Głównym powodem, dla którego uznałem powstanie tej pracy za — przynajmniej — pożądane jest fakt, że „Seinfeld” niemal w ogóle nie jest znany polskiej publiczności. Odpowiedź na pytanie dlaczego? jest dosyć oczywista: szerokiej publiczności nie został on nigdy przedstawiony; znalazłem co prawda informację, że serial stanowił część ramówki programu Canal+ — jednak widowni tegoż programu nie można raczej uznać za „szeroką publiczność” w pełnym znaczeniu tego wyrażenia.1 Możliwe jest również, że polska telewizja nie mogła sobie na zakupienie praw do jego wyświetlania pozwolić, z pewnością bowiem koszta takiej transakcji muszą być wysokie.2 Mimo wszystko uważam, że owa nieobecność serialu w polskiej telewizji jest krzywdząca i nieusprawiedliwiona, i w dalszym ciągu żywiąc się nadzieją, że uświadczę jeszcze „Seinfelda” na antenach rodzimych stacji, przechodzę do uzasadnienia swojego entuzjazmu wobec tego nietuzinkowego telewizyjnego „tasiemca”.
Zacznę może od bardziej ogólnego wyjaśnienia, o co w serialu chodzi. Akcja dzieje się niemal wyłącznie w Nowym Jorku, przy udziale czterech bohaterów głównych — Jerry’ego Seinfelda (granego przez niego samego), Elaine Benes (graną przez Julię Louis-Dreyfus), George’a Costanzę (tutaj świetny Jason Alexander) i Cosmo Kramera (równie świetny Michael Richards), oraz trochę liczniejszego grona gwiazd „pomocniczych”. Tytułowy bohater3 jest komikiem „stand-upowcem”4, marzącym o własnym programie w telewizji, który opierałby się na wydarzeniach jego nijakiego życia. Jego najbliższym przyjacielem jest George — chodząca porażka życiowa, człowiek o odstręczającym wyglądzie i równie paskudnym charakterze. Elaine jest ex-dziewczyną, aktualnie tylko-przyjacielem Seinfelda: wzbogaca ona serial o „kobiecy punkt widzenia”, zmieniając co jakiś czas pracę i niemal bez przerwy chłopaków. Ostatnim stałym ogniwem serialu jest Kramer — ekscentryczny sąsiad Seinfelda, wparowujący bez pukania, bezzwrotnie pożyczający niemal wszystko i żywiący się z lodówki Jerry’ego.
Postać Jerry’ego Seinfelda wiedzie całkiem wygodne i udane życie. Co prawda nie spełniło się jeszcze jego największe marzenie, którym byłaby możliwość realizowania swojego własnego serialu na antenie NBC, ale osiągnął już pewien sukces jako komik występujący w klubach i nie boryka się z problemami materialnymi — to ostatnie wyraźnie nie dociera do jego matki (znana z roli wścibskiej pani Ochmanek z serialu „Alf” Liz Sheridan), która ciągle próbuje „pomagać” mu finansowo. Podobnie jak trójka jego najbliższych przyjaciół, Jerry pozostaje „singlem” mimo przekroczenia trzydziestki; nie stanowi to dla niego jednak zbyt wielkiego problemu, co ilustruje jego odpowiedź na pytanie rodziców Jak długo można szukać żony?: Zamierzam pobić rekord.5 W myśl tej zasady Jerry niemal co odcinek ma u swego boku inną piękność.6 Nie zniósłby także nasz bohater faktu bycia zakochanym w osobie, która podoba się jego rodzicom — właśnie dlatego swego czasu zerwał z Elaine, chociaż żadna inna kobieta nie pasowała do niego lepiej. Opis osobowości Jerry’ego zaokrąglają trzy fakty — obsesja na punkcie płatków śniadaniowych, superbohaterów (zwłaszcza Supermana) oraz zarazkofobia.
Najbliższy przyjaciel Jerry’ego, George, jest niskim, dość wyraźnie łysym i tęgim jegomościem w okularach. George chciałby osiągnąć sukces, jak to się udało jego przyjacielowi Jerry’emu — marzy o byciu architektem, wielkim businessmanem, scenopisarzem… wszystko to jednak pozostaje w sferze marzeń, jako że George nie robi absolutnie nic, aby jakiekolwiek swoje zamierzenia zrealizować. Inne wyraźne rysy tej postaci to m.in. lenistwo, tchórzostwo, spanie w pracy, ciągłe bycie zwalnianym z pracy, nieumiejętność znalezienia się w normalnym związku z kobietą, małostkowość w absolutnie dowolnym kontekście… z pewnością nie jest to postać, z którą widzowie chcieliby się w jakikolwiek sposób utożsamiać. Przyznać jednak trzeba, że wszystkie te ułomności, wszystkie głupoty, jakie George wygaduje przy każdej niemal okazji, wszystkie przejawy jego beznadziejnego charakteru — wszystko to przydaje niesamowitego wręcz kolorytu całemu serialowi, zaś gdy zdarzy się, że George w którymś odcinku nie wystąpi — wyjątkowo dobitnie czuje się tę absencję.
Następna w kolejce to Elaine Benes, jedyna kobieta we „wspaniałej czwórce”. Elaine ciągle zmienia chłopaków — co frasuje ją mniej więcej w takim samym stopniu, co Jerry’ego. Jest dość typowym trzpiotem: gada dużo i głośno, śmieje się perliście, ma wyrazisty body language. Pracuje kolejno w paru firmach, jednak w większym stopniu definiuje ją jej życie prywatne: co prawda sama Elaine nie ma zazwyczaj zbyt oryginalnych pomysłów, ale fakt ten kompensują z nawiązką potencjalne możliwości, jakie daje towarzystwo jej trzech przyjaciół. Doskonałym przykładem jest zakład, na który poszła cała czwórka, o to kto dłużej wytrzyma bez masturbacji7: zwykły tok tkania fabuły serialu nigdy nie pozwoliłby, by wynikło z tego cokolwiek dobrego, ale ciekawego i zajmującego — owszem, jak najbardziej. Żeby jednak oddać tej postaci sprawiedliwość, sama Elaine też potrafi wykoncypować coś wielce oryginalnego — można tu wymienić chociażby taniec, który odstawia na jednym z przyjęć pracowniczych, pozostając jednocześnie w kompletnej nieświadomości, jak mizerną jest tancerką.8
Bezsprzecznie najoryginalniejszą postacią — nie umniejszając jednak zbytnio reszcie — pozostaje przez całą długość trwania serialu Kramer. Najłatwiej byłoby przyrównać go do kosmity: z całą swą wynalazczością, dziwacznym tokiem myślenia, gestykulacją, skłonnością do pakowania się w sytuacje z Monty Pythona rodem, a także wyglądem zewnętrznym, Kramer doprawdy wydaje się pochodzić z innej planety. Niemal każdy odcinek to kolejne szaleństwo w jego wykonaniu: kupuje kurczaka „dla świeżych jaj” i nazywa go „małym Jerrym Seinfeldem”, jednak gdy jego kurczak okazuje się być kogutem, Kramer daje mu możność uczestniczenia w walkach kogutów (nota bene nielegalnych w Stanach)9; przechowuje własną krew w zamrażarce u kumpla „na wszelki wypadek”, po czym przez dziwny zbieg okoliczności ląduje ona w chłodnicy samochodu Seinfelda10; próbuje „uwolnić” ze szpitala psychicznie chorego pacjenta, wmówiwszy sobie, że jest to „człowiek-świnia”, efekt tajnych eksperymentów genetycznych przeprowadzanych w szpitalu11… co chwila coś nowego. Na dokładkę, najlepszym przyjacielem Kramera jest Newman, tłusty i odrażający listonosz-nieudacznik, który jest zarazem największym wrogiem Jerry’ego (z wzajemnością) — antagonizm ten jednak wyraźnie ciężko jest Kramerowi w ogóle dostrzec, nie wspominając już o jakimkolwiek ustosunkowaniu się do tego faktu.
Owe cztery postaci, przy akompaniamencie występów innych „oryginałów”, tworzą całokształt serialu; rzeczą najbardziej zastanawiającą jest tutaj fakt, że w ich życiach pozornie nie dzieje się nic „nienormalnego”: składają się na nie sprawy do bólu powszednie, których doświadczyć może każdy… skąd więc bierze się magnetyzm, który przez lata przyciągał miliony ludzi przed telewizory?12 Odpowiedzi jest kilka.
Pierwszą z nich jest fakt, że „nijakość” rzeczywistości serialu jest tylko pozorna. Owszem, mamy tutaj w miarę normalnego Jerry’ego, wokół którego kręci się cała akcja — wokół osób, które on zna, jego mieszkania; jest on całkiem niezłym tłem dla uwypuklenia dziwactwa ludzi go otaczających, na równi z pierwszego i drugiego planu (również rodzice Jerry’ego czy George’a, szefowie Elaine, przyjaciele czy znajomi Kramera nie są tak naprawdę „normalni”). Jednak on sam nie ustrzega się całkowicie przed dziwactwami — obsesyjnie boi się zarazków, wie stanowczo za dużo o Supermanie jak na swój wiek i boi się zbytniego owłosienia na ciele. Tak więc ostatecznie postaci z serialu są zbiorem indywiduów: każda z nich jest w jakiś sposób osobliwa, i chociaż można spokojnie powiedzieć, że trącą one stereotypami, to jednak pozostają interesujące, pełne pomysłów i — co w wypadku produkcji telewizyjnej wcale nie jest oczywiste — przekonujące.13
Druga odpowiedź w poważnym stopniu wynika z pierwszej: jeżeli postaci stanowią zbieraninę kuriozów, to i w sytuacjach, w które będą w jakikolwiek sposób zaangażowane, drzemie nie lada potencjał. Tutaj kłania się doskonały warsztat pisarski Jerry’ego Seinfelda i Larry’ego Davida, głównych twórców całego cyklu: komizm programu składa się z błahostek i drobiazgów z życia wziętych, jednak są one wszystkie tak misternie skonstruowane, że ostatecznie tworzą kolaż zajmujących, a czasem nawet widowiskowych sytuacji. Udaje się dodatkowo utrzymać koherentność postaci, przy jednoczesnym nie uciekaniu się do wymuszonych czy wytartych dowcipów — czego nie uniknięto chociażby w „Świecie Według Bundych”. Należy też zauważyć, że to właśnie w „Seinfeldzie” wprowadzono w życie formułę, która z taką łatwością wyniosła na piedestał „Przyjaciół” — z tym, że w wypadku tego ostatniego formuła była już wtórna i — co za tym często idzie — zbanalizowana; brakowało też w niej owej rozbuchanej wynalazczości, tak charakterystycznej dla „Seinfelda”.
Na koniec pozostaje jeszcze jeden element: sam język serialu. Ponieważ „Seinfeld” zajmuje się wyłącznie niuansami życia powszedniego, odzwierciedlenie codziennego języka używanego przez postaci było z pewnością nie lada wyzwaniem: unikając wielkich słów z jednej, a banałów z drugiej strony, należało zbudować konwersacje, które nie byłyby nudne, prostackie czy po prostu głupie.14 Takie podejście wymagało czegoś więcej, niż skrzętnego spisywania w notesiku na co dzień używanych wyrazów czy fraz — wymagało pewnej dozy wynalazczości. Na szczęście obaj główni twórcy serialu takową wynalazczość w sobie posiadali, czego efektem stały się wielobarwne postaci, każda mówiąca z charakterystycznym dla siebie „wykrętem”, oraz język wspólny dla całej czwórki, tak samo bogaty i niekonwencjonalny. Dostrzeżono, co ciekawe, że pewne rzeczy, które zostały przez serial zdefiniowane lub dookreślone, wchodziły po jakimś czasie do słownictwa używanego przez ludzi w rzeczywistości. Były to takie określenia jak „an enzo” (kiepska fryzura), „BBO” (wyjątkowo intensywny, niemożliwy do usunięcia smród — dosłownie „beyond body odor”), „bad breaker-upper” (osoba nie umiejąca zakończyć związku bez rzucania wyzwiskami), „jimmy legs” (niekontrolowane skurcze niektórych mięśni, pojawiające się czasem przy zapadaniu w sen), „regifter” (osoba obdarzająca innych rzeczami, które sama dostała w prezencie), „schmoopie” (osoba zakochana, która ciągle używa zdrobnień i nazw zwierzątek w stylu „misiaczku”), oraz sławne „yada yada” (fraza zastępcza, umożliwiająca przeskoczenie mniej istotnych elementów opowieści). W sumie wszystkie te wyrażenia określają rzeczy trywialne i zwyczajne, jednak właśnie ten fakt ich zwyczajności zwykle powoduje, że się o nich po prostu nie rozmawia, a jeżeli już — to trudno nam znaleźć odpowiednie na nie słowa; jednym z efektów oglądania „Seinfelda” jest więc powiększanie zasobu słownictwa. Nie jest też serial w żaden sposób spętany wiktoriańską pruderią, więc wzbogaca telewidza również w słowa i wyrażenia dotyczące sfer „wstydliwych”.15
W Stanach Zjednoczonych „Seinfeld” został doceniony w mierze mu należnej — udało się dowieść, że formuła ambitniejsza od „Świata według Bundych” może się doskonale sprzedać. Idealnym dowodem na maestrię serialu jest fakt, że w plebiscycie z okazji 50-lecia magazynu TV Guide „Seinfeld” został okrzyknięty najlepszym programem — zwyciężył m.in. z „Rodziną Soprano” (miejsce piąte), „Simpsonami” (ósme) czy „Przyjaciółmi” (dwudzieste pierwsze).16 Ponadto przez dwa sezony — 1994-5 oraz 1997-8 — właśnie „Seinfeld” miał najwyższą ze wszystkich seriali oglądalność. Serial stał się tak popularny, że „wspaniałej czwórce” płacono nawet po pół miliona dolarów na głowę za udział w jednym odcinku.
Osobiście uważam „Seinfelda” za serial udany: może nie wszystkie odcinki były doskonałe, ale zawsze widoczna jest wspomniana przeze mnie misterna konstrukcja scenariusza, zawsze też jest doskonałe aktorstwo i reżyseria. Przyznaję, że nie jestem zbyt wielkim fanem Seinfelda-„stand-upowca”, jako że znam sporą liczbę komików robiących na mnie większe wrażenie, jednak „Seinfeld”-serial to coś zupełnie z innej beczki — więc o ile ktokolwiek miałby zrazić się do serialu przez niechęć do tych rzeczywistych występów Seinfelda — powtarzam: to nie jest to samo. Zachęcam do oglądania serialu — część odcinków naprawdę jest tego warta.
© 2006 Stefan Łapniewski
1 Strona internetowa samego Canal+ nie potwierdza, jakoby „Kroniki Seinfelda” miały aktualnie być przez stację emitowane — w najlepszym więc wypadku należy mówić o fakcie wyświetlania serialu w czasie przeszłym.
2 Z drugiej strony jednak stać było naszą telewizję na „Przyjaciół” czy „Rodzinę Soprano”, więc i z „Seinfeldem” nie powinno być problemów.
3 Jak słusznie zauważa John Docker, ani Jerry, ani tym bardziej jego przyjaciele, na miano „bohatera” raczej nie zasługują — po zapoznaniu się z materią serialu łatwo się z tym zgodzić.
4 Brakuje w języku polskim odpowiednika; „stand-up comedy” zostało jedynie — pokracznie zresztą — przetłumaczone na język polski jako „na stojaka” przez HBO, jednak wydaje mi się, że w obliczu takiego tłumaczenia lepiej już chyba zastosować prostą kalkę z angielskiego.
5 Odcinek 20 (sezon 3): „The Pen”.
6 Biorąc pod uwagę, że odcinków było 180 — liczba „sympatii” Jerry’ego może wydać się dość imponująca.
7 Odcinek 51 (sezon 4): „The Contest”.
8 Odcinek 138 (sezon 8): „The Little Kicks”.
9 Odcinek 145 (sezon 8): „The Little Jerry”.
10 Odcinek 160 (sezon 9): „The Blood”.
11 Odcinek 69 (sezon 5): „The Bris”.
12 O ile mogę sobie pozwolić na małą dygresję, to: już Monty Python stwierdził, bodaj w roku ’74, że można ludziom pokazywać w telewizji nawet asfalt, a nie przestaną jej oglądać — patrząc na to, jakie programy przyciągają największe publiczności chociażby w Polsce nie ulega wątpliwości, że do pewnego stopnia Monty Pythonowcy mieli rację; nie do takiej jednak konstatacji myśl główna tej pracy zdąża, więc mniejsza o to.
13 Poza tym „wspaniała czwórka” całkiem nieźle się nawzajem uzupełnia, czego starał się dowieść autor artykułu „How the characters complement each other”.
14 Sztuka ta, jak łatwo zauważyć, nie udała się w przypadku większości polskich seriali — też zwykle zaczynano od pomysłu pokazania zwykłości życia i ludzi, finalna wersja zaś była żenującą konstrukcją banałów i głupot.
15 Całkiem możliwe, że stanowi to jeszcze jeden powód, dlaczego „Seinfeld” nie przebił się do telewizji polskiej.
16 W kategorii „kreskówki” pierwsze miejsce zajął Królik Bugs — jeszcze jeden dowód na powolne odchodzenie Disneya do przeszłości.
verte.art.pl > Film > Eseje > Amerykański sitcom „Seinfeld”
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski