> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№28 październik 2006

Głos na rzecz pajdokracji („Plac Zbawiciela” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze) Emilia Walczak

Polskie kino, które przez ostatnie dziesięciolecie stanowiło jedynie odstręczającą ruinę tego, co niegdyś było stylowym i majestatycznym pałacem, dziś niewątpliwie, cegła po cegle — film po filmie, jest odbudowywane, jakby według starego projektu, ale już z widocznymi nowoczesnymi wpływami.

Z całą pewnością znaczącym przyczynkiem do ponownego pięcia się ku górze naszej współczesnej rodzimej kinematografii będzie najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze „Plac Zbawiciela”. Jest to czysta perfekcja w każdym calu, prawdziwy majstersztyk. Realizm gry aktorskiej, doprawdy godny podziwu, i który z pewnością w najbliższym czasie zostanie uhonorowany na którymś lub na wszystkich możliwych festiwalach filmowych, sprawia, że przedstawiona w filmie historia porusza, bulwersuje, wywołuje w widzu silne katharsis. Praca kamery jest starannie przemyślana i absolutnie nie wprowadza do filmu atmosfery sztuczności. Jest to jakby zaadaptowane na potrzeby fabuły dawne wiertowskie dokumentarne kinooko — kamera podgląda bohaterów w ich najintymniejszych sytuacjach. Nic na pokaz, wszystko „od kuchni”; realizm zakrawający na naturalizm. Ogół tych elementów, a także mistrzowsko opracowany scenariusz autorstwa Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, uwzględniający najmniejsze nawet detale świata przedstawionego i szczegóły ludzkich zachowań, sprawiają, że można mówić ciekawie o dramatach rodzinnych — temacie zdawałoby się wyeksploatowanym przez kino, i to najczęściej przez kino najniższych lotów. Film Krauzego dowodzi tego, że da się wydobyć na wierzch psychiczne męki prostych ludzi, bynajmniej nie zanudzając tym widza, a wręcz przeciwnie — do końca trzymając go w straszliwym napięciu emocjonalnym. Czy mamy zatem polskiego Mike’a Leigh? Może porównanie zbyt dalekie, lecz nadal dorzeczne.

Z całą pewnością jest „Plac Zbawiciela” też tym dla przesyconego tanią sensacją i emanującego bezsensowną brutalnością współczesnego kina polskiego, czym u progu wieku XX było dramatopisarstwo Antoniego Czechowa dla „teatru akcji”. Pisarz ten udowodnił wówczas, ku zdziwieniu krytyki, że nasze szare życie codzienne jest w stanie zrodzić szekspirowskie wręcz tragedie. Tego samego na powrót dowodzą nam dziś Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze.

Oczywiście cała, choć od samego początku niełatwa, acz nadal prozaiczna sytuacja przedstawiona w „Placu Zbawiciela” (młode małżeństwo traci pieniądze na skutek nieuczciwych działań developerów mieszkaniowych, i to pieniądze nie swoje, ale mamusi-teściowej, z którą mieszkają, i co jest w zasadzie ich głównym problemem, o którym sami nie wiedzą) osiąga w końcu swoje ekstremum. Lecz sam finał filmu nie jest tragiczny. Daje nadzieję — ale nie tak złudną, jak zakończenie niesłusznie osławionego „Komornika” Feliksa Falka, który zrobił film jakby nie na te czasy. Cóż, jego osoba nadal rzuca cień moralnego niepokoju na nowe produkcje. Lecz widzowie nie mają dziś ochoty patrzeć na wiwisekcję różnej maści „środowisk”, przyglądać się nieczystym układom, grom i zagrywkom, obserwować nieuczciwą drogę do kariery bohatera, żeby na koniec zrzucić winę na karb systemu politycznego albo odwieczną niesprawiedliwość świata. Lepiej więc skierować obiektyw kamery na prostego człowieka, na przeciętną rodzinę i nie dokonywać próby wyświechtanego podziału na dobrych i złych. U Krauze wszyscy bohaterowie „Placu Zbawiciela” są w równym stopniu winni, nikt tu nie ma przeważającej racji, może z wyjątkiem paradoksalnie trzeźwo myślącej sąsiadki Edyty (Beata Fudalej) — ale tu również nasuwa się, a w zasadzie jest nam podsuwane pytanie: czy kobieta „u której przez ostatni rok mieszkała jakaś pani Asia” ma prawo udzielać porad małżeńskich? Bo jeśli nie, to w takim razie najwięcej zdrowego rozsądku przejawiają w tej filmowej sytuacji… dzieci. „Plac Zbawiciela”, w którym dwójka reżyserów dokonała dychotomicznego podziału na dobry świat dzieci i świat złych dorosłych, jest więc pod tym względem pewną pochwałą nie zdegenerowanego dziecięcego umysłu, w którym wciąż jeszcze wiara, nadzieja i miłość. Do czasu.

© 2006 Emilia Walczak

verte.art.pl > Film > Recenzje > Głos na rzecz pajdokracji

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski