Kiedy w latach 60. Michelangelo Antonioni kręcił kolejno „Przygodę”, „Noc” i
„Zaćmienie”, próbował uchwycić w nich atmosferę kryzysu relacji
międzyludzkich w technicyzującej się cywilizacji. Ukazywał ludzi niezdolnych
do wyrażenia uczuć, zalęknionych, narcystycznych, pogrążonych w matni
nieświadomych popędów i tym samym odsłaniał konsekwencje, jakie spadają na
nich i ich otoczenie. Jak się z sobą uporać? Czy jest sposób? Ta
problematyka przechodziła u Antonioniego konsekwentną ewolucję, aż osiągnęła
swoje apogeum, swego rodzaju odpowiedź, skądinąd druzgocącą, w „Zawodzie: reporter”, w którym człowiek zostaje zredukowany do pragnienia bycia kimś
innym niż jest, i realizuje to przy pierwszej możliwej okazji, przejmując
cudzą tożsamość. Nie lubimy, nie akceptujemy się? Niewygodnie nam dziś w
świecie, często mamy zwyczajnie dosyć, to pewne.
„Morvern Callar”, drugi film Lynne Ramsay, z pełną świadomością wpisuje
się w program kina Antonioniego i dalej szuka tropów mogących ująć
problematykę izolacji jednostki ludzkiej w XXI wieku. Fabuła opowiada
historię młodej Morvern Callar (wspaniała Samantha Morton), zamkniętej w
sobie dziewczyny pracującej na kasie w sklepie, która w Boże Narodzenie
odkrywa w mieszkaniu martwe ciało swojego chłopaka, który popełnił
samobójstwo. Chłopak nie ujawnił powodów swojej decyzji, niemniej zostawił
jej na komputerze maszynopis swojej powieści. Później Morvern decyduje się
skrycie pochować ciało chłopaka i przywłaszczyć sobie jego pracę, zmieniając jego
nazwisko na własne. Za pieniądze zostawione przez chłopaka na pogrzeb Morvern wyrusza na Ibizę, chcąc oderwać się od szkockiej, urbanistycznej
szarzyzny. Tam kontaktuje się z wydawcą, ten zachwycony książką pragnie ją
wydać...
Kim jest Morvern, że robi takie rzeczy? Co nią kieruje? Trudno
jednoznacznie stwierdzić. Była już w depresji, zanim jej chłopak postanowił
rozstać się z życiem, i mogła w ten sposób niejako przejąć jego tożsamość, ostatni ślad jego egzystencji w formie manuskryptu, i tym samym odżyć? Być
może, ale wydaje się zbyt narcystyczna, aby taką jej decyzję można było
uznać za autentyczną. Znalazła sposób, aby oderwać się od siebie, ukryć
przed samą sobą, swoją miałką egzystencją? Już prędzej. Ramsay, mimo iż
opowiada doświadczenie Morvern w piękny, wysmakowany sposób, hipnotyzując
nas nastrojowym oświetleniem i sugestywną pracą kamery, raz z pogranicza
marzenia sennego, gdzie indziej z „jazdy” na kwasie, samej Morvern nigdy nie
dotyka, pozwala jej być taką, jaką jest, w całym jej infantylnym rozpasaniu, jak i w – zahaczającej o autyzm – tłumionej żałobie. A więc ponownie: kim jest Morvern? Prawdopodobnie jest jedną z tych osób, którym niepodobna funkcjonować indywidualnie, którzy sami potrafią jedynie uciekać od tego, co ich przerasta. Dzięki Morvern, Ramsay udaje się dotknąć czegoś bardzo ważnego – pokazuje ona, jak uparta, nieprzerwana ucieczka przed tym, co było dla nas ważne, zubaża zarówno nas, jak i wartość tego, od czego uciekamy, i niezależnie od tego, czy jest się wyrachowanym egoistą, czy też głęboko nieświadomą własnego nieszczęścia osobą – destrukcja osobowości jest tu nieuchronna. Morvern do samego końca nie jest gotowa niczego powiedzieć – ani o sobie, ani o tym, co ją spotkało, ani też o tym, co przeżywa. I tak też pozostając tajemnicą dla siebie, pozostaje nią dla nas.
Antonioni byłby dumny.
© 2009 Jacek Szafranowicz
verte.art.pl > Film > Recenzje > Jak najdalej od... siebie („Morvern Callar” Lynne Ramsay)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski