Kino akcji nie wygląda już tak jak kiedyś. Niezwyciężony, umięśniony, zawsze stojący po stronie dobra, choć jednocześnie bezwzględny dla bandytów bohater nie jest już dzisiaj traktowany poważnie, a nawet bywa wyśmiewany. Przez własnych fanów obwiniany za to, że zawiódł. Ciężko jest mi oceniać ludzi, a im jest ciężko nie oceniać mnie, ubolewa Jean Claude Van Damme w swoim najnowszym filmie „JCVD”.
W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Jean Claude Van Damme, Sylwester Stallone, Arnold Schwarzenegger, Chuck Norris i Steven Seagal byli liderami kina akcji. Można do tej grupy jeszcze dokooptować Wesley Snipesa, Dolpha Lundgrena, Brandona Lee, Michaela Dudikoffa, Marka Dacascosa, Jasona Scotta Lee, Dona „The Dragona” Wilsona, Gary’ego Danielsa, Briana Boswortha czy Oliviera Grunera, niestety to już druga liga. Z kolei Bruce Willis, Harrison Ford, Kurt Russel i Mel Gibson stanowią inną gałąź drzewa kina akcji, tę „chudszą”, która rozgałęzia się na różne strony; jest to nieco inny gatunek i warsztat aktorski. Ale przecież największe poruszenie dawało nam to mniej ambitne kino! Każdy, kto oglądał filmy z Van Damme’em, chciał ćwiczyć karate. Każdy, kto widział „Commando”, chciał chodzić na siłownię. Każdy, kto oglądał „Rambo”, chciał wymierzać sprawiedliwość. Te filmy dawały nam wolę walki. Ci bohaterowie byli naszymi autorytetami, jasno i brutalnie określającymi, co jest dobre, a co złe.
Dzisiejsi bohaterowie nie posiadają już tego splendoru. Są przesadnie inteligentni, słabo umięśnieni, mają zaburzenia osobowości, zabijają z wyrzutami sumienia i co najważniejsze – nie są niezwyciężeni. Postacie te są ofiarami relatywizmu moralnego. Dobro miesza się ze złem, czasem nawet zły staje się bohaterem, jak w „American Psycho”, „Hannibalu”, „Podziemnym kręgu”, „Utalentowanym panu Ripleyu”, „Infiltracji” czy „Krwawym diamencie”. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych z tradycyjnym kinem akcji zaczęło się dziać coś względnie niedobrego. Filmy z Van Damme’em, Norrisem, Seagalem, Lundgrenem i Schwarzeneggerem przestały się rozwijać. Nasi herosi zaczęli się powtarzać, popadać w schematy, gonić za pieniądzem i ulegać pokusom.
Każdy, kto wychował się na takich kultowych produkcjach jak „Pierwsza krew”, „Rambo II” i „Rambo III”, „Zaginiony w akcji”, „Czerwony skorpion”, „Krwawy sport”, „Lwie serce”, „Podwójne uderzenie”, „Commando" oraz „Terminator 2 – Ostateczna rozgrywka”, z sentymentem wspomina „kopa", jakiego dawało proste, konkretne kino akcji. Dziś wszelkie próby powrotu do tej konwencji kończą się fiaskiem. „Na własną rękę”, „Terminator 3”, „Pistol Whipped (Gra o życie)”, „Skazany na piekło”, „The Cutter (Zadanie specjalne)”, „Aż do śmierci”, „Rocky VI” to filmy odtwórcze i pozbawione autentyzmu, który stworzył ten gatunek. Na uznanie zasługuje być może tylko „John Rambo” Sylwestra Stallone, co jednak nie powinno nikogo dziwić, ponieważ Stallone zawsze robił swoje, nie oglądając się na innych. W nieco innym, lecz bardziej ambitnym kierunku skierował swoje „kopnięcie” Jean Claude Van Damme, Belg z pochodzenia, mistrz karate, ikona kina akcji.
Van Damme’a pamiętamy z takich hitów jak „Krwawy sport” Newta Arnolda, gdzie zagrał legendarnego mistrza nin-jitsu Franka Duxa. Bazujący na emocjach, ale genialny „Kickboxer” Marka DiSalle’a. Dwa filmy Sheldona Letticha: dramatyczne „Lwie serce”, którego remake wchodzi teraz do kin, oraz „Podwójne uderzenie”, które okazało się absolutnym hitem, ponieważ Van Damme wystąpił tu w podwójnej roli; notabene w obydwu produkcjach był też współautorem scenariusza. Od tego momentu amerykański sen zaczyna się spełniać, Jean Claude gra w samych superprodukcjach: „Uniwersalny żołnierz” Rolanda Emmericha („Gwiezdne wrota”, „Dzień Niepodległości”) z Dophem Lundgrenem w roli czarnego charakteru. Następnie „Uciec, ale dokąd?” Roberta Harmona („Autostopowicz”), gdzie aktor zagrał u boku Rosanny Arquette, a film okazał się dosyć ambitnym przedsięwzięciem. „Nieuchwytny cel” w reżyserii Johna Woo („Bez twarzy”, „Mission: Impossible 2”), w którym Van Damme walczy z Lance’em Henriksenem, słynnym Bishopem z „Aliens”. W końcu kasowy „Strażnik czasu” i trzymająca w napięciu „Nagła śmierć” Petera Hyamsa, w której Van Damme zmienił nieco swój wizerunek, widzimy go w dosyć niekonwencjonalnych sytuacjach, na przykład grającego w hokeja na bramce. W „Ryzykantach” Tsui Harka zagrał u boku Dennisa Rodmana i Mickeya Rourke’a („9 i pół tygodnia”, „Ćma barowa”, „Sin City”, „Zapaśnik”), a w „Maksimum ryzyka” Ringo Lama – z piękną Natashą Henstridge, znaną jako mordercza Sil z „Gatunku”.
Niestety, po 1996 roku dobra passa się kończy. Już rok wcześniej Van Damme występuje obok Raula Julia i Kylie Minogue w spektakularnym, ale kiepskim „Street Fighterze”, a po premierze „Ryzykantów” zaczyna się początek końca jego wielkiej kariery. Kolejne filmy, takie jak „Za ciosem”, „Legionista”, „Inferno: Piekielna walka”, „Uniwersalny żołnierz: Powrót”, „Zakon”, „Pasażer”, „Replikant”, „Mściciel”, „Korpus weteranów”, „Zastępca” są dowodem upadku Jeana Claude Van Damme’a. Nie pomógł nawet debiut reżyserski Jeana Claude’a „The Quest”, w którym zagrał sam Roger Moore. Co dokładnie było przyczyną tego stanu rzeczy, aktor stara się wyjaśnić w najnowszym filmie, parabolicznym i pełnym tragikomizmu „JCVD” w reżyserii Mabrouka El Mechri. Brak życia prywatnego, zaszufladkowanie, poszukiwanie sensacji, problemy rodzinne, narkotyki, kryzys twórczy, zbyt wielka wiara w ludzi – jak szlocha Van Damme w „JCVD”: show-biznes wydymał mnie bez mydła. To wszystko można odczuć, zobaczyć i usłyszeć w filmie, który dosłownie wbił mnie w siedzenie.
Polecam film „JCVD” zarówno fanom Van Damme’a, jak i wybrednym kinomanom. W filmie tym można zobaczyć sceny walki, choć są one tylko tłem, ponieważ tym razem Van Damme stacza prawdziwą walkę sam ze sobą, ze swoją legendą i słabościami. Film jest rachunkiem sumienia aktora, trzymającą w napięciu autofikcją, a także bardzo zabawną sensacją. Jean Claude Van Damme, grający w swoim rodzimym języku, zadłużony i okradziony z roli do filmu przez Stevena Seagala, wrabiany w napad na pocztę przez trzech nierozgarniętych bandytów, płaczący do kamery, nieradzący sobie z cherlawym rzezimieszkiem (w końcu to prawdziwe życie), którego dawno powinien położyć jednym szybkim kopnięciem z obrotu. To wszystko jest jednocześnie zabawne, wzruszające i godne podziwu.
© 2009 Arkadiusz Sokol
verte.art.pl > Film > Recenzje > „JCVD” – ambitne kopnięcie Van Damme’a („JCVD” Mabrouka El Mechri)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski