Są rzeczy niesłychanie proste. Meble z Ikei. Obraz „Czarny kwadrat na białym tle”. Język elementarza do klasy pierwszej szkoły podstawowej. Topografia Islandii, białego obrusu, na którym żyją ludzie. Kto tam był, ten wie, kto nie był, też wie, bo ma telewizor, a w nim widać wszystko lepiej, można poprawić ostrość i kontrast, całą rzeczywistość. Jeśli chodzi o pejzaże skandynawskie, nie byłoby zbyt wiele do retuszowania, bowiem jest to lodowa sraczka, nie ma robaków ani lasów, żadnego ptaka; ludzie mieszkają tu, bo się tu urodzili.(...) Życie jest jak przerwa w śmierci. Wszystko jest dobre i złe. Wszystko po prostu jest1. W takiej sterylnej tonacji utrzymany jest ostentacyjnie ascetyczny film „Noi Albinoi”.
Chudy i wysoki, siedemnastoletni albinos Noi, niekompatybilny do niczego, niemieszczący się w garniturze i wyobrażeniach dorosłych o sobie, hoduje swoje podłe życie w piwnicy domu w islandzkim miasteczku Bolungarvik. Czasem wychodzi na świat w górze, na przykład po to, żeby spotkać się z neurotycznym i chronicznie pogrążonym w melancholijnych rozmyślaniach o życiu ojcem – niespełnionym muzykiem, posłuchać w szkole o tym, żeby nie mieszać łyżką w lewą stronę przy kręceniu majonezu, albo wypić piwo podane przez przyjaciółkę Iris. Ekscentryczna babka układa puzzle lub ćwiczy aerobik, w trosce o wnuka zamawia mu wizytę u wróżbity.
W miasteczku jest bar, antykwariusz rozprowadzający pornograficzne gazety i gardzący Kierkegaardem, w którego filozofii umoczony jest jak herbatnik cały film. Nie ma dzieci, resztki przyrody zalane lukrem śniegu, nie ma na czym zatrzymać wzroku i jest tak, jakby szło się 27 lutego 2005 roku, nie wiadomo właściwie gdzie, śladami ostatniego autobusu nocnego.
Mam takie poczucie, że cokolwiek nie napiszę o tym filmie, to i tak będzie za mało, i jest to zabawa z góry skazana na niepowodzenie. Na przykład humor. Jak opisać esencję absurdalnego i jowialnego, jak z „Dziewczyn do wzięcia”, humoru? Większość postaci ma w sobie potężny ładunek komizmu – nauczyciel, dyrekcja, kolega David i lekko autystyczna babcia, z którą miło jest się identyfikować. Komizm sytuacyjny: Noi wylewa w jednej ze scen garnek zwierzęcej krwi na ojca i babkę, co z jednej strony jest antycypacją późniejszych wydarzeń, a z drugiej wentylem dla zbierającego się w gardle śmiechu, z którego korzystają studentki filozofii kwiczące w fotelach kina Helikon w Gdańsku. Ojciec nazywa swojego kota Elvis Aaron, uświadamia syna, że życie robi z nami, co chce, a niechciane dzieci przychodzą bez zapowiedzi. Heroiczną próbę napadu na bank mieszkańcy kwitują słowami: nie wolno bawić się bronią, Noi. Jesteś już duży, degradując go tym samym do poziomu bohatera heroikomicznego.
Obraz Dagura Káriego mógłby być przeniesieniem na ekran jakiejś filozoficznej idei. To tak, jakby sfilmować „Bez” Becketta. Noi żyje pod ziemią, odizolowany od świata, w którym nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic. Naleśniki zostaną spalone, na frytki wyleje się cała butelka keczupu, na nic tort z palmami, tapeta w palmy i koszula w ten sam wzór, ukochana dziewczyna zostanie na swoim miejscu, przymarznięta do sklepu ojca, ciepłe Hawaje nie zastąpią trupiozimnej Islandii. Strzelając w sople, wprowadzi głodną ludzkiego mięsa lawinę w ruch, kopiąc grób, będzie kopał go dla swoich najbliższych. Wszystko jakby zaprzeczone samo w sobie, partykuła „nie” doczepiona do każdego wydarzenia. Po nic, wszystko po nic. Nawet jeśli jest się szczególnie uzdolnionym, naznaczonym, nawet jeśli – idąc za tropem Kierkegaarda – jednostka jako jednostka jest wyższa od powszechności2.
Sceneria, w której dzieje się nic i nie da się z niej uciec (a nawet nie wiadomo, czy istnieje – vide scena w muzeum: nie ma guzika dla Islandii), jest mikrokosmosem, surrealistycznym wszechświatem. 103 000 kilometrów kwadratowych, z których 12 000 pokrywa lodowiec. Zima jest zawsze, wtłoczona również w umysły mieszkańców. Mózgi pokryte lądolodem, wieczną zmarzliną. To „Sto lat samotności” à rebours, z zamienionymi rekwizytami: słońce zdjęto, na scenę przyniesiono lód. Wszystko constans. Uczucia w większości przedstawione za pomocą prostej kreski. Serca wystygłe i przedwcześnie posiwiałe. Kolory dominujące to zamiast żółtego i zielonego jak u Marqueza – błękitny, biały i szpitalny seledyn. Realizm magiczny także tu występuje, tyle że nie zostawia żadnych konkretnych śladów i można się go doszukać jedynie sensualnie, dodatkowym zmysłem metafizycznym albo filmowym.
Jest tu akceptacja zwątpienia i nurzanie się w melancholii, jest pustka bezdenna i nigdy nienasycona, wobec czego życie staje się rozpaczą. Islandia jest więzieniem. Utrata to jednocześnie uwolnienie, otworzenie zasypanej śniegiem drogi, chociaż nie wiadomo, czy dokądkolwiek ona zaprowadzi. Jest wreszcie Dostojewski, którego z Kierkegaardem łączy wiele, przede wszystkim genialność w diagnozowaniu stanu ludzkiej duszy. Czasami człowieka coś tak ciągnie w przepaść. Ludzie są sami na ziemi, wkoło wszystko martwe, wokół nich milczenie3. Film ten pozostawia po sobie muł na dnie oczu widza i wie się doskonale, że przez półtorej godziny nie miało się do czynienia nawet z okruchem fatycznej funkcji mowy. Jest trochę przezroczystego niepokoju, przekonania, że oto właśnie widziało się coś dziwnie doskonałego i niedookreślonego.
To wspaniałe.
Wspaniałe jak skandynawskie kino. Moja spiskowa teoria dziejów filmu współczesnego wygląda w zarysie tak, że zapobiegliwy Pan Bóg przesiedlił wszystkich młodych i zdolnych reżyserów razem z aktorami z całej Europy na terytorium Skandynawii, żeby nie musieli oddychać tym samym powietrzem, co opętani manią tworzenia niemłodzi lub młodzi, ale w każdym razie niezdolni, niepotrzebni zupełnie i depczący sacrum świątyni tchórzących przed życiem4, jak o kinie pisze córka Bergmana. „Noi Albinoi” jest więc dzieckiem z rodziny wielodzietnej, ale wcale nie patologicznej. Dagur Kári szykuje mu brata, którego matką chrzestną są zasady Dogmy, i oby miał on podobny fenotyp.
Mogłabym tak długo wygłaszać przeróżne peany i panegiryki, bez ładu i składu, ponieważ nie jest to film do streszczania w towarzystwie, z początkiem, kulminacją i szczęśliwym zakończeniem. Gdybyśmy porównali streszczenie „Noi Albinoi” z „Fucking Amal”5, wyszłoby nam niemalże to samo: zbuntowany młody człowiek pragnie uciec od jałowego życia. A przecież tak nie jest. Wszystko jest takie nudne, nienawidzę swojego życia. Przestanę oddychać – mówi Elin, bohaterka „Fucking Amal”, i te słowa odnoszą się wyłącznie do niej. Noi natomiast to postać niemal mityczna, everyman, personifikacja uniwersalnej idei dotyczącej ludzkiego losu.
„Noi Albinoi” to dla mnie herbata z cierniami na zimowy lub letni wieczór albo poranek. Wstydliwa przyjemność oglądania swoich myśli. Albo zupa z igłami. Albo kubek gęstego poczucia bezsensu. Albo – albo, jak pisał pewien filozof.
© 2009 Anna Wakulik
verte.art.pl > Film > Recenzje > Fucking Bolungarvik („Noi Albinoi” Dagura Káriego)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski