś to już tylko kwestia gustu, estetyki preferowanej1. W gruncie rzeczy żywot bohaterów ogranicza się do pieprzenia i wydawania pieniędzy. Winterbottom sprawia, że nie można spojrzeć na nich z góry — ech, ubogie życie… Myślę, że są oni bliżej (bez?)sensu egzystencji niż wielu z nas. Postulat wolności, do którego dążymy, jest atrakcyjny do momentu, kiedy nie zostaje spełniony. Potem, po wyzwoleniu się z więzów rodzinnych, społecznych i ekonomicznych wreszcie, pojawiają się pytania o potrzeby najbardziej pierwotne i dochodzimy do wrodzonej traumy samego istnienia, Lacanowskiego „braku”, samotności i wyobcowania nie do zaleczenia nawet wymyślnym seksem czy zabijaniem czasu, zagłuszaniem myślenia głośną muzyką i tłumem. Czyżby łatwiej było walczyć o coś lub przeciw czemuś, niż stanąć oko w oko z pustką? Antarktyda, na którą ucieka bohater, nie pomoże w odzyskaniu sensu, kultura jest w człowieku, a miłość jako jedyne remedium jest tylko fantazmatem. Opustoszałe lodowe połacie Antarktydy, które bohater ogląda z samolotu, wyrażają pustkę wewnętrzną bohaterów, jak dawniej bezkres amerykańskiej pustyni w „Zabriskie Point” Antonioniego, filmie dokumentującym moment zmiany pewnego paradygmatu kultury i społecznej świadomości. Tam także następowała seksualna transgresja, która miała wyzwalać, a wyzwalała tylko pustkę. „9 Songs” różni jednak od klasycznego (choć swego czasu niedocenionego) dzieła włoskiego mistrza pewna dosłowność. Kiedy Antonioni badał granice kina głównie poprzez mistyczną nieobecność, Winterbottom idzie w dosłowność, niebezpiecznie zbliżającą film do pornografii.

W latach 80. pojawił się w Nowym Jorku nurt zwany cinema of transgresion2, w którym transgresja dotyczyć miała przekraczania tego, co filmowe, i tego, co rzeczywiste, oraz transgresji obyczajowej. Rejestrowano chociażby praktyki sadomasochistyczne (Richard Kern), które jednak inscenizowane były dla potrzeb filmu. Podobnie w „9 Songs” — dosłowność pokazywanego na ekranie seksu zaprzecza jego udawaniu, co zgodne jest z dzisiejszą tendencją do uautentycznienia przekazów fabularnych. To działo się naprawdę, choć z inspiracji scenariusza przecież. Koncerty, na które chodzą bohaterowie, także były dokumentowane, nie inscenizowane. Rozmywa się granica między przedstawieniem fabularnym a dokumentalnym. Z jednej strony dokument zbliża się do fabuły, z drugiej zaś, kreacyjność dokumentu prowadzi często do tez o niemożności jego istnienia w ogóle. Transgresja obyczajowa natomiast służyć ma realistycznemu oddaniu ducha czasu i kondycji „pokolenia porno”. Nagość bowiem to też bezradność. Totalne rozbrojenie bohaterów odsłania rzeczoną pustkę.

Znacząca jest też semantyka piosenki jako utworu muzycznego. Barańczak pisze, że piosenka to utwór zazwyczaj nie nazbyt skomplikowany od strony muzycznej, a już zupełnie nieskomplikowany od strony literackiej. Prostota jest tu czynnikiem jak najbardziej pożądanym: tekst zmuszający do skupienia uwagi, nie mówiąc o jakiejś głębszej refleksji, jest praktycznie tym samym, co tekst niezrozumiały. Piosenka odbiorcy nie przemęcza. Nie przyprawia go zwłaszcza o trudniej strawne emocje, a i intelekt może tu znaleźć wygodny odpoczynek po trudach dnia.3 To utwór łatwy, krótki, wciąż powielany. Jako metafora życia pokazuje, że narracje, które się tworzy (myślenie ma zawsze charakter narracyjny, chaotyczną rzeczywistość człowiek porządkuje w chronologiczne procesy o charakterze przyczynowo-skutkowym), są dziś krótkie, proste i nietrwałe. I przede wszystkim jest ich wiele. Konstruowanie swojego życia na kształt powieści (jedna spójna, trwała historia) minęło wraz z upadkiem samego gatunku. Dziś życie ludzkie w świecie przyśpieszenia, rozproszenia i multiplikacji bodźców przypomina raczej ciąg niezwiązanych z sobą wideoklipów. Świadomość jest poszatkowana i raczej sytuacyjna niż esencjonalna. Procesy te zachodzą na skalę mikro (jednostkową, doświadczane przez wielu z nas) i makro — zgiełk wielkich meta-narracji i totalnych projektów filozoficzno-politycznych rodem jeszcze z oświecenia, o czym pisał Lyotard4.

Ale można też „9 Songs” zobaczyć inaczej, pewnie z większą przyjemnością — jako kolaż dobrej muzyki ze zgrabnymi nagimi ciałami, które się kochają (tu należą się wielkie brawa za odwagę dla Kierana O’Briena i Margo Stilley w roli kochanków). I też warto. I to także bardzo polecam. I znów nie ironizuję.

© 2007 Adam Kruk

1 O absorpcji kontrkultury przez kulturę masową czytaj w: Kontrkultura. Co nam z tamtych lat, red. W. J. Bursza, M. Rychlewski, Warszawa 2005.

2 Główni przedstawiciele nurtu to: Nick Zedd (ideolog), Richard Kern, Tessa Hughes-Freeland, Jon Moriksugu. Byli spadkobiercami tradycji performance, direct cinema i New American Cinema, związani z subkulturą punkową.

3 S. Barańczak, Nieufni i zadufani. Romantyzm i klasycyzm w młodej poezji lat sześćdziesiątych, Wrocław 1971.

4 Por. J.-F. Lyotard, Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy, przeł. M. Kowalska, J. Migasiński, Warszawa 1997.

verte.art.pl > Film > Recenzje > 9 piosenek o niczym

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski