> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№61 lipiec 2005

Dlaczego włosy wciąż rosną i rosną (o kinie braci Coen) Jacek Szafranowicz

Trudno uwierzyć, aby ktoś tak dalece zdystansowany i osobny mentalnie zdobył w amerykańskim przemyśle filmowym taką pozycję, szacunek i uznanie, jakimi cieszą się dziś bracia Coen. Mistrz bezkompromisowości na kontrakcie w dużym studiu, Billy Wilder, byłby z nich dumny, gdyby mógł zobaczyć, ile osiągnęli. Ten niezwykły duet działa jak dwie półkule mózgu – od początku w symbiozie, z wyraźną wizją i tematem, z obrazu na obraz doskonaląc swój oszczędny, chłodny styl. Jak dotąd nie stworzyli arcydzieła, ale chyba nie mają takich ambicji. Coenowie pragną opowiadać nam historie. A jeszcze bardziej pragną wkładać w usta swoich ulubionych aktorów znakomite kwestie. Kim byłby na przykład taki, grany genialnie przez Jeffa Bridgesa, Dude z kultowego „Big Lebowskiego” (1998), gdyby nie jego przestarzałe hipisowskie deklamacje o tym, że trzeba się wyluzować? Zaiste, grają u nich najlepsi, począwszy od pierwszorzędnych aktorów charakterystycznych w osobach Johna Goodmana, Williama H. Macy’ego, Steve’a Buscemi i Petera Stormare’a, skończywszy na pierwszej lidze najlepiej opłacanych gwiazd Hollywoodu, weźmy tu choćby George’a Clooneya, Toma Hanksa, Catherinę Zetę-Jones i Brada Pitta. Niczym koń trojański wdarli się w drugiej połowie lat 90. do mainstreamu, szydząc z konwencji amerykańskiego kina, amerykańskiego społeczeństwa i kondycji ludzkości w tym dziwnym miejscu zwanym światem. Jak udaje im się przetrwać? Mimo iż swoje najlepsze filmy zdają się mieć za sobą, wciąż trzymają poziom – śmieszą, bawią, prowokują do myślenia i niepokoją, a ich ostatnia propozycja, „Tajne przez poufne” (2008), zjadliwa satyra na konwencję kina szpiegowskiego i ogarniającą Amerykę paranoję, tyleż rozbrajająca, co przerażająca, utwierdza w przekonaniu, że współczesne kino bez braci Coen byłoby jak „Dama z łasiczką” bez łasiczki.

Z kinem Coenów jest jak z twórczością Franza Kafki; przeczytać jeden tekst Kafki to jak przeczytać je wszystkie. I tak jak Kafka od początku realizuje swój gorzki program „jednego wobec wszystkich”, tak Coenowie zajmują się jednym i tym samym – ludźmi. I wałkując swój temat, dochodzą zawsze do tych samych wniosków. Jacy są ludzie, drodzy bracia?, zapytalibyśmy. Ludzie? To bardzo proste. Ludzie są głupi. Głupi i chciwi, padłaby odpowiedź. Tak im wychodzi? Lubią się pastwić? A może właśnie podają jak jest? Chciwość, zdają się mówić Coenowie, to najsilniejsza, a zarazem najbardziej przewidywalna cecha ludzkości. Zaznaczyli to najwyraźniej w swoim najsłynniejszym filmie, „Fargo” (1997). Bardzo bowiem możliwe, że gdyby grany przez Steve’a Buscemi porywacz, wpierw ukrywszy milion dolarów przed swoim wspólnikiem, nie posprzeczał się z nim potem o to, komu należy się samochód, nie zostałby przez niego przemielony w maszynie do mielenia drewna i poszedłby w swoją stronę. Chciwość nie zna granic, mówią Coenowie, i pytają wspólnika ustami Frances McDormand, policjantki, która doprowadza do rozwiązania sprawy: I po co to wszystko? Dla odrobiny pieniędzy. W życiu są ważniejsze rzeczy niż pieniądze. Gdzieś ty się chował?

Gdybyśmy zapytali, dlaczego w kinie braci Coen ludzie robią to, co robią, odpowiedź, że robią właśnie to, co robią, ponieważ są nieprzyzwoicie głupi, nie byłaby daleka od prawdy. Ale tak jak w pokrewnym braciom Coen kinie Todda Solondza, ci ludzie mają z reguły dobre intencje – chcą poprawić swój los, samych siebie, i wybierają takie sposoby, na jakie ich stać. Pozbawieni są jednak zmysłu refleksji i zanim zdążą się zorientować, obracają swoje życie w pobojowisko. Może zatem lepiej byłoby, gdyby pozostawali w nudnej rutynie, nie wychylali łba tam gdzie nie trzeba, bo ilekroć to robią,
niedobrze się dzieje? Jean Cocteau zwykł mawiać: Tragedia naszych czasów polega na tym, że głupota zabrała się do myślenia. Przypadek fryzjera Eda Crane'a w najbliższym arcydziełu filmie, „Człowieku, którego nie było” (2001), zdaje się doskonale obrazować tę tezę. Ed Crane, grany tu wyśmienicie przez Billy'ego Boba Thortona, to idiota zupełny, skończony i przypieczętowany; naiwniak, maskujący swoje nieogarnięcie w świecie małomównością i łagodną miną, co zbyt często bywa mylone z nonszalancją. Ed faktycznie niewiele ma do powiedzenia. O sobie mówi tak: Ja niewiele mówię. Ja tylko ścinam włosy. Jednak kiedy zaczyna myśleć o sobie i swoim miejscu w życiu, chcąc poprawić swój byt, sielanka legnie w gruzach. Wychodzi na jaw niewierność jego żony, dochodzi do morderstwa, wypadku samochodowego, a on sam koniec końców ląduje w więzieniu, skazany na karę śmierci. Nie eskalacja tragicznych wypadków jest tu niepokojąca, nawet nie jej absurdalny wymiar, lecz kompletny brak jego umiejętności pojmowania świata. Ed Crane jednak próbuje, i w jednej scenie zaczyna nawet filozofować na temat natury swojej pracy. Jak to się dzieje, że ścina te kilometry włosów, a one wciąż rosną i rosną...? I co im zabiera, może duszę...? A tak w ogóle to, kiedy włos zdaje sobie sprawę, że został ścięty?  – kontempluje Ed. Stara się on uszczknąć dla siebie odrobinę metafizyki, przebić się przez twardą powłokę szarej rzeczywistości, ale z góry skazany jest na porażkę, a my, umierając ze śmiechu, nie wiemy, czy mu współczuć, czy go zwyczajnie żałować. To zdecydowanie najzabawniejsza scena w całym kinie Coenów; genialne sumuje ona ich stosunek do amerykańskiej klasy średniej, która miewa niepojęte, nawet dla samej siebie, ciągoty do myślenia, nie zdając sobie przy tym sprawy, że to właśnie myślenie jest ich największym wrogiem, i co więcej, stanowi ono poważne zagrożenie dla innych. 

Coenowie nie mają złudzeń co do kondycji ludzkości na tym padole. Świat roi się od przygłupów, naiwnych poczciwców, zakompleksionych frustratów i chciwych na szmal desperatów. Sporo chodzi też po nim ludzi oderwanych od życia, jak w „Big Lebowskim”, którego zaludnia banda nieudaczników, traktowanych zresztą przez Coenów najżyczliwiej, być może z uwagi na brak chorej ambicji, której w ludziach wprost nie znoszą. Wyśmiejmy ich, grzmią, bo przecież płakać nie ma sensu, pochylanie się nad nimi też niczego nie przyniesie. Każdy film Coenów to trochę „Czekając na Godota” Becketta – póki go oglądamy, śmiejemy się, ale z chwilą opadnięcia kurtyny uzmysławiamy sobie nędzę ludzkiej egzystencji, która wydaje nam się dziwnie znajoma i o kimś lub o czymś przypomina. Jednak pośród ludzi żyć trzeba, nie ma innego
wyjścia, i może tylko śmiech, jak radzą Coenowie, pozwala się zdystansować do absurdalności wpisanej w ludzkie istnienie, tak aby żyło nam się lepiej. Chociaż to też wcale nie musi być pewne rozwiązanie. Bo, koniec końców, tylko jedno jest pewne: włosy jak nam rosły, tak będą rosnąć i rosnąć…

© 2009 Jacek Szafranowicz
Pierwodruk: „Blackastrial” 01/2009

verte.art.pl > Film > Sylwetki > Dlaczego włosy wciąż rosną i rosną (o kinie braci Coen)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski