> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№45 marzec 2008

Głośniej od bomb słyszę moje serce? — czyli ujrzeć swoje własne miejsce („Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka) Karol Zamojski

Jak każdy rozsądnie myślący człowiek zastanawiam się nad tym, dlaczego tak niewiele osób jest w stanie ujrzeć w swych własnych zdolnościach możliwość przeżycia w naszej ojczyźnie, i decyduje się na emigrację zarobkową. Warunki może i do życia nie najlepsze, ale przecież nie trzeba tylko żądać — można też myśleć. Czego nam brakuje (w nas — powtarzam) że tak ochoczo wyjeżdżamy? Może wyobraźni, może jeszcze czegoś innego. Próbując rozwikłać tę niezwykłą dla mnie zagadkę, przypomniałem sobie, że fajny film kiedyś widziałem. Tak jakoś wydało mi się, że film ten, jeśli chwilę pomyślę, naprowadzi mnie na trop.

„Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka jest filmem budzącym bardzo skrajne opinie. I to nie dziwi. W kraju, gdzie robi się tak mało filmów (czyt. dobrych filmów), każda produkcja aspirująca do pełnowartościowego dzieła sztuki ruchomych obrazów, zwłaszcza kiedy młody reżyser (choć już nie debiutant — pamiętamy bowiem „Zabij ich wszystkich!”) daje się prowadzić amerykańskiej utopii, musi ożywiać serca i umysły. Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że „american dream” w polskiej, sarmackiej, wyobraźni jest marzeniem tak wielkim, że aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby jednak okazało się, że jego ugruntowanie w bycie jest podobne, jak u słynnej leśmianowskiej pięknej dziewczyny, której głos miał być, jak się okazało ostatecznie, tylko wyrazem marzeń nieskończonych i… nieziszczalnych.

Czas jaki minął od premiery „Głośniej…” pozwala na kilka refleksji. Najpierw, czy scenarzysta Wojcieszek pokazał małe miasteczko polskie przełomu wieków, takie jakim ono rzeczywiście jest, potem, czy reżyser Wojcieszek stworzył film, który przejdzie do głównego nurtu historii kina polskiego. Wreszcie, co dziś, po tych pięciu latach film mówi rówieśnikom jego bohaterów i nam, którzy o jednych, jak i drugich, czasem myślimy, a bywa, że — jak tym razem — piszemy.

Oto mała miejscowość południowej Polski. Bieda, gnuśność, supermarket. Bohaterowie — tacy sobie. Nic specjalnego. On — Marcin — mechanik, miłośnik Jamesa Deana i The Smiths, zrezygnował ze studiów, aby pomóc schorowanemu ojcu w prowadzeniu warsztatu samochodowego. Ona — Kaśka — dziewczyna ze zwykłej rodziny, która to rodzina ma coraz bardziej sprecyzowane plany, jak wyrwać córkę za marazmu polskiej rzeczywistości. Łączy tych dwoje, nie może być inaczej, miłość. A że w dwudziestym pierwszym wieku zbyt dobrze znamy konwencje gatunków, wiemy więc, że coś musi stanąć na drodze ich wspaniałego, małomiasteczkowego, uczucia. Umiera ojciec Marcina. Teraz Marcin, po tym jak kilkanaście lat wcześniej zmarła jego matka, zostaje sam z warsztatem. No i z Kaśką.

Wspólnie przygotowują uroczystości pogrzebowe. Ma przyjechać cała rodzina zmarłego ojca. Jednak dzień przed pogrzebem Kaśka informuje Marcina, że otrzymała propozycję nie do odrzucenia: studia w Chicago w pełni finansowane przez wuja z Ameryki. Jej wyjazd to plan rodziców, którzy marzą o tym, aby ich córka nie musiała cierpieć takiej samej biedy. W ten sposób okazuje się, że Marcin pozostaje zupełnie sam. Kasia ma wyjechać lada dzień, zjeżdżają się goście pogrzebowi. Chłopak pozostaje zupełnie osamotniony w swej dorosłości. I wie jedno: najważniejsze teraz, to namówić Kasię, aby decyzję o wyjeździe odłożyła choćby o jeden dzień, żeby mogli porozmawiać, że ten jeden dzień może coś zmieni… A czasu coraz mniej.

Następuje kulminacyjny moment filmu. Odbywa się rodzinne spotkanie pogrzebowe, które zaczyna nabierać niezwykłej jakości. Oto czas prawdy, czas decyzji, czas zmian. Po pogrzebie już nikt, dosłownie nikt, nie będzie taki sam. Dotychczasowe nagromadzenie smutnych i radosnych doświadczeń, żalów, rozpaczy i chwilowych uniesień, które dotychczas stanowiły bezładny chaos, były przypadkowymi i nieokreślalnymi zbiorami jednostkowymi, rodzi zupełnie nowych ludzi. Ta śmierć, to rodzinne spotkanie, stają się momentem przemiany. Jakby jakaś niewidzialna siła wywołana przez śmierć ojca, a może przez nagromadzenie emocji, zaczyna układać dotychczasowe doświadczenia w zupełnie nową historię. Świat ich życia, znienawidzony, bez przyszłości, staje się miejscem przyjaznym; niemalże ziemią obiecaną. W każdym razie przestaje już być ziemią odmówioną. Bo czasem, jak pisał Karol Tarnowski, tak się dzieje, że życiowy dramat człowieka, gdy nie ma pracy i szans na godne życie, dopuszcza możliwość, że siła nadziei słabnie i maleje jej rozmach. Wtedy rodzi się podejrzenie, iż żyjemy na ziemi wygnania, ziemi wrogiej, ziemi zbuntowanej. Szukamy wtedy innych wyjść, innych miejsc, innej ziemi — ziemi obiecanej.

I może w tej ostatniej myśli chowa się odpowiedź na moje pytanie. Trzeba zostać całkiem samotnym na tym świecie i może wówczas wyobraźnia zrodzi nową nadzieję.

A może jednak to wszystko pieprznąć…

© 2008 Karol Zamojski

verte.art.pl > Film > Recenzje > Głośniej od bomb słyszę moje serce?

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski