> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№52 październik 2008

Daleko od zielonych mutantów, blisko życia („Patti Smith: Dream of Life” Stevena Sebringa) Emilia Walczak

Na 8. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Era Nowe Horyzonty — czyli w tym roku — pokazano film „Patti Smith: Dream of Life”. Realizowany przez 11 lat — nic więc dziwnego, że jego reżyser, Steven Sebring, jest autorem filmowym zupełnie nieznanym, skoro w swoim życiu miał czas na realizację — prócz „Dream of Life” — zaledwie sześciu krótkich metrażów (wszystkie do obejrzenia na — fenomenalnej zresztą — stronie internetowej autora). Poza tym Sebring to głównie artysta fotografik — nie dziwi więc także i fakt, że obraz o Patti Smith został nagrodzony w tym roku na Sundance Film Festiwal statuetką za najlepsze zdjęcia. Pokazywany był także w przeglądzie „Panorama” (pozakonkursowym) na 58. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie, co stanowi dlań niewątpliwe artystyczne wyróżnienie. Miejmy nadzieję, że film znajdzie niebawem dystrybutora i trafi na ekrany polskich kin, bo obejrzeć go na pewno warto. Zanim tak się stanie, kilka słów o nim, bo zarekomendować zawczasu obraz ów po prostu trzeba, co by dystrybutor mógł potem uznać, że jednak się opłacało.

Przed obejrzeniem tego pełnometrażowego dokumentu, właściwie śmiało możemy sobie zadawać bezduszne pytanie: Po co kręcić filmy o wokalistce, która wciąż żyje i w dodatku ma się nad wyraz dobrze? Która cały czas tworzy, nagrywa płyty, regularnie koncertuje, i to na całym świecie — nawet w Polsce (informacja dla wybitnie zainteresowanych: ostatni koncert odbył się w 2007 roku w Poznaniu). No bo przecież filmy o muzykach — istnieje taka dziwna „prawidłowość” — powstają dopiero po ich śmierci (vide: Ray Charles czy Johnny Cash). Otóż nie zawsze, zważmy choćby na wyśmienite dokumenty Martina Scorsese — „Bez stałego adresu: Bob Dylan” (2005), „Rolling Stones w blasku świateł” (2008), czy też na obraz „Don Van Vliet: Some YoYo Stuff” (1994) Antona Corbijna — nietuzinkowy portret Kapitana Beefhearta, albo na, nie sięgając wzrokiem aż tak daleko, poza granice naszego kraju, „Czuję się świetnie” (1983) — dokument fabularyzowany Jacka Skalskiego i Waldemara Szarka o zespole Maanam. Mniejsza jednak o te logiczne sprzeczności zwane „wyjątkami potwierdzającymi regułę” — krok Stevena Sebringa w stronę pokazania światu tak wspaniałej osoby, jaką jest Patti Smith, właśnie teraz — w dobie George’a W. Busha i niewolnego Tybetu, gdy wszystko stanęło na głowie, a właściwie na głowicy atomowej — uważam za genialny. Film pokazuje nam autorkę „Horses”, ale również to — i przede wszystkim to — jak można naprawdę pięknie żyć, będąc otoczonym swoją własną „ścianą rzeczy” (wall of stuff), obwarowanym poematami Walta Whitmana, książkami Williama Blake’a i Mickey’a Spillane’a, wierszami Arthura Rimbauda, i jak rozumnie radzić sobie z własnymi problemami czy śmiercią bliskich; jak mimo wszystko kontynuować „celebrację swego życia” (co radził Patti Smith Allen Ginsberg po śmierci jej męża Fredericka „Sonica” Smitha), mając jednocześnie czas na głęboką, szczerą troskę o resztę świata. To pozwala wierzyć w przesłanie piosenki „People Have the Power” otwierającej album Patti Smith z 1988 roku — nie inaczej — właśnie „Dream of Life”. Ale zacznijmy od podstaw…

Kim jest Patti Smith?

  • Imię: Patti (właściwie Patricia Lee)
  • Nazwisko: Smith
  • Ojciec: Arthur Rimbaud
  • Matka: bomba atomowa
  • Największy przebój: „Because the Night” (prezent od Bruce’a Springsteena)

Ale skąd ta wydumana genealogia? Kontestatorzy z lat sześćdziesiątych XX wieku, oględnie nazywani hippisami, określali siebie jako „dzieci bomby atomowej i Rimbauda”. Patti Smith, dziś: „piosenkarka, poetka, malarka, aktywistka, filozofka i wszechstronna artystka” — jak czytamy na stronie ENH, również się do nich zaliczała (czego dowodem są w filmie Sebringa materiały archiwalne), być może z tego wzięła się jej dzisiejsza, z jednej strony wycofana, z drugiej jednak zatroskana postawa wobec świata, którą skrzętnie obrazuje w swym filmie Sebring. Jak sami możemy zauważyć, sytuacja na świecie, rodząca bunt młodych kontestatorów pod koniec lat sześćdziesiątych, jest dokładnie taka sama również i dziś; zmieniają się tylko nazwy: Wietnam, Irak… Przecież to właśnie w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych — kiedy to debiutowała Patti — sztuka, również, a może przede wszystkim muzyczna, zaczęła jawnie parać się krytyką, ogólnie mówiąc, „systemu”. Smith nie pozostała wtedy bierna — i bierna nie pozostaje bynajmniej także i dziś. Patti Smith. Aktywistka, córka bomby atomowej i Rimbauda. Absurd wojen i bushyzmu nie wywołuje w niej długotrwałej czy permanentnej rozpaczy, wynikającej z bezsilności; wywołuje bunt — i tak oto rodzi się artystyczny sprzeciw, być może też nieco o podłożu punkowym, wobec tego, co dzieje się wokół. Jej twórczość muzyczna czy literacka to twórczość zaangażowana. I uwikłany w te kwestie jest również film Sebringa.

„Patti Smith: Dream of Life” nie jest ekranizacją muzyczną, jak „Neil Young: Serce ze złota” (2006) Jonathana Demme’a czy „Lou Reed’s Berlin” (2007) Juliana Schnabla (tego od „Motyla i skafandra”, 2007); nie jest też biografią Patti, jak biografią muzyka stara się być na przykład głośne w niektórych kręgach „Control” (2007) wyżej wspomnianego Corbijna. Jest za to osobistym, intymnym wręcz portretem artystki z prawdziwego zdarzenia i filmem wskazówką dla zagubionych dusz — zdaje się, że tak powinniśmy go odbierać. Piszę: „zdaje się”, bo nie jest to film prosty. Nie jest to też film dla każdego, i to nie tylko przez wzgląd na jego wysmakowaną, przeestetyzowaną warstwę wizualną (przypominającą impresje „Jo” czy „Memory” Sebringa), lecz również na przesłanie. Podejrzewam wręcz, że krąg jego odbiorców może być bardzo zawężony. Ale co zrobić — takaja żyzń.

„Patti Smith: Dream of Life” otwiera kilka ujęć przedstawiających, w zwolnionym tempie, biegnące konie. To nie wild horses Stonesów, to horses Patti. Bo „Horses” (1975) to tytuł jej pierwszego albumu. Od niego wszystko się zaczęło. I od koni zaczyna też swój film Sebring. Znamienne jest, że „Horses” to jedyna, obok jeszcze „Dream of Life”, płyta, o której wspomina tu artystka — jakby tylko one były naprawdę istotne, jakby tylko one się liczyły. To wszystko, „co było”, Patti streszcza w dosłownie siedmiu minutach swej opowieści na początku filmu — poczynając od tego, że urodziła się „po II wojnie światowej” (enigma) w Chicago, pracowała w fabryce, wyjechała do Nowego Jorku i mieszkała w słynnym hotelu dla artystów Chelsea (jak jedna z bohaterek „New York Stories” Sebringa), poprzez narodziny jej rodzeństwa i śmierć bliskich (mąż Fred Smith, brat — Todd, przyjaciele: Robert Mapplethorpe, Richard Sohl — pianista, z którym nagrała album „Dream of Life”), a kończąc na tym, że wraz ze swymi dziećmi — Jacksonem i Jesse’em — wróciła się do Nowego Jorku. Tu zaczyna się właściwa „akcja” filmu — to, „co jest” teraz. Tu i teraz.

A tu i teraz…

…jest nowa „przygoda własnego projektu, «przecinana» przeznaczeniem oraz serią szczęśliwych i nieszczęśliwych wypadków”. Czyli: jest życie. Są wartości, rodzina; jest wiara niebędąca dewocją. Jest Michael Stipe z R.E.M. i jest jego mama. Są rodzice Patti, są jej dzieci i kot Cai. Oraz gitara o imieniu Bo. Są poezja i malarstwo, no i oczywiście — jest muzyka. Jest powaga i są żarty — jest więc Michael Balzary, czyli po prostu Flea z Red Hot Chili Peppers i opowieści o sikaniu do butelki (co zastanawiające: Patti też sikała). Celowo nadużywam tu czasu teraźniejszego pod postacią słów „jest”, „są”, bo te doskonale licują z „tu i teraz”. Film Sebringa jest zatem — jak, nie przymierzając, filozofia Nietzschego czy Bergsona — blisko prawdziwego życia. Nie pokazuje ikony popkultury, nie tworzy legendy. Ukazuje raczej człowieka z krwi i kości, jakąkolwiek legendę raczej demitologizując. Tak więc, kto oglądać na ekranie chce bliźniego, a nie zielone mutanty czy animowane pandy, portret Patti Smith zobaczyć po prostu musi. Czekamy zatem — ja i entuzjaści (snu) życia na ekranie — na dystrybutora!

© 2008 Emilia Walczak

verte.art.pl > Film > Recenzje > Daleko od zielonych mutantów, blisko życia

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski