Źródło: filmpolski.pl
Wstępem tych rozważań uczynić muszę pewną konfrontację, mianowicie: film kontra muzyka. W odróżnieniu od muzyki, sztukę filmową cechuje nieco inny system wartościowania. W muzyce istnieją bowiem zespoły, które szczycą się faktem, iż znane są tylko w wąskim gronie swoich sympatyków. Celowo stronią od komercyjności i popularności. Uważają za sukces bycie niszowymi. Chcą określać siebie mianem — alternatywnych (w stosunku do medialnej papki). Zupełnie inaczej jest w przypadku twórców filmowych. Reżyser chce, a przynajmniej ma nadzieję na to, iż jego nazwisko znane będzie, jeśli nie dla przeciętnego zjadacza chleba, to chociaż dla człowieka o jako takim obyciu kulturalnym. Natomiast całkowitą niewiedzę i tym samym — pewną ignorancję przyjmuje jako swoją własną porażkę. Nie chodzi mu bynajmniej o bycie wielką sławą, symbolem, ikoną, lecz o zaistnienie.1
Filip Zylber, rocznik 1960, absolwent łódzkiej Filmówki, uczeń Hasa; twórca niezwykle uzdolniony, twórczy, oryginalny. W swoim dorobku ma póki co dwa filmy pełnometrażowe, w swoim czasie docenione, później jednak jakby nieco zapomniane. Cały czas mam na myśli oczywiście postawę ogółu. Przeciętny młody (zaznaczam — młody — bo chcę wskazać na zatrważający poziom wiedzy współczesnej młodzieży) człowiek, słysząc nazwisko Zylber, najpewniej powie: nie kojarzę, nie znam, nie słyszałem etc. Przytaczając natomiast tytuły filmów: „Pożegnanie z Marią” i „Egzekutor”, coś zda się w młodym umyśle zaświtać. Bo ten pierwszy trzeba było obejrzeć, gdy jakoś zabrakło już czasu na lekturę Borowskiego w liceum, a ten drugi pokazywali kiedyś w telewizji itd. No dobrze, tak sytuacja przedstawia się na poziomie masowym. Ale problem z Zylberem istnieje też w kręgach specjalistów od kina — tak zwanych filmoznawców. Mało jest, jak dotąd, na jego temat publikacji. Oczywiście, są pewne wzmianki, dłuższe czy krótsze, ale to wszystko. Przy takim stanie rzeczy, to właśnie ja, zbulwersowana, decyduję się na zabranie głosu w sprawie. (Oczywiście cały czas żywię szczere obawy, iż mogę się potknąć o własną głupotę o tendencji do nad interpretowania, niedokształcenie i niedojrzałość — nie ma to, jak mieć dystans do samej siebie!) Osobiście sytuuje się gdzieś w połowie drogi między młodzieżą, choć od nich zostaję powoli oddelegowywana, a filmoznawcami, którzy jeszcze nie zatwierdzili mojego wstąpienia w ich zwarte szeregi. Słowem — studiuję (filmoznawstwo). Przejdźmy jednak od autora do bohatera.
W roku 1985 powstał półgodzinny (32 min.) film absolutoryjny Zylbera, zrealizowany pod opieką pedagogiczną W. J. Hasa, pt. „Nie bój się”. Niebanalne są tu zdjęcia Marcina Isajewicza, scenografia, a także przejmujący śpiew Sławy Przybylskiej w języku jidysz (!) — w zasadzie wszystko łączy się tu w niezwykłą całość. Film opowiada historię żydowskiego chłopca, któremu udało się uciec z łapanki. Pomimo całego „szczęścia” (trudno tu mówić o szczęściu w znaczeniu powszechnym), pomimo tego, iż znaleźli się ludzie skłonni udzielić mu pomocy, ocalić przed zagładą, chłopiec decyduje się dobrowolnie oddać w ręce hitlerowców. Nie potrafi się bowiem odnaleźć w polskim katolickim domu, ani — tym bardziej — w kościele katolickim. Poczucie własnej tożsamości i przynależności kulturowej przesądzają tu o wyborze — śmierć jest dla niego lepszym wyjściem niż życie w ciągłym poczuciu obcości.2 Ten honorowy czyn, w dodatku tak małego chłopca uderza ze wzmożoną siłą.
Debiut reżysera zapowiadał się zatem wspaniale. Do czasu, kiedy miał on nastąpić, Zylber współpracował z innymi twórcami, asystował przy wielu filmach, a także występował na ekranie — o czym później. Nakręcił także dwa dokumenty: „Inwazja” oraz „Krótka rozprawa między panem, wójtem a plebanem”.
Zylber debiutował w roku 1993 twórczą adaptacją głośnego opowiadania Tadeusza Borowskiego — „Pożegnanie z Marią”, który każdy znać powinien chociażby z przymusu edukacji szkolnej. Był to niezwykle udany debiut, szczodrze nagrodzony. Lecz jeżeli wydaje się komuś, że obejrzeniem tego filmu załatwi sprawę obowiązkowej lektury, jest w wielkim błędzie. I jeśli podczas omawiania lektury na lekcji języka polskiego powie na przykład o granatowym policjancie, to zdradzi się natychmiast. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby to nie był film o okupacji, nudny i nie do oglądania.3 — powiedział Zylber w 1994 roku w wywiadzie dla „Kina”. Tadeusz Lubelski rozwinął jakby tę myśl: Może autoszyderstwo Borowskiego, jego świadomość rozdzielonej na wszystkich odpowiedzialności — to nie jest lektura na nasze czasy? Autorzy proponują inne, własne odczytanie. Sądzę, że składa się na nie, po pierwsze, osobista, intymna lektura autora adaptacji, Filipa Zylbera. Po drugie zaś, jest to odczytanie aktualizujące, narzucone przez obserwację współczesnego życia politycznego w naszym kraju, wprowadzone zapewne solidarnie przez obu scenarzystów, Zylbera i Macieja Maciejewskiego.4 Oprócz powołania nowych postaci (policjant, dwie Polki) i uczynienia Sary w zasadzie główną bohaterką — podczas, gdy w opowiadaniu jest ona tylko krótko wspomniana — zmienił reżyser cały wydźwięk pierwowzoru: Zylber nie podąża tropem częściowo autobiograficznej, lakonicznej, balansującej na granicy cynizmu wizji Borowskiego.5 No właśnie, u autora opowiadania przeraża najbardziej jego ironiczny stosunek wobec śmierci, która staje się prawie że „normą” w tamtej rzeczywistości. Nie jest ona tragedią, lecz już tylko smutną statystyką. W filmie Zylbera bohaterowie chcą żyć, chcą kochać i ratować się, podczas gdy u Borowskiego panuje totalny marazm. W jego opowiadaniach następuje też degradacja podstawowych wartości, odczłowieczenie. Obraz ukazany w filmie nie ma natomiast wydźwięku tak strasznie pesymistycznego, są wszak (jeszcze) jacyś dobrzy ludzie — natchnieni artyści i intelektualiści. Ale są oczywiście także ci źli i nie są nimi tylko Niemcy. Jest więc polski policjant, czyste wcielenie wszelkiego okrucieństwa i bezduszności. Zylber pokazał zatem pewien problem uniwersalny. Zło czai się wszędzie, stan zagrożenia trwa na wszystkich frontach, zagłada nie skończyła się wraz z drugą wojna światową. Włączmy telewizor, aby przekonać się o tym, że różne nacje wykańczają się nawzajem w imię jakichś urojonych idei. Filip Zylber, ze względu na swe pochodzenie, od samego początku obciążony był poczuciem niepewności, co znajduje swe odzwierciedlenie zarówno w „Pożegnaniu…”, jak i w późniejszych wywiadach: Przez wiele lat, poruszając się w różnych środowiskach czułem, że coś jest nie tak, ale nie do końca wiedziałem, kogo we mnie widzą. Polaka, Żyda, czy Polaka żydowskiego pochodzenia?6 Marek Hłasko powiedziałby dyplomatycznie: człowiek religii żydowskiej. Ale co to zmienia? Dlaczego słowo „Żyd” ma w naszej polskiej kulturze wydźwięk tak straszliwie pejoratywny i przywołuje na myśl jakieś niepewne, w bliżej nieokreślony sposób niewygodne skojarzenia (Jakie to dziwne słowo, Żyd. Przed wymówieniem tego słowa jest zawsze jakaś krótka chwila lęku.7)? To wprost niewiarygodne, na jak ogromną skalę stereotyp mógł zagnieździć się w naszej mentalności! Trzeba z tym walczyć, aby zapobiec wykluciu się w ludzkich głowach dziwnych, jakichś bardzo niepokojących i niebezpiecznych pomysłów.
Treścią filmu jest zatem strach, nieustanne zagrożenie, całkowity brak pewności, a o stabilizacji nie może już być w ogóle mowy. Bohaterowie „ukrywają” się w miejscach względnie bezpiecznych, lecz trudno mówić o jakimkolwiek cieple domowej atmosfery. Izolacja od „złej” ulicy jest tymczasowa, a właściwie już prawie jej nie ma (podobnież część bohaterów wypowiada się na temat odrębności strony aryjskiej od getta). Po prostu, słowa „prywatność”, „intymność” itp. nie mają już w świecie realnym swych desygnatów. Coś takiego przestało istnieć. Jak gorzka jest ironia pary młodej, która powinna się przecież cieszyć, radować, a tymczasem jest to po prostu, wobec ogólnego stanu rzeczy niemożliwe. Odzwierciedleniem tego jest scenografia miejsca weselnego — jakiejś zniszczonej i nieprzyjemnej nory, na przebywanie w której weselnicy nie mają nawet pozwolenia. Od strony formalnej zatem, wystrój wnętrz jest surowy, zimny, oszczędny. Estetyka ta jest ascetyczna, tym samym niebywale przejmująca i wyraźnie przemawiająca. Czuć pustkę, wszelki, najdrobniejszy dźwięk odbija się szerokim echem od odrapanych ścian i wilgotnej podłogi. Ruch bohaterów jest czasem celowo spowolniony (senna niemożliwość ucieczki?). Kamera pokazuje chwilami świat jakby z ukrycia, co wzmaga poczucie ciągłego przymusu chowania się. Jedno jest pewne, da się odczuć izolację, pewnego rodzaju klaustrofobiczność, a tym samym — strach przez duże „S”. A jeśli atmosfera jest genialnie oddana, to znaczy, że film jest po prostu dobry.
Jaki jest zatem wobec niewątpliwego tego sukcesu problem? Filip zaistniał wtedy, a jakże. Tyle tylko, że o nastrojach temu towarzyszących powiedziała mi dopiero moja mama, ja sama miałam wtedy bowiem dziewięć lat i sprawy kulturalne nie obchodziły mnie raczej wcale. Chodzi mi zatem o fakt, iż sylwetka Zylbera nie utarła się na stałe w świadomości przeciętnego widza, być może dlatego, iż nie tworzy on na bieżąco i nie pod gusta masowej publiki. Trzeba (już teraz) grzebać w „historii” kina, aby odkryć tajemnicę Poliszynela, mówiącą, że film taki, jak „Pożegnanie z Marią” kiedyś powstał. Co więcej, kino polskie lat 90. — szczególnie pierwszej połowy — kojarzyć się może jedynie z tak zwaną „nową falą” i tym samym z filmami w stylu pseudo-amerykańskim. A tymczasem powstał przecież cały szereg rzeczy ambitnych, na co dowodem jest właśnie wyżej omówione dzieło Zylbera.
Potem nastąpiła sześcioletnia przerwa w filmowej działalności reżysera, w czasie której poświęcał się głównie sztuce teatralnej. Powstało wówczas mnóstwo znakomitych spektakli, w tym cztery adaptacje, m.in. „Disneylandu” Dygata.8 Aż w końcu przyszedł czas na kolejny fabularny film pełnometrażowy, a mowa oczywiście o „Egzekutorze”. Tym razem autorem scenariusza nie był już Zylber, ale Mariusz Gawryś (choć oficjalnie mówi się o Akson Group). Zdawać by się mogło, że film to zgoła od debiutu odmienny. Akcja rozgrywa się współcześnie, aktualne panujące relacje międzyludzkie są bardzo silnie zaznaczone, mamy też polską młodzież schyłku XX wieku wraz ze wszystkimi jej przypadłościami etc., etc. Lecz jeśli ktoś wcześniej widział „Pożegnanie…” i widzem jest uważnym, bez problemu odnajdzie cały szereg analogii między filmami. W pierwszej kolejności, jest tu troje tych samych aktorów — Szaflarska, Frycz, Orzechowski. Ale również grane przez nich role są w obu filmach podobne: postać kreowana przez Szaflarską to doświadczona życiem starsza kobieta, Frycz — postać raczej pozytywna, lecz bynajmniej nie idealna; wreszcie Orzechowski — postać ewidentnie negatywna, a zarazem też głupia. Poza tym przypisaniem aktorów do ról, jest także pewna kameralność, wyciszenie, elementy bardzo dynamiczne przeplatają się ze spowolnionymi (służącymi refleksji), np. zaczerpnięty właściwie z tradycji romantycznej motyw rozmów z duchami. Przecież Alex (R. Mohr) jest, mimo że tylko bębniarzem, to jednak artystą, tak jak i w „Pożegnaniu…” — artystą poetą jest Tadeusz (M. Bukowski). Jest tu też oczywiście głęboka metaforyka, bo nie jest to wcale film prosty. Obrazuje przecież samotność, zagubienie i na domiar złego coś z klasycznego problemu: „być albo mieć”. Jest tu relatywizm moralny, mamy do czynienia ze względnością pozornie oczywistych racji, nawarstwiają się problemy egzystencjalne i rozterki natury osobistej. W ten sposób Zylber, choć w sposób niezamierzony, nawiązuje do historii polskiej kinematografii — do „kina moralnego niepokoju”: Film Filipa Zylbera „Egzekutor” zbudowany jest na tęsknotach, a zwłaszcza na tęsknocie za kinem moralnego niepokoju: za jego sposobem opisu świata, problematyką i bohaterem, a także — za jego odbiorcą.9 Powtarzam raz jeszcze — nawiązanie to nie było świadome. Cóż jeszcze, podobny jest też w obu filmach sposób kadrowania, „patrzenia” kamery, choć autorem zdjęć do „Egzekutora” był kto inny (J. Szoda), niż do „Pożegnania z Marią” (D. Kuc). Mamy zatem pewien rodzaj „podglądactwa” — kamera filmuje często „zza” lub „przez coś”, weźmy chociażby ujęcie z drugiej strony okna, podczas rozmowy Alexa z lekarzem, który przekazuje mu właśnie informację o tragicznym stanie matki bohatera. Jest to, myślę, ukazanie jakiegoś mikro-zdarzenia w znaczeniu ogólnym, a w osobistym — dramatu jednostki, czegoś szczególnie ważnego. To samo mamy przecież i w „Pożegnaniu…”, kiedy Tadeusz rozmawia z Marią o nich. To symbol anonimowych, pojedynczych problemów ludzkich, tylko „tu i teraz”, i z jakich reszta świata nie zdaje sobie sprawy, i będących jedynie małą kroplą w morzu całej ogólnej tragedii (trochę boję się jednak takich górnolotnych porównań, wszak mogły to być po prostu efektowne zdjęcia). No i w końcu, bo trzeba o tym wspomnieć, dla filmów Zylbera znamienna jest muzyka Tomasza Stańki. W „Egzekutorze” pojawia się co prawda, siłą rzeczy jakiś rodzaj współczesnej muzyki rozrywkowej, ale jest ona przypisana konkretnym miejscom, których stanowi wizytówkę. Tak naprawdę, nie jest wcale ważna. Natomiast właściwym tłem muzycznym pozostaje jazz (w „Egzekutorze” dochodzi jeszcze śpiew Justyny Steczkowskiej). W obu przypadkach muzyka nie przystaje jakby do całej tematyki i akcji, a w „Pożegnaniu…” również do epoki. Estetyzuje ona, najogólniej rzecz ujmując, całe paskudne zło. Wszystko to w sposób znakomity rozwiązuje problem tak zwanego „autorstwa w filmie” i nobilituje do mówienia o czymś, co pozwolę sobie określić jako styl zylberowski. Być może jest to jakieś echo Polskiej Szkoły Filmowej?
Filip Zylber nie nawiązuje wprost do żadnego z nurtów. Robi filmy z głębi serca, o własnych niepokojach, o tym, co go osobiście trapi, czy frapuje. Inną sprawą jest, że zawsze można odnaleźć jakiś punkt odniesienia, wszak zawsze można coś do czegoś porównać i nie można od tego uciec. Ale to już dotyczy każdego nowego dzieła, filmowego, czy jakiegokolwiek innego.
Tak naprawdę, to Filip Zylber nie debiutował „Pożegnaniem z Marią”. Jako reżyser — owszem. Ale jako osoba medialna — bynajmniej nie. Pierwszy raz zetknął się z filmem mały Filip w 1972 roku, kiedy to wcielił się w rolę Rudolfa w kuriozalnym dziele Wojciecha Jerzego Hasa — „Sanatorium pod klepsydrą” (premiera w 1973 r.). Chociaż przed tym ekranowym debiutem, w środowisku filmowym osadzony był Zylber już dużo wcześniej. Jego mama — pani Alicja Kluba (żona reżysera — Henryka Kluby) była bowiem i nadal jest znaną i cenioną sekretarką planu. Mało się mówi, w zasadzie wcale, o ojcu Filipa. Jan Zylber — perkusista w pierwszym zespole Krzysztofa Komedy, wystąpił w filmie „Niewinni czarodzieje” A. Wajdy z 1960 roku, jako muzyk jazzowy właśnie. Odpowiadał również za opracowanie muzyczne wcześniej wspomnianego „Nie bój się”. Filip Zylber był zatem niejako kinu predestynowany. Wracając jednak do „Sanatorium…”, uważam, że Filip zagrał tam wyśmienicie, szczególnie biorąc pod uwagę nasze polskie, sławetne dziecięce kreacje aktorskie, ot chociażby w „W pustyni i w puszczy” Ślesickiego. Dobrych aktorów dziecięcych mieli chyba tylko Nasfeter (prezenter dziecięcego okrucieństwa na miarę Goldinga czy Musila) i Sokołowska.10 Poza tymi wyjątkami, dzieci w polskim kinie aktorami były po prostu nad wyraz marnymi, tymczasem Filip sprostał swej trudnej roli w przysłowiowych stu procentach (choć sam wcale nie czuje powagi tej sytuacji). Potem zagrał nasz bohater w kilku jeszcze filmach, takich jak: „Ludożerca” Łukasza Wylężałka (1987), „Śmierć Johna L.” Tomasza Zygadło (1987), w odcinku własnego serialu TV — „Ja, Malinowski” oraz w „Poranku kojota” Olafa Lubaszenki, jako psychoanalityk Dominiki. Widzimy go tutaj w dwóch scenach, w których jawi się jako nieobecny myślami, sam ze sobą mający problemy wielbiciel sów (!) i alkoholu. Ten nieco staromodny pan w muszce i w okularach jakby odstaje od całego filmu, a z drugiej strony, swą komediową grą wpisuje się w cały jego absurd.
Obecnie Filip Zylber zrobił krótki serial dla Telewizji Polskiej — „Talki w wielkim mieście”, po długoletniej współpracy z telewizją komercyjną i wyreżyserowaniu dla niej pewnej liczby odcinków różnych seriali. Nie dziwi mnie, że „Pożegnanie z Marią” i „Egzekutor” nie zagwarantowały mu stałego statusu „znanego reżysera”, bo były bardzo wyszukane. Ale dziwi z kolei fakt, że pozostaje Zylber w cieniu tych właśnie seriali, które ogląda przecież pół Polski. Chociaż, wydaje mi się, Wojciecha Smarzowskiego również mało kto kojarzył, dopóki nie wyreżyserował ostatnio (2004) „Wesela”. Chyba mało kogo interesuje nazwisko akurat reżysera takiej produkcji, jak chociażby tasiemiec „Na Wspólnej” — jakby nie spojrzeć — przecież masowej. Nawet ja trafiłam na tę informację z zupełnie innej strony — nie zwracałam uwagi nigdy na to, kto te seriale reżyseruje, lecz dopiero zainteresowałam się, jakie seriale reżyseruje Filip Zylber. Dobrze, w tym miejscu kończę. Zaczekam, niech dalej tworzy się historia, którą będzie można potem opisać. Cały czas mam nadzieję na kolejny doskonały, jak dwa poprzednie, pełnometrażowy film Zylbera.11 Mówią, że to, co dobre, dojrzewa powoli.
© 2004 Emilia Walczak
1 Cóż zatem z kinem offowym, które względem muzyki alternatywnej mogłoby robić za „kino alternatywne”? Bujda, kino jest jedno, czy też raczej: powinno być jedno, co podkreślał zawsze reżyser Wojciech Wiszniewski. Twórcy offowi to amatorzy, którzy uwodząc rzesze młodych widzów, niepotrzebnie odwracają ich uwagę od prawdziwej sztuki. Są zbędnym elementem, sztucznym wytworem, przykrym następstwem (o ironio!) pop-kultury, rozbijającym prawdziwą ideę kina. Ich „twórczość” powinna być tylko wstępem, a nie całym odrębnym rodzajem. Wniosek główny: celem reżysera jest — zaistnieć poprzez sztukę filmową. Inne zachowania to tylko i wyłącznie czyste przejawy hipokryzji, lub nieświadomości.
2 Zupełnie odwrotnie niż np. w filmie Yurka Bogayevicza pt. „Boże skrawki” z 2001 roku.
3 B. Janicka, Coś zostało w powietrzu — mówi Filip Zylber, „Kino” 1994, nr 3, s. 13.
4 T. Lubelski, Borowski na dziś, „Kino” 1994, nr 3, s. 14.
5 M. Haltof, Kino polskie, przełożył M. Przylipiak, Gdańsk 2004, s. 286.
6 B. Janicka, dz. cyt.
7 T. Konwicki, Bohiń, Warszawa 1988, s. 153-154.
8 Adaptację filmową już mieliśmy — przypomnijmy — „Jowita” J. Morgensterna z 1967 roku.
9 K. J. Zarębski, Tęsknoty w kinach, „Kino” 1999, nr 10, s. 38.
10 à propos: Zylber asystował reżyserce przy filmie „ESD” (1986), na motywach prozy Małgorzaty Musierowicz. Film to całkiem przyjemny, taki ze szczęśliwym zakończeniem, w sam raz na rodzinne, niedzielne popołudnie.
11 Chciał ponoć Zylber zekranizować „Poczwarkę” Doroty Terakowskiej. Jak sądzę, problem ze zrobieniem nowego filmu jest po prostu kwestią braku funduszy. Źle się zatem dziać musi w polskim przemyśle kinematograficznym.
verte.art.pl > Film > Sylwetki > Filip Zylber — reżyser w cieniu pop-kultury
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski